Sport.pl

Chojecka: w Pekinie na dwóch dystansach

W Pekinie będę chciała pobiec na 1500 i 5000 m. Wiem, że mnie na to stać - mówi Lidia Chojecka - złota medalistka halowych mistrzostw Europy na 3000 m.
Madryt dla 28-letniej Lidii Chojeckiej jest pechowy, ale tylko jeśli chodzi o transport lotniczy. Jej ostatnia podróż do Madrytu zaczęła się o 11.30 na warszawskim Okęciu, a skończyła o 6.30 rano w hotelu - w stolicy Hiszpanii spadło bowiem kilka centymetrów śniegu i kraj stoczył się w stan klęski żywiołowej.

Tym razem śnieg zatrzymał samolot w Warszawie. Zaplanowany na 14 wylot z Madrytu w związku z tym nastąpił o 19. Ale Lidia Chojecka nie narzekała - w Madrycie na bieżni Palacio de Deportes zdobyła swój pierwszy złoty medal w ważnych, mistrzowskich zawodach.

Radosław Leniarski: Po pięciu latach bez żadnego medalu wreszcie go Pani zdobyła. I to złoty, w dodatku w jakim stylu! Czy to zmiana trenera dała tak fantastyczne efekty?

Lidia Chojecka: Nowy trener Zbigniew Król zmienił wszystko. Mój trening był mniej intensywny. Wydawało mi się nawet, że się mniej męczę. Bałam się, że ćwiczę za lekko, że nie jestem wytrenowana. Wcześniej było dokładnie odwrotnie. Treningi były cięższe, biegałam na przykład dużo odcinków w dystansie.

Na ostatnich 300-400 m wydawało się, że na bieżni jest Pani sama. Czy to forma była tak wysoka, czy może dobrze wybrany dystans? A może słabość rywalek?

- Miałam szczęście, bo bieg ułożył się dla mnie. Wcześniej z trenerem zdecydowaliśmy, a właściwie to była jego decyzja, bym pobiegła na 3000 m. Zgodziłam się. Pamiętałam jak na halowych mistrzostwach świata w Birmingham przez przypadek nie weszłam do finału na 1500 m, choć byłam w doskonałej formie. Po prostu często bieg na tym dystansie rozstrzygają niespodziewane wydarzenia na bieżni, na które już nie ma czasu zareagować. Wiedziałam, że jestem w wysokiej formie. Na ostatnich mityngach - choćby w Karlsruhe, gdzie pobiegłam w najlepszym czasie na świecie na 1500 m - bardzo dobrze biegłam. Zresztą tu, w Madrycie, osiągnęłam czas w okolicy rekordu życiowego. Ale wcale nie myślałam, że wygram. Nie sądziłam, że będzie aż tak dobrze. Tymczasem Brytyjka Jo Pavey zrobiła po prostu to, czego się spodziewałam, czyli pobiegła z przodu. Czułam się na tyle mocna, że już 600, 700 m przed metą chciałam przyspieszyć, zacząć finiszować.

Już od jakiegoś czasu myślała Pani o wydłużeniu dystansu. Czy na mistrzostwach świata w Helsinkach w sierpniu nie pobiegnie Pani na 1500?

- Nie, nie przestanę biegać na 1500 m. Do Helsinek jest tak niewiele czasu, że nie zdołam się przestawić na dłuższy dystans, bo przecież na mistrzostwach świata na otwartym stadionie nie ma 3000 m, tylko 5000 m.

A w Pekinie, na igrzyskach olimpijskich?

- To co innego. Będę się przygotowywała do startu i na 1500, i na 5000 m. Kilka zawodniczek przede mną próbowało to robić i z dobrym skutkiem, jak na przykład Rumunka Gabriela Szabo. Ja też mam do tego predyspozycje. Teraz wracam do domu. Od stycznia spędziłam w nim zaledwie trzy noce. Tym razem zostanę dłużej, do końca marca, a potem na zgrupowanie do RPA.