Tadeusz Kołder, były trener kadry skoczków, dla "Gazety": gdy małyszomania minie, znów może być kryzys

Kiedy Adam Małysz skończy karierę, będzie bardzo trudno w Polsce znaleźć jego następcę. Gdy małyszomania minie, znów może nadejść kryzys polskich skoków - uważa Tadeusz Kołder, były trener kadry narodowej
W piątek Małysz będzie bronił w Oberstdorfie tytułu mistrza świata na obiekcie K-120.

Paweł Czado, Piotr Zawadzki: W Polsce trwa małyszomania. Jakie wymierne efekty dały sukcesy skoczka z Wisły?

Tadeusz Kołder: Rzeczywiście, zainteresowanie skokami jest duże, ale pojawił się problem. Okazuje się, że chętnej do uprawiania skoków młodzieży nie można "przerobić". Po prostu nie ma gdzie nauczyć jej skakania. W naszym regionie brakuje małych, oświetlonych skoczni. Kiedyś na drodze z Koniakowa do Cieszyna było 17 skoczni! W Austrii podobnych obiektów dla początkujących skoczków jest około 60! Może lepiej budować takie, niż wydawać pieniądze na wielki obiekt w Malince? Za szkołą w Koniakowie dzieciaki urządziły sobie maleńką skocznię, słyszę, jak kłócą się, bo każdy chce startować jako Małysz. To jest świetny materiał na zawodników. Tylko gdzie oni mają trenować? Dwóch, trzech ma to szczęście, że rodzice dowożą ich do Wisły, reszta nie ma szans na regularne treningi. Podobnie jest w innych miejscowościach na Podbeskidziu.

Skocznia w Malince będzie dla Beskidów powodem do dumy. Może w Wiśle uda się zorganizować Puchar Świata?

- Bardzo chciałbym, ale to nie będzie takie proste. Żeby dostać organizację więcej niż jednych zawodów Pucharu Świata, w sezonie musielibyśmy mieć więcej dobrych skoczków, a poza Małyszem takich na razie nie widać. Jeśli nie ma wyników, nie dostaje się zawodów. Tak jest choćby z USA. Amerykanie słabo skaczą i nie ma ich w tegorocznej edycji PŚ. A nam Zakopane swoich zawodów na pewno nie odda!

Dlaczego w naszej kadrze jest tak wielka różnica między Małyszem a pozostałymi skoczkami?

- On nie tylko jest utalentowany, ale potrafił przełamać stres związany z... pieniędzmi. Ten stres zawsze był problemem polskich zawodników. Podam przykład: przed startem na igrzyskach w Lake Placid [w 1980 roku - przyp. red.] działacze dzień przed zawodami poinformowali nas o nagrodach. Za złoty medal czekały 3 tys. dolarów i polonez, za srebrny - 2 tys. i duży fiat, za brązowy - tysiąc i maluch. W 1980 roku to były ogromne pieniądze. No i taki Staszek Bobak, który na treningach był najlepszy, przez całą noc nie mógł zasnąć, bo mu się te dolary mieniły przed oczami. Z nerwów wypalił całą paczkę papierosów. Po pierwszej serii był czwarty, ale drugi skok zawalił. Uważam, że problem pieniędzy, jakie można wygrać na skoczni, jest nadal aktualny. Dla takiego Widhoelzla czy Hoellwartha tysiąc euro w tę czy w tamtą stronę nie odgrywa takiej roli, dla polskich zawodników - z wyjątkiem Małysza - już tak.

Pieniądze to podstawowa kwestia, bo mało kto potrafi wyżyć z samego skakania. Dlatego chłopcy przestają startować, rodziny naciskają ich, żeby zajęli się czymś konkretnym. Jaki polski klub da radę utrzymać seniora, który nie jest członkiem kadry? Żaden. Dlatego cały czas trwa walka między klubami, żeby upchnąć swoich zawodników w kadrze. Czasami ta walka jest niezdrowa, przynosi niesprawiedliwe rezultaty.

Małysz to w polskich skokach przedstawiciel opcji beskidzkiej. W przeszłości była ostra rywalizacja beskidzko-tatrzańska?

- Nadal jest, choć na szczęście wykrusza się powoli pokolenie działaczy, dla których to była sprawa życia i śmierci. Dziś na zawodach działacze i zawodnicy obu ośrodków witają się serdecznie i poklepują po ramionach, ale kiedy zaczyna się konkurs, to nie ma zmiłuj się. Kiedy zakopiańczyk Kamil Stoch na zawodach Pucharu Świata w Pragelato wyprzedził Małysza, cieszyło się całe Zakopane!

Beskidzcy zawodnicy mają lepsze rezultaty od zakopiańczyków, choć przecież najlepsza polska skocznia - Wielka Krokiew - jest w Tatrach. Dlaczego?

- Może właśnie... dlatego! Kiedy zawodnicy z Beskidów przyjeżdżają trenować do Zakopanego, starają się wykorzystać każdą wolną chwilę. Skoro zapłaciło się za wynajem, nie można marnować czasu. A zakopiańczycy mają obiekt na co dzień. Kiedy byłem trenerem, zdarzyło mi się słyszeć od zawodników z Zakopanego: "Trenerze, my to sobie poskaczemy, ale po południu".

Czy Adam Małysz to największy talent w historii beskidzkich skoków?

- Na pewno nie. Wielki talent miał choćby Zdzisław Hryniewiecki, jego czucie lotu było niepowtarzalne. To był zresztą mój serdeczny kolega, razem startowaliśmy. Fatalny upadek na treningu przed wyjazdem na olimpiadę do Squaw Valley w 1960 roku przekreślił jego karierę. Byłem już wówczas asystentem trenera kadry Mieczysława Kozdrunia i widziałem ten tragiczny skok w Malince. Stałem na górze skoczni i kiedy zobaczyłem w powietrzu spody jego żółtych nart, przeczułem najgorsze. Potem było czekanie na karetkę, jazda po wyboistych drogach do szpitala w Cieszynie. Dzidek resztę życia spędził na wózku inwalidzkim.

Dramat Hryniewieckiego na kilka lat wstrzymał rozwój skoków w Polsce. Dzidek był wtedy postacią bardzo popularną, jego kalectwo musiało podziałać na wyobraźnię. Rodzice bali się wysyłać swoje dzieci na treningi.

A inni?

- Byli Józef Przybyła z Bystrej, prawdziwy łowca odległości, Władysław Tajner, Gustaw Bujok z Wisły. I mniej znani: Bieniek, Kubica, bracia Pezdowie czy Węgrzynkiewiczowie.

To dlaczego nawet nie zbliżyli się do poziomu Małysza?

- Z różnych powodów. Już sama konkurencja w kraju była tak wielka, że tylko nieliczni mogli się przebić i pokazać na zagranicznych zawodach. Zresztą to zderzenie z nowoczesnymi skoczniami w Europie było dla nich dość bolesne. U nas było mało tej klasy obiektów, nie było gdzie trenować. Pod koniec lat 60. za granicą nastąpił szybki rozwój technologii, no i dystans do najlepszych jeszcze się powiększył.

Nie wymienił Pan Piotra Fijasa z BBTS-u Bielsko-Biała.

- On akurat odniósł międzynarodowe sukcesy. Piotrek to był bardzo dobry skoczek. Odważny, ambitny, solidny w treningu. Dobry na mamuty, bo to wielkie chłopisko, miał dużą powierzchnię ciała. Jego ojciec Adam boksował w BBTS-ie i to on namówił Piotrka do sportu. Na początku on świetnie zjeżdżał, dopiero potem zaczął skakać. Młodszy brat Tadeusz też był zresztą dobrym skoczkiem.

Największym sukcesem Fijasa był brązowy medal mistrzostw świata w lotach narciarskich w 1979 roku.

- A wiecie panowie, że na te zawody to pojechaliśmy - a byłem wtedy trenerem kadry - właściwie nielegalnie? Razem z Fijasem i Stanisławem Bobakiem z Zakopanego startowaliśmy na zawodach w NRD-owskim Oberhofie. Jakoś tak zgadałem się z trenerem skoczków NRD i usłyszałem, że oni jadą stamtąd prosto na mistrzostwa w lotach do Planicy. Udało się załatwić bilety lotnicze w Interflugu, i to z odroczoną płatnością. W Planicy gospodarze dali nam miejsca w hotelu i jakieś diety.

I pojechaliście bez zgody sportowych władz?

- No tak! Polski Związek Narciarski nie był zainteresowany udziałem w tych mistrzostwach, bo żaden z naszych skoczków nie miał doświadczenia w lotach. Nie poniosłem żadnych konsekwencji chyba dlatego, że przywieźliśmy stamtąd medal. Fijas startował pierwszy raz na mamucie i zdobył brązowy medal. Na dodatek wynikiem 151 m pobił chyba 10-letni rekord Józka Przybyły. Za ten sukces jako trener dostałem talon na malucha.

A jak wróciliście z Planicy?

- Jugosłowianie jechali od razu na zawody do Czech i zabrali nas ze sobą. I w Czechach Fijas wygrał konkurs. Potem stał się specjalistą od długich odległości. Przez siedem lat właśnie do niego należał rekord świata - 194 m.

Miał jednak pewien problem - lądowanie.

- Z tym był zawsze kłopot, bo Piotrek lądował sztywno, na obie nogi. Pamiętam, jak na jakichś zawodach słynny szwajcarski skoczek Walter Steiner, który wtedy pracował w serwisie Kneissla, radził nam, jak zmienić styl lądowania. Steiner był równie wysoki jak Fijas i w czasie kariery miał ten sam problem. Piotrek wiele razy cierpiał przez to swoje lądowanie, bo sędziowie odejmowali mu punkty. Ale to wspaniały zawodnik, w końcu aż trzy razy startował na igrzyskach, wygrywał konkursy Pucharu Świata. Jego karierę przytłumiła kontuzja, która mu się przytrafiła na mamucie w Vickersund. Piotrek wylądował na 160. metrze. Podparł jednak skok, ale zamiast poturlać się po śniegu, chciał się podnieść i w efekcie wpadł na ustawione za zeskokiem pawilony gastronomiczne. Zerwał więzadła w stawie kolanowym, miał potem śrubę w kości. To się potem za nim ciągnęło.



TADEUSZ KOŁDER

Ma 68 lat, pochodzi z Cieszyna. W 1959 ukończył warszawską AWF (specjalizacja: skoki narciarskie, tytuł instruktora skoków można było wtedy zdobyć tylko w Warszawie). W latach 1959-61 prowadził szkółkę narciarską KLS Barania - Wisła. Jego wychowankami są m.in. Józef Kocjan i Jan Kawulok. W latach 1959-60 prowadził treningi akrobatyczne z kadrą narodową przed startem na olimpiadzie w Squav Valley. W latach 1975-77 prowadził treningi w kombinacji norweskiej w ROW-ie Rybnik (sekcja Koniaków), gdzie prowadził m.in. Jana Legierskiego i Stanisława Kawuloka. Jego klub zdobył w latach 1976-77 drużynowe mistrzostwo Polski w konkurencjach klasycznych. W latach 1977-81 był trenerem kadry narodowej skoczków, był z nimi na olimpiadzie w Lake Placid. Największy suckces za jego kadencji to brązowy medal MŚ w lotach Piotra Fijasa w 1979 roku. Był także asystentem trenera kadry w latach 1986-88. Pracował w Olimpii Goleszów i Śnieżce Karpacz, prowadził szkółki narciarskie w Koniakowie i Wiśle. Był trenerem skoczków na Uniwersjadzie w Zakopanem w 2001 roku. Mieszka w Koniakowie.



Skomentuj:
Tadeusz Kołder, były trener kadry skoczków, dla "Gazety": gdy małyszomania minie, znów może być kryzys
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Terminarz
  • Puchar Świata 2018/19