Kisiel: Nasza nieskuteczność i dobra gra bramkarza

W Płocku nikt nie spodziewał się, że szczypiorniści Wisły zremisują z Zagłębiem Lubin i stracą pozycję lidera I ligi. - Czy mogliśmy wygrać? Powiedziałem zawodnikom, że gdyby któryś z nich wykorzystał choć jedną dogodną sytuację, a tych mieliśmy sporo, to mecz zakończyłby się naszym zwycięstwem - mówi trener nafciarzy Krzysztof Kisiel
Zespół Zenona Łakomo całkowicie zaskoczył nafciarzy. - Bo to był taki typowy mecz w myśl zasady bij mistrza - tłumaczy Kisiel. - Zagłębie postawiło nam naprawdę trudne warunki. Na to nałożyła się nasza początkowa nieskuteczność i dobra gra ich bramkarza Szymona Ligarzewskiego. Chyba ten fragment odznaczył się dużym piętnem na końcowym wyniku i remisie 23:23.

Takiego rozstrzygnięcia można było uniknąć. Co trzeba było zrobić? - Po prostu lepiej rzucać - uważa Artur Niedzielski, który sam z kilku świetnych okazji zdobył tylko sześć goli. - Jeszcze przed ligą, gdy graliśmy sparingi z Zagłębiem, to nawet piłki nie dotknął. W Płocku zaskoczył mnie swoją postawą. A jeszcze my rzucaliśmy mu na wysokości biodra. Wszystko wtedy "zamykał". Należało rzucać górą.

To z kolei rodziło pewne niebezpieczeństwo trafienia Ligarzewskiego w twarz, zwłaszcza kiedy w miarę upływu czasu piłka robiła się śliska od potu. Z kolei taka sytuacja mogła wywołać niepotrzebną nerwowość. Tak jak w 1997 r. kiedy w pojedynku o mistrzostwo Polski we Wrocławiu nafciarze grali ze Śląskiem. W ostatniej akcji meczu, który wygrali gospodarze, Niedzielski pokonał Ligarzewskiego właśnie takim rzutem koło głowy. - Zaraz potem mnie odepchnął - wspomina Niedzielski. - Wróciłem, żeby wyjaśnić sytuację. Wtedy zamierzył się na mnie pięścią, ale uchyliłem się i nie trafił czysto. Potem twierdził, że to dlatego, iż rzuciłem mu piłką w twarz. A przecież nic takiego nie miało miejsca.

Zdarzenie to miało nawet konsekwencje na trybunach, gdzie wybuchła awantura. Nasi zawodnicy, w tym Niedzielski, rzucił się ratować swoje żony, rodziny i pozostałych kibiców z Płocka. Po meczu Ligarzewski został ukarany półroczną dyskwalifikacją. Niedzielski mógł mieć zatem kompleks tego zawodnika, stąd kilka złych rzutów. - Absolutnie nie - mówi płocczanin. - W ogóle o tym nie myślałem, bo już kilka lat temu w Niemczech wszystko sobie z Szymonem wyjaśniliśmy. Przeprosił mnie i o sprawie zapomnieliśmy.

- Też myślę, że o tych kilku słabszych rzutach Artura co innego decydowało - dodaje Kisiel. - Ostatnio gra naprawdę bardzo dobrze i to całe mecze. Nie ma zmiennika i właśnie zmęczenie mogło wpłynąć na pewność ręki.

W zespole Wisły wyraźnie brak było kontuzjowanego Damiana Wleklaka. Najgorsze jest to, że w tej chwili "Zdechły" nie może nawet trenować, co źle wróży przed najbliższymi meczami ligowymi i Ligą Mistrzów. - Damian na pewno wniósłby do gry coś innego - twierdzi szkoleniowiec Wisły. - Będziemy korzystać z tych zawodników, których mamy do dyspozycji. Na środku może przecież zagrać Rafał Kuptel, Marek Witkowski czy nawet Adaś Twardo.

Kisiel nie słyszał złośliwych komentarzy, które pod jego adresem kilka razy wykrzykiwali podenerwowani kibice. - Ja i bez tego cały czas zastanawiałem się, co zmienić, żeby było dobrze. Nawet w tej szalenie nerwowej końcówce. Wziąłem czas na 24 s przed końcem meczu, gdy mieliśmy piłkę. Ustaliśmy co dalej robić i co? Straciliśmy piłkę. W szatni zawodnicy byli źli i na siebie, i na sędziów. Osobowo nie mam do żadnego z nich pretensji. Zawiódł cały zespół. I już nie ma się co usprawiedliwiać, roztrząsać. Jeszcze wiele meczów możemy wygrać, zremisować, czy nawet przegrać. Ale będziemy się starać, żeby tych ostatnich i remisowych było jak najmniej.