Niestrawna hokejowa wisienka
Gdyby przyszło mi zarządzać polskim hokejem, to decyzja o likwidacji fazy play-off w rozgrywkach ligowych byłaby jedną z pierwszych, które bym podjął. Kulejącej dyscypliny na pewno bym tym nie uzdrowił, ale przynajmniej sprawiłbym, że liga byłaby odrobinę ciekawsza.
W normalnych okolicznościach play-off byłby kapitalnym pomysłem: wisienką na torcie po pełnym wrażeń i sportowych emocji sezonie zasadniczym. Tyle że polski hokej ma tyle wspólnego z normalnością, co Mariusz Czerkawski z dzierganiem na drutach. Obecnie jest tak, że w play-off nasi hokeiści grają na maksa, a w sezonie zasadniczym tylko wtedy, gdy jest taka potrzeba. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że ubiegłorocznym mistrzem Polski została drużyna, która w pierwszej części rozgrywek należała do ligowych przeciętniaków? Likwidując play-off, zyskamy bicz na tych, którym chce się starać tylko trochę. Dzięki takiemu rozwiązaniu będziemy mieli pewność, że tytuł mistrzowski trafi w ręce tych, którzy walczą o to od pierwszego meczu sezonu. Wyeliminujemy też leserów, którzy bez żadnych konsekwencji przegrywają mecz za meczem, wierząc, że utrzymanie zapewnią sobie dopiero w fazie pucharowej.
Władze polskiego hokeja od kilku lat miotają się w poszukiwaniu najlepszego systemu rozgrywek. Może już czas, aby sięgnęły po najprostsze rozwiązanie? Ja mam już dość eksperymentów.
I jeszcze zdanie dla zatrwożonych miłośników hokeja, bolejących nad tym, że w Polsce rozgrywanych jest za mało meczów. Pozwólcie, aby liga działała według normalnych zasad. Specjalnie dla siebie urządźcie Puchar Ogórka i Marchewki, w którym hokeiści mogą grać nawet codziennie.
Maciej Blaut
Hoke przez „ch” Osobom, które nie widzą celowości rozgrywania play-off, radzę, żeby częściej chodziły na mecze. Wzrok przyzwyczai im się do szybkiej gry i oprócz problemów finansowych dostrzegą także krążek.
Utarło się, że prawdziwe granie zaczyna się w play-off. Że to właśnie wtedy od samego patrzenia na interwencje bramkarzy bolą pachwiny. Czy to jednak oznacza, że wcześniej przez pięć miesięcy zawodnicy urządzają ślizgawkę dla ubogich? Bzdura! Nawet mecze "nędzy z bidą" - jak określano w tym sezonie rywalizację Zagłębia z Naprzodem - miały swoją dramaturgię, zwroty akcji, padały podczas nich bramki, które każdy kibic chciałby oglądać w finałowym pojedynku o złoto.
Gra pozorów? Proszę to powiedzieć tym hokeistom, którzy porozbijani na bandach zjeżdżają z lodu bez zębów i z nogą pod pachą. Żartuje się, że w Polsce to gra się w hokeja, tyle że przez "ch". Może i tak, bo to nasze granie w żaden sposób nie przypomina ligowej rywalizacji na lodowiskach w pobliskich Czechach i Słowacji.
Czy jednak słabych spotkań nie ma w ligach, które są pozbawione dodatkowej rywalizacji o medale? Nawet nie chce mi się pastwić na piłkarską Ekstraklasą. Problemem hokejowej ekstraligi nie jest play-off czy jego brak. Problemem jest brak pieniędzy. Wystarczy wspomnieć ostatni finałowy turniej Pucharu Polski. Organizatorzy położyli na stole kilkadziesiąt tysięcy złotych nagrody, a hokeiści od razu zaczęli jeździć szybciej, podawać składniej i strzelać mocniej. Pieniędzy nie ma, więc rolę marchewki pełni play-off.
Także dla kibiców. Bo jeżeli ktokolwiek odpuszcza sezon zasadniczy, to grupa „pseudosympatyków”, którzy odnajdują drogę na lodowisko dopiero wtedy, gdy ich drużyna stoi pod ścianą. Wojciech Todur