Sport.pl

Szwecja - Holandia 0:0. Karne 4:5

Niewiarygodne? A jednak. 12 lat i cztery dni trwało holenderskie przekleństwo - skończyło się wreszcie w portugalskim Faro. W 1988 roku Holandia została mistrzem Europy, ale w trzech kolejnych turniejach o mistrzostwo kontynentu odpadała po karnych. W sobotę karne dały jej awans do półfinału
Była godz. 22.27 czasu portugalskiego i o godzinę później w Holandii, kiedy wschodząca gwiazda Arjen Robben podchodził do piłki ustawionej 11 metrów od Andreasa Isakssona. Strzał nie był mocny, ale skuteczny, piłka trafiła do siatki. Robben, jego koledzy i kilkanaście tysięcy ubranych na pomarańczowo fanów na stadionie Algarve wydało z siebie jęk radości. Nie, nie była to łatwa, prosta radość zwycięstwa. Raczej szał skazańca, który jakimś cudem uniknął egzekucji.

Traumatyczna seria

Robben szedł do podstawówki, gdy broniąca tytułu mistrza Europy wielka Holandia Gullita, van Bastena i Rijkaarda przegrała na karne półfinał Euro '92. Legendarny duński bramkarz Peter Schmeichel obronił strzału z 11 metrów Marco van Bastena, najlepszego napastnika świata, i to był początek serii. Traumatycznej? Z pewnością, gdy przypomnieć sobie, jak cztery lata temu w półfinałowym meczu Euro 2000 holenderscy piłkarze kompromitowali się jeden po drugim, pudłując z 11 metrów. Frank de Boer i Patrick Kluivert nie wykorzystali karnych już w czasie gry. Do finału awansowali wtedy Włosi, a trener Frank Rijkaard podał się do dymisji.

To było jednak tylko apogeum nieszczęścia. W 1996 roku, w mistrzostwach Europy w Anglii Holendrzy przegrali z Francją w ćwierćfinale na karne, a dwa lata później była jeszcze klęska z Brazylią w półfinale francuskiego mundialu. Także po karnych. Czy jest więc drużyna, która bardziej mogłaby się obawiać tego typu rozstrzygnięć?

Okazje z wykrzyknikiem

Dlatego w sobotę w Faro holenderskie oblężenie bramki Isakssona trwało do końca. Im bliżej było 120. min, tym częściej powtarzał się obrazek, gdy 21 piłkarzy walczyło na szwedzkiej połowie lub wręcz kotłowało się pod szwedzkim polem karnym. Ale im bardziej naciskali Holendrzy, tym goręcej było pod...obydwiema bramkami, bo Szwedzi odpowiadali takimi kontrami, że każda mogła być rozstrzygająca. Okazji, strzałów, parad bramkarzy było tyle, że w drugiej połowie dogrywki zacząłem zaznaczać wykrzyknikiem tylko te stuprocentowe szanse. No i w moich notatkach pozostały właściwie same wykrzykniki. Anulowany ze względu na spalonego gol van Nistelrooya, pudło Cocu z czterech metrów, szarża niezmordowanego Robbena. A z drugiej strony? Poprzeczka Larssona, słupek Ljungberga... I jedni, i drudzy walczyli z taką determinacją, jakby kolejnej szansy miało nie być już nigdy.

Holendrzy nie chcieli zmarnować daru Czechów, których triumf nad Niemcami dał im prawo gry w ćwierćfinale. A Szwedzi? Tak wspaniale jak w Portugalii nie grali od lat i mistrzostw świata w USA, skąd przywieźli brązowe medale. Zwykle ich drużyna jest zorganizowana, silna, i wybiegana, ale brak tej iskry bożej pozwalającej sięgać po najwyższe cele. Na Euro 2000 szwedzcy kibice twierdzili, że ich schematycznie i defensywnie grający team przynosi tylko wstyd. Tymczasem teraz na tradycyjną solidność nałożył się geniusz Ljungberga, a przede wszystkim Ibrahimovica i Larssona. W fazie grupowej, nie rezygnując z defensywnej rozwagi, Szwedzi zdobyli aż osiem goli! I mieli prawo myśleć o medalu. - Grają najlepszy futbol na Euro - chwalił Ruud van Nistelrooy.

Dlatego po karnym Robbena niektórzy szwedzcy gracze padli na murawę, zasłaniając rękami twarze. Być może taka szansa szybko się powtórzy, bo przecież Larsson nie będzie grał wiecznie.

Po prostu strzelił

Ćwierćfinał w Faro był najlepszym przykładem jak ciekawy i dramatyczny może być mecz piłkarski nawet bez goli. Wymiana ciosów z różnym natężeniem trwała bez ustanku. Każdy z przeciwników próbował wykorzystywać swoją przewagę. Holendrzy wysoko ustawili atak pozycyjny, licząc na szarże skrzydłami Robbena i van der Meyde'a. I nie przeliczyli się, szczególnie w tym pierwszym przypadku. Kupiony do Chelsea skrzydłowy często ogrywał Östlunda, a nawet dwóch i trzech rywali, zagrywając potem do środka, gdzie van Nistelrooy toczył porywające boje z przeważającymi siłami wroga. Robben mógł też sam rozstrzygnąć losy meczu. W 93. min znużony ciągłym podawaniem do kolegów sam strzelił z 25 metrów. Isaksson wypuścił piłkę z rąk, ta trafiła w słupek i wybili ją obrońcy. Gdzieś z zakamarków pamięci wydobyłem strzał w słupek Rensenbrinka na mundialu w 1978 roku. Gdyby w 90. min finału piłka trafiła do bramki, to Holandia, a nie Argentyna, byłaby mistrzem świata. No, ale Robben takich skojarzeń mieć raczej nie mógł, o strzale sprzed 26 lat mogli mu opowiedzieć rodzice albo dziadkowie.

Szwedzi wiedzieli, co im grozi, więc podwajali, a kiedy trzeba było - potrajali krycie Robbena. Na ich szczęście z drugiej strony Mikael Nilsson znacznie lepiej radził sobie z van der Meydem. Szwedzi świadomi przewagi Holendrów w środku boiska (liczebnej i technicznej) grali bardzo często z pominięciem drugiej linii. Ale nie były to wykopy na oślep, ale długie podania na wolne pole, po których Larsson i Ibrahimovic toczyli boje ze Stamem i jego pomocnikami. A kiedy je wygrywali, Ljungberg natychmiast wyrastał jak spod ziemi, by wspomóc szwedzki atak. Stąd Szwedzi prostszymi środkami stworzyli pod bramką van der Saara masę sytuacji. Przewagę techniczną Holendrów udało się zniwelować mądrością i determinacją. Holendrzy byli, co prawda, wyjątkowo skupieni, ale im zawsze muszą się zdarzyć chwile zagapienia. Te właśnie momenty Szwedzi rozpoznawali bezbłędnie. Gdyby choć jeden udało się wykorzystać... Ale Stam rozgrywał jeden z najlepszych meczów w karierze.

Jedni i drudzy nie szczędzili ciosów, ale nokaut nie następował. Kiedy arbiter gwizdnął ostatni raz, kilkanaście tysięcy Holendrów wydało z siebie jęk zawodu. Mieli przeżyć koszmar karnych raz jeszcze? Tym razem pudłowali jednak Szwedzi: Ibrahimovic, a potem Mellberg, obaj grający wcześniej bardzo dobrze. Żeby holenderskie serca drżały do końca, był jeszcze strzał w słupek Cocu. I wreszcie do piłki podszedł Arjen Robben. Jest przesąd, że najlepszy gracz spotkania nie powinien podchodzić do karnego. Tak jak 12 lat i cztery dni wcześniej "jedenastki" nie powinien wykonywać van Basten. Ale Robben o tym przesądzie nie wiedział. Po prostu strzelił...



SZWECJA - HOLANDIA 0:0, karne 4:5

Karne:

Kim Kallstrom - trafia - 1:0

Ruud van Nistelrooy - trafia - 1:1

Henrik Larsson - trafia - 2:1

Johnny Heitinga - trafia - 2:2

Zlatan Ibrahimovic - strzela nad poprzeczką - 2:2

Michael Reiziger - trafia 2:3

Fredrik Ljungberg - trafia 3:3

Philip Cocu - trafia w słupek - 3:3

Christian Wilhelmsson - trafia - 4:3

Roy Makaay - trafia - 4:4

Olof Mellberg - broni Van der Sar - 4:4

Arjen Robben - trafia - 4:5

Żółte kartki:

SZWECJA: Zlatan Ibrahimović (za próbę wymuszenia rzutu karnego), Alexander Ostlund (za faul na Arjenie Robbenie)

HOLANDIA: Frank de Boer (po faulu na Fredriku Ljungbergu), Van der Meyde (po faulu na Mikaelu Nilssonie), Roy Makaay (po faulu na Kallstroemie)

SKŁADY:

SZWECJA (4-4-2): 1-Andreas Isaksson; 7-Mikael Nilsson, 15-Andreas Jakobsson, 3-Olof Mellberg, 14-Alexander Ostlund; 18-Mattias Jonson (63. min, 21-Christian Wilhelmsson), 8-Anders Svensson (82. min., 16-Kim Kallstroem), 6-Tobias Linderoth, 9-Fredrik Ljungberg; 10-Zlatan Ibrahimovic, 11-Henrik Larsson

HOLANDIA (4-3-3): 1-Edwin van der Sar; 2-Michael Reiziger, 15-Frank de Boer (35. min, 4-Wilfred Bouma), 3-Jaap Stam, 5-Giovanni van Bronckhorst; 20-Clarence Seedorf, 8-Edgar Davids (62., 18-Johnny Heitinga), 6-Philip Cocu; 7-Andy van der Meyde (87. 12-Roy Makaay), 10-Ruud van Nistelrooy, 19-Arjen Robben

Sędzia: Lubos Michel (Słowacja)

Kto był lepszy w grze na boisku?