Sport.pl

Partyka: Polska lekkoatletyka się sypie

Daleko od centrali w Warszawie i od prezes Ireny Szewińskiej jest lekkoatletyka. I ta lekkoatletyka się rozsypuje - mówi Artur Partyka, srebrny medalista olimpijski w skoku wzwyż w Atlancie w 1996 roku
W sobotę rozstrzygnie się przyszłość najważniejszej dyscypliny olimpijskiej. Do wyborów na stanowisko prezesa staje uznawany za reformatora Jacek Kazimierski dotąd sponsor polskiej lekkoatletyki. Jego przeciwnikiem będzie Irena Szewińska, która prowadzi związek od 1997 roku.

Radosław Leniarski: Dlaczego grupa Jacka Kazimierskiego chce usunąć prezes Szewińską? Ona twierdzi, że ma plan, jak poprawić stan lekkoatletyki.

Artur Partyka: Absolutnie nikt nie mówi o usuwaniu Ireny Szewińskiej z lekkoatletyki. Chodzi o to, aby nie była prezesem. Moim zdaniem w ogóle związki sportowe powinny być bliższe zasad demokracji, jak choćby ograniczenia liczby kadencji prezesa do dwóch, tak jak jest z prezydentami. Ja nie wyobrażam sobie lekkoatletyki bez tak pomnikowej postaci jak Irena Szewińska. Zresztą pani prezes jest członkiem władz międzynarodowych.

Czy grupa reformatorów związana z Kazimierskim i Robertem Korzeniowskim wygra w sobotę walkę z Szewińską?

- Jest duża szansa. Jeśli przegrają to będzie bardzo źle. Jestem pewny, że Kazimierski i jego współpracownicy wiedzą, jak naprawić lekkoatletykę. Jeździli po Polsce i dostrzegli, że pora na najdalej idące zmiany. To właśnie tam, daleko od centrali w Warszawie, jest lekkoatletyka. I ta lekkoatletyka się rozsypuje. Ale nie da się ukryć, że środowisko w Polsce jest bardzo podzielone. Sporo jest zwolenników prezes Szewińskiej, pewnie nie mniej niż zwolenników zmian. Ta druga część wręcz oczekiwała jakiejś reformatorskiej inicjatywy, bo jest świadoma, że dalszej wegetacji lekkoatletyka nie przetrzyma. Porażka zwolenników reform byłaby więc wielkim ciosem.

Dlaczego?

- Widzę, co się dzieje, że oddalamy się od świata. Apogeum sukcesów to mistrzostwa świata w Edmonton w 2001 roku, miłe chwile były też w Wiedniu na mistrzostwach Europy, ale później było już coraz gorzej. W mistrzostwach świata w Paryżu w 2003 roku było już bardzo źle. Ale prawdziwy regres nastąpił tam, gdzie go trudno zauważyć kibicowi wielkich imprez - w Polsce nie ma nowych trenerów, klubów z porządną bazą, rzeszy zawodników. Jeszcze w Atenach występ lekkoatletów był poprawny, ale będzie coraz gorzej.

Jeśli w Atenach występ lekkoatletów był poprawny, to dlaczego trzeba zmian?

- Proszę zwrócić uwagę, kto zdobywa medale. Grupa potencjalnych zdobywców się zawęża. Mieliśmy pewniaka - Roberta Korzeniowskiego. Ale już go nie mamy. On krył wszystkie niedostatki. Proszę wymienić tych, którzy mogą teraz zdobyć medal? Regres jest też w kategorii juniorów. W ostatnich mistrzostwach świata polscy juniorzy zdobyli tylko jeden medal. To był zdecydowanie najgorszy występ od lat. Jestem przekonany, że w przyszłości nie będzie lepiej.

Wystarczy spojrzeć na grupę trenerów w lekkiej atletyce. Tam są ci sami ludzie, którzy szkolili 10-15 lat temu. Nie przybywa nikt nowy. Ci ludzie są zmęczeni, nikt im nie pomaga.

Ale jest na przykład młody szkoleniowiec w skoku o tyczce kobiet, dzięki któremu Anna Rogowska zdobyła brązowy medal w Atenach...

- To jednostkowy przypadek. Tam, gdzie się zaczyna lekka atletyka, nie ma nowych twarzy. Ci najlepsi, z reprezentacji, i tak dadzą sobie radę. Tyle że ich będzie coraz mniej lub będą na coraz niższym poziomie w stosunku do czołówki światowej. W mniejszych miejscowościach, a nawet u mnie w Łodzi, ludzie zajmujący się sportem są zostawieni sami sobie. Czekają na to, aż ktoś przyjedzie i wspomoże ich pasję. To jest źródło, z którego wywodzi się czołówka. Tylko to źródło wysycha. Jeśli nic się nie zmieni w 2008 roku w Pekinie będzie klęska. W tych wyborach chodzi o przyszłość, o to, aby lekkoatletyka wreszcie zaczęła się normalnie rozwijać.

Czy wszystko zmieni się po porażce prezes Szewińskiej?

- Problemem jest nie tylko postać Ireny Szewińskiej, choć rządzi autorytarnie, ale to, kto z nią pracuje. Ta grupa, która w tej chwili pracuje w związku, jest niekompetentna. Znam firmy, które po kontaktach z działem marketingu związku, były zupełnie zdruzgotane poziomem. Dlaczego ten związek, bardzo ważny, z wielkimi tradycjami, zarządzający największą dyscypliną olimpijską, ma jednego sponsora? Dlaczego nie ma żadnego porządnego mityngu w Polsce, nie mówiąc o zawodach na skalę międzynarodową? Dlaczego memoriał Kusocińskiego od lat jest reanimowany i nie może wyjść z zapaści? Dlaczego do współpracy ze związkiem nie są zapraszani byli wielcy sportowcy? Dlaczego związek jest na nich zamknięty? Przecież lekkoatletyka nie jest w tej chwili w okresie, kiedy można nią tylko administrować. Trzeba kreować, a nie wegetować.

Moim zdaniem ta sprawa wychodzi poza lekką atletykę. Po igrzyskach było wiele szumu o klęsce w polskim sporcie i wszystko się rozmyło. Wszyscy się pochowali, gala sportu się odbyła, skrytykowano, że nie ma sukcesów, i jedziemy dalej. Bez zmieniania czegokolwiek. A przecież w interesie sportowców i sportu jest uporządkowanie i naprawienie tego mechanizmu. Mam nadzieję, że za trzy, cztery lata wszyscy będą brać przykład z lekkoatletyki.

Złoty medalista w skoku wzwyż z Montrealu w 1976 roku Jacek Wszoła nie został wybrany nawet do władz Warszawskiego Okręgowego Związku Lekkoatletycznego. Powiedział, że przed wyborami w PZLA jest pesymistą, że pewnie znów wygra Irena Szewińska, bo "ludzie lubią oglądać stare filmy po raz kolejny".

- To jest problem całego sportu i celna charakterystyka ludzi, którzy w nim działają. Polskim sportem rzeczywiście rządzą ci, którzy lubią oglądać stare filmy. Tylko, żeby filmy mogły się zestarzeć, najpierw muszą powstać nowe. One wnoszą coś nowego, pchają świat do przodu.