Po turnieju w Rydze: polski hokej umiera

Przegrywamy awans na igrzyska i nic się nie dzieje. Godzimy się z porażką, to staje się zaraźliwe. Za coś takiego ktoś powinien wylecieć z pracy - pieklił się Mariusz Czerkawski w niedzielę w Rydze, gdy po porażkach z Białorusią, Łotwą i Słowenią Polska zajęła ostatnie miejsce w turnieju przedolimpijskim.
Ale w Polskim Związku Hokeja na Lodzie nikt nie myśli o dymisji. Prezes Zenon Hajduga i obecny w Rydze szef PKOl Stanisław Stefan Paszczyk szczycą się powstałymi na początku lat 90. Szkołami Mistrzostwa Sportowego. - Dzięki nim uratowaliśmy hokej - mówili. Tymczasem z pierwszego naboru do SMS czołowi zawodnicy Dariusz Zabawa, Rafał Selega, Mariusz Trzópek, Robert Biela, Jacek Rutkowski i Sebastian Pajerski nie uprawiają już hokeja. W Rydze grali tylko Damian Słaboń i Leszek Laszkiewicz, a Tomasz Wawrzkiewicz był rezerwowym bramkarzem.

PZHL handluje premią

Z winy związku w kadrze nie grają wszyscy najlepsi. Czołowy obrońca ligi Rafał Sroka, a także napastnicy Janusz Hajnos i Zbigniew Podlipni nie palą się do występów w reprezentacji po tym, jak PZHL handlował ich premią za grę w MŚ z nieuczciwym pracodawcą ("my wam podarujemy dług za zaległe wpisowe do ligi, a wy wypłaćcie to kadrowiczom z waszego klubu") i w ten sposób zawodnicy do dzisiaj nie dostali pieniędzy. Od dawna w kadrze nie grają mniej więcej z tych samych powodów czołowi napastnicy z Dworów/Unii Oświęcim - Mariusz Puzio i Marek Stebnicki.

Promocja? Marketing? A ja nie wiem

Liga nie ma sponsora i nigdy go nie miała. Tak samo reprezentacja. Gdyby hokeiści wywalczyli awans na igrzyska, dostaliby po 3 tys. zł na głowę. W profesjonalnym sporcie takie kwoty nie powalą z nóg nikogo. Marketing, promocja to zjawiska obce dla PZHL-u. Sytuacja, w jakiej prezes Hajduga poinformował nas o firmie jednorazowo wspierającej reprezentację na turnieju w Rydze, jest wręcz groteskowa. Gdy członek ekipy Andrzej Zabawa niósł do szatni koszulki hokeistów, jeden z dziennikarzy zaczepił go: "Panie Andrzeju, niech pan zaczeka! Co tam jest naszyte?". Prezes Hajduga zaczął nerwowo dreptać w miejscu. - A ja nie wiem, co to za firma. To nie ja podpisywałem. Dają 15 tys. zł za reklamę na tym turnieju - tłumaczył, zamiast przed wylotem kadry do Rygi zrobić konferencję i pochwalić się pozyskaniem patrona.

Przed sezonem rozgrywki ekstraklasy miała przejąć spółka Polska Liga Hokejowa SSA. Jej prezesem miał zostać wiceprezes Cracovii Paweł Misior. Człowiek, który działaniami marketingowo-promocyjnymi przyczynił się do odrodzenia piłkarskiej Cracovii. Do hokeja chciał wprowadzić te same, sprawdzone metody, np. do promocji dyscypliny chciał wykorzystać wizerunek Mariusza Czerkawskiego i Krzysztofa Oliwy. Ale dla zarządu PZHL Misior był niebezpieczny. Słuchając go, działacze "starej daty" czuli się jak na tureckim kazaniu, więc w naprędce zwołanym posiedzeniu szefowanie PLH powierzyli Markowi Kosteckiemu. Wprawdzie nie mieli wymaganego kworum, ale wybór potwierdzili dwa tygodnie później. Dzisiaj dziwią się, dlaczego spółka PLH SSA nie funkcjonuje, a sponsorzy klubów ComArch/Cracovia i Wojas/Podhale zastanawiają się nad sensem inwestowania w hokej.

A Słoweńcy potrafią

Obcy nam jest model hokeja, który wprowadzili Słoweńcy. Mają jeszcze mniej zawodników (tylko 150), słabszą ligę od polskiej, ale oparta na niej reprezentacja wygrywa z nami jak chce. Reprezentacja ma jednak mocnego sponsora - krajową Telekomunikację. Stać ich na wynajęcie samolotu czarterowego i zatrudnienie dobrego fińskiego trenera Kariego Savolainena.

Tymczasem podróż polskich hokeistów do Rygi trwała dwa dni, a na pensję dla sprawdzonego w Polsce białoruskiego szkoleniowca Andrieja Sidorenki związek musiał się złożyć z Dworami/Unią Oświęcim, których prezes Kazimierz Woźnicki jest jednocześnie wiceprezesem PZHL-u. Efekt? Chora sytuacja i podejrzenia innych klubów. - Sidorenko bierze dwóch z Unii, którzy nie są lepsi ode mnie. W tej sytuacji nie mam nawet zamiaru pojawienia się na zgrupowaniu przed mistrzostwami świata na Węgrzech - mówił "Gazecie" jeden z hokeistów GKS-u Tychy, który w opinii Sidorenki był za słaby, by jechać do Rygi.

Ale Sidorenko zapytany po porażce ze Słowenią, czy zmieniłby kogoś w kadrze, odpowiedział: - Nikogo. Kto się według niego wyróżnił? Mariusz Dulęba i Mariusz Jakubik.

Obaj z Unii. Ten pierwszy grał poprawnie, drugi był jednym z najsłabszych napastników turnieju.

Białoruski szkoleniowiec Andriej Sidorenko żelaznym przygotowaniem kondycyjnym drużyny sprawił, że drużyna wytrzymała trudy turnieju. Ale wspaniały bramkarz Tomasz Jaworski i Mariusz Czerkawski, którego nawet łotewscy komentatorzy nazywali najlepszym napastnikiem turnieju, to za mało, by jechać na igrzyska.

Chłopi na schwał, ale ręce im drżą

Tylko niewielu walczyło w Rydze jak o życiową szansę. Jak zapowiadał, tak grał Krzysztof Oliwa ("Na każdej zmianie musisz dać z siebie 110 procent"), Mariusz Czerkawski walczył z jeszcze większym zaangażowaniem niż dotąd. W życiowej formie był Tomasz Jaworski, rozkręcił się Leszek Laszkiewicz, świetnie grał Jacek Płachta, poprawnie Waldemar Klisiak i Mariusz Dulęba (z wyjątkiem koszmarnego błędu, który kosztował utratę pierwszej bramki ze Słowenią). Najgorzej wypadli obrońcy. Grali z drżącymi rękami. Zwłaszcza w pierwszym meczu z Białorusinami popełniali masę niewymuszonych błędów. 36-letni Jacek Zamojski ma olbrzymie doświadczenie, jego partner z pierwszej formacji obronnej Oskar Szczepaniec występuje w silnym szwajcarskim Ambri-Piotta. Żaden z nich nie potrafił jednak wziąć odpowiedzialności na siebie, podjąć ryzyka, zagrać ostro, ale czysto ciałem. - Macie w obronie chłopów na schwał, ale nie wiem, czemu grają tak bojaźliwie - podkreślał napastnik Łotwy Grigorij Panateljews, który minął całą naszą obronę i strzelił gola na 1:1 ledwie 12 sekund po tym, jak Polska objęła prowadzenie.

Terminarz
  • Puchar Świata 2018/19