Sport.pl

Historia Wiesława Dyły, boksera Górnika Sosnowiec, który 17 lat temu pokonał Andrzeja Gołotę

Pojedynek był zacięty, ale brzydki. Kiedy sędzia podniósł w górę rękę rywala, Andrzej Gołota nie krył złości, chyba nawet się rozpłakał.. W hali sportowej kopalni Czerwone Zagłębie 17 lat temu pokonał go Wiesław Dyła z Górnika Sosnowiec




Choć w Górniku boksował wtedy m.in. mistrz świata i Europy Henryk Średnicki, 22 marca 1987 roku kibice przyszli głównie dla walki w kategorii ciężkiej. Podczas meczu ligowego z Legią Warszawa miejscowy król nokautu Wiesław Dyła zmierzył się z 19-letnim wówczas Andrzejem Gołotą, aktualnym mistrzem Europy juniorów. W hali w Sosnowcu Zagórzu stawił się nadkomplet kibiców, wielu odeszło sprzed kas z kwitkiem.

Obaj bokserzy czuli do siebie respekt. Wiedzieli, że mają bardzo mocny cios, że chwila nieuwagi może oznaczać koniec walki. Pełen szamotaniny, wzajemnego trzymania i faulowania pojedynek zakończył się minimalnym, choć jednogłośnym zwycięstwem Dyły. Gołota zarobił ostrzeżenie za trzymanie, trzej sędziowie punktowali 60:57 dla zawodnika z Sosnowca.

41-letni dziś Dyła mieszka w Kamp-Lintfort, małym miasteczku niedaleko granicy niemiecko-holenderskiej. Dawny mistrz pracuje w firmie drogowo-budowlanej. Ma ładne mieszkanie. Jego córka Sabrina w zeszłym roku była u pierwszej komunii. Kiedy zadzwoniłem do niego, początkowo był zaskoczony i trochę podejrzliwy, czego też może chcieć dziennikarz z Polski. Pojedynek sprzed 17 lat oczywiście pamiętał.

- Gołota był już wtedy mistrzem Europy juniorów. Znaliśmy się trochę ze zgrupowań reprezentacji, czasem na nich ze sobą boksowaliśmy. Sparing to jednak co innego niż prawdziwa walka. Wygrałem z nim, ale wtedy byłem w życiowej formie - wspomina Dyła.

Stworzony do boksu

Pierwszym trenerem Dyły był Marian Stojek. - Wiesiek pojawił się w Górniku Siemianowice w połowie lat 70. Do naszego klubu chłopcy przychodzili z ulicy. Chcieli boksować najczęściej z nudów, no i z biedy. Wiesiek wpadł mi w oko już od samego początku. Wysoki [197 cm wzrostu - przyp. red.], smukły, ale bardzo silny i z dobrą koordynacją ruchową. Co ważne, chłopak był też inteligentny. Bił bardzo mocno, a ciosy miał takie czyste... Co tu gadać, był stworzony do boksu. Kiedy skończył wiek juniora, przeszliśmy razem do Górnika Sosnowiec - opowiada Stojek.

W Sosnowcu akurat tworzył się silny zespół, któremu patronowała kopalnia Czerwone Zagłębie. W 1984 roku mało wówczas znany Dyła pojechał na mistrzostwa Polski do Słupska. Zrobił tam furorę, bo pokonał przed czasem trzech rywali, m.in. obrońcę tytułu Janusza Czerniszewskiego z Legii. Dopiero w finale wagi ciężkiej pokonał go na punkty doświadczony Grzegorz Skrzecz. W Słupsku najwięcej mówiono wtedy jednak o polityce, bo akurat podczas trwania mistrzostw polskie władze podjęły decyzję o zbojkotowaniu Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles.

W 1985 roku Dyła wygrał Spartakiadę Armii Zaprzyjaźnionych, która tak naprawdę była mistrzostwami krajów socjalistycznych. W finale pokonał silnego jak tur Kubańczyka Hermenegildo Baeza. W tym samym roku Dyła został mistrzem Polski. W finale "zdemolował" drugiego z braci Skrzeczów, Pawła. W II i III rundzie walki Dyła trzykrotnie posłał na deski Skrzecza, który tylko dzięki rutynie i ambicji dotrwał do końcowego gongu. - Jeden sędzia dał wtedy wygraną Skrzeczowi, chyba za zasługi. Wszyscy się potem z niego śmiali - wspomina Dyła. Po tej walce zachwycony dziennikarz tygodnika "Sportowiec" pisał o bokserze: "Jego lewy prosty pracuje jak kombajn węglowy. Przebija wszelkie zapory" i cytował marzenie młodego zawodnika: "Chciałbym zostać zawodowym mistrzem świata wagi ciężkiej".

W 1986 roku przyszedł kolejny sukces: zwycięstwo nad Svenem Lange z NRD w Memoriale Feliksa Stamma.

Stanisław Dragan, medalista olimpijski w wadze półciężkiej z 1968 roku, trener Dyły w Górniku Sosnowiec: - On miał przede wszystkim świetne warunki fizyczne i bardzo mocny cios. Ale to był taki ostrożny bokser, nie żaden wojownik. Czasem trafił przypadkowo, a nie poprzez wytrenowane uderzenie. Kiedy przed rywalem czuł respekt, to wtedy dążył do zwarcia i pojedynek robił się brzydki. Wiesiek chyba nie zawsze w siebie wierzył. Poza tym nie przemęczał się na treningach. Lubił za to korzystać z życia. Gdyby poważniej traktował boks, to by więcej w nim osiągnął.

Bez słowa pożegnania

Kiedy Dyła zwyciężył Gołotę, miał już w dorobku zwycięstwa nad wszystkimi czołowymi bokserami wagi ciężkiej: P. Skrzeczem, Czerniszewskim, Leszkiem Rybińskim z Jastrzębia, Markiem Pałuckim z Czarnych Słupsk czy Marianem Klepką z Igloopolu Dębica.

Dobrze mu się powodziło. Od klubu dostał talon na fiata 126p i mieszkanie na osiedlu Kępa w Zagórzu, gdzie jego sąsiadami byli piłkarze Zagłębia Sosnowiec.

Na początku kwietnia 1987 roku bokserska kadra pojechała na turniej Inter-Cup do Hemsbach koło Stuttgartu. To był jeden z ostatnich sprawdzianów przed mistrzostwami Europy w Turynie. Dyła znokautował w I rundzie Niemca Andre Rotha, a w następnej walce przegrał niejednogłośnie na punkty z doskonałym Kubańczykiem Roberto Balado, późniejszym mistrzem olimpijskim i świata.

12 kwietnia telewizyjna "Panorama dnia" za agencją DPA podała, że "do kraju nie powrócił Wiesław Dyła, który pragnie walczyć w jednym z zachodnioniemieckich klubów".

Tomasz Dyła, starszy brat boksera: - To był niedzielny wieczór. Kiedy w telewizji powiedziano o Wieśku, to aż zaniemówiłem. On nigdy się nie zdradził, że ma takie plany. Najbardziej to wszystko przeżyła nasza mama. Wiesiek, jako najmłodszy syn, był dla niej oczkiem w głowie.

Andrzej Gmitruk, ówczesny trener kadry: - Dyła odłączył się od ekipy podczas finałowych walk. Bez jednego słowa pożegnania. Więcej go nie widzieliśmy.

Pytam Dyłę: - Wygrywa Pan z Gołotą, za dwa miesiące mistrzostwa Europy, za rok olimpiada. Nie żal Panu było tego wszystkiego?

- Człowiek młody był. To była dla mnie szansa na inne życie. Nie ja pierwszy na to się zdecydowałem i nie ostatni. Darek Michalczewski i Darek Kosedowski też potem zostali w Niemczech - ucina.

W Niemczech Dyła bił się w I-ligowym amatorskim klubie z Muelheim i w II lidze w Kamp-Lontfort. Wygrywał m.in. z reprezentantami RFN Bertem Teuchertem i Markusem Schniedersem. - Boksowałem jeszcze trzy lata. Krótko, ale ożeniłem się, pojawiło się dziecko. Trzeba było myśleć o rodzinie - opowiada.

Górnik Sosnowiec i Polski Związek Bokserski ukarały zawodnika dożywotnią dyskwalifikacją. Na mistrzostwach Europy i na igrzyskach w Seulu w wadze ciężkiej wystąpił Gołota, który w 1990 roku również opuścił Polskę.

Jestem normalnym facetem

Dragan: - Jego ucieczka to było dla wszystkich duże zaskoczenie. Długo się nie odzywał, ale teraz od czasu do czasu telefonuje do mnie.

Stojek: - Wieśka namówił taki polski Niemiec. Jeździł za naszymi zawodnikami, zawracał im głowę. Podobno skusił Wieśka za tysiąc marek. Bardzo żałowałem, bo myślałem, że będzie z niego drugi Henio Średnicki. Ale, nie. On postanowił iść na głębokie wody i się utopił. W Niemczech trochę walczył, ale w marnej "stajni". Pracował też w rzeźni, nosił na plecach świniaki. Nie potrafił się znaleźć w nowym miejscu.

Janusz Wrzesień, były kierownik sekcji bokserskiej Górnika: - Nikt w klubie nawet nie podejrzewał, że Wiesiek może zostać w Niemczech. Rok później nasza drużyna jechała na zawody do Francji. Na przejściu granicznym w Aachen, tuż przed odprawą, do naszego autokaru nagle podszedł Wiesiek. Chyba się trochę bał, ale chwilę pogadaliśmy. Pamiętam, że narzekał na ciężką robotę. Potem parę razy widzieliśmy się w Sosnowcu, ale rozmawialiśmy tylko o sporcie. I to krótko, bo Wiesiek zawsze był skryty.

Dyła śledzi zawodową karierę Gołoty. - W telewizji oglądałem dwie walki Gołoty z Riddickiem Bowe. Był lepszy, ale przegrywał, bo walczył nieczysto. Potem mnie zawiódł w walce z Mikem Tysonem. Teraz przeczytałem, że zremisował z Chrisem Byrdem. Przed tą walką byłem zaskoczony wypowiedziami Byrda. W boksie zawodowym jest najczęściej tak, że zawodnicy wzajemnie się obrażają, a Byrd mówił o Gołocie z szacunkiem. To mi się podobało - mówi.

Do Polski przyjeżdża co roku. W Siemianowicach mieszkają jego rodzice, w Sosnowcu i Chorzowie bracia. Młodszy z nich, Bogdan, był zresztą również bardzo zdolnym zawodnikiem. To zresztą on namówił Wieśka do boksu. Kiedy stwierdzono u niego początki cukrzycy, musiał zakończyć karierę. Starszy, Tomasz, nie uprawiał sportu, ale to on przechowuje w domu wszystkie prasowe wycinki dotyczące Wieśka. Również te, które brat przysyłał mu z Niemiec.

- Z kolegami z Górnika nie utrzymuję kontaktów, jakoś to się wszystko pourywało. Raz się tylko dłużej widziałem z Heńkiem Średnickim, kiedy przyjechał do Oberhausen na walkę Michalczewskiego - opowiada Dyła.

O swoim prywatnym życiu nie chce za wiele mówić.

- Jestem normalnym facetem, prowadzę zwyczajne życie. Z boksem i sportem nie mam nic wspólnego. No, może tylko tyle, że czasem popatrzę na jakiś mecz bokserski w moim mieście, albo pogram z kolegami w tenisa dla zdrowia - zdradza

Trener Stojek tylko kręci głową: - Gdyby Wiesiek trafił w Niemczech na innych ludzi, to może zaszedłby dalej niż Michalczewski? Po tym wszystkim spotkałem go tylko raz, przypadkiem. Przyjechał do rodziny na wakacje. Mówił mi wtedy, że żałuje, że wyjechał...