Sport.pl

Rafał Stec: Nokaut Rooneya

Bezczelność Wayne'a Rooneya przekracza ludzkie pojęcie.
Trzeba tupetu, by ledwie porzuciwszy gameboya styranizować drużynę, która podbijała wszystkie stadiony świata. Trzeba zuchwałości, by w debiucie pośród gwiazd legendarnego Manchesteru ośmielać się samemu wykonywać rzuty wolne, zamiast pokornie zostawić piłkę bardziej zasłużonym. Trzeba arogancji, by podczas debiutu w elitarnej Lidze Mistrzów uderzać z każdej pozycji, zamiast pokornie oddać piłkę starszym. Bijący snajperskie rekordy Ruud van Nistelrooy - jak wytykają mu maniacy statystyk - nigdy nie trafia zza pola karnego. Czyha na moment, kiedy będzie bliżej bramki, kiedy będzie absolutnie pewny swego.

Nie Rooney. Ten się nie waha, nie wątpi. Przymierza, a piłkę niesie jego nieustraszona wiara w siebie i swój geniusz. We wtorek strzelał trzy gole Fenerbahce (6:2) tylko zza pola karnego. Wyzwania go nie przerażają, lecz inspirują. Kiedy ich brak, gaśnie jak w Evertonie. Pierwszy prawdziwy mecz zagrał z 11-latkami, sam był cztery lata młodszy. Strzelił gola. Na pierwszym treningu reprezentacji Anglii przedryblował pół drużyny i pokonał bramkarza Jamesa. W lidze trafił jako 16-latek, w kadrze jako 17-latek, jako 18-latek został najmłodszym zdobywcą bramki w dziejach mistrzostw Europy.

Wcześniej byli tylko Pele, Maradona, Best, może jeszcze kilku. Przed trenerem Fergusonem największe wyzwanie w karierze. Jeśli nie dopuści, by szaleńcze terminarze zniszczyły nastoletnie mięśnie, ścięgna i stawy (vide Michael Owen), by Rooney stoczył się w knajpiane słodkie życie popgwiazdy (George Best) lub sprzedał producentom golarek (Beckham), wychowa Muhammada Alego futbolu. Bokser wszech czasów lubił krzyczeć, że jest królem globu. Rooney megalomańską tyradę wygłasza mową ciała. Ali czasem przegrywał. Rooney może nie przegrać nigdy. Gong ledwie zabrzmiał, a świat już leży na deskach.