Sport.pl

Niezwykła historia piłki Gerarda Cieślika

Wojciech Todur
2010-12-28 , aktualizacja: 28.12.2010 19:34
A A A Drukuj
Legendarny piłkarz Ruchu tak jak przed wojną znowu wziął do ręki stare skarpety, pończochy, szmaty i uszył szmaciankę. Piłka może być twoja! Musisz tylko przystąpić do aukcji na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Gerard Cieślik w niedzielę obchodzi 85. urodziny. Jubilatowi życzymy szczęścia, zdrowia i dobrego samopoczucia po meczach Jego Ruchu Chorzów!
Fot. Bartłomiej Barczyk / Agencja Gazeta
Gerard Cieślik w niedzielę obchodzi 85. urodziny. Jubilatowi życzymy szczęścia, zdrowia i dobrego samopoczucia po meczach Jego Ruchu Chorzów!
Dzieciakom, które uganiają się dziś za piłką, pewnie trudno uwierzyć, że były czasy, gdy prawdziwa futbolówka była towarem luksusowym. Nasi dziadkowie na szczęście byli pomysłowi i rozgrywali mecze czym tylko się dało. Czasami wystarczały im bryła węgla czy zamarznięte końskie odchody! Szczytem marzeń była fachowo uszyta szmacianka. Ile to pasów odbiło się na plecach za zniszczone prześcieradła, czapki czy matczyne ubrania, które trzeba było podkraść, by wypchać nimi piłkę...

- To nie była prosta sztuka. Nie chodziło bowiem tylko o to, żeby wypchać szmaciankę byle była w miarę okrągła. Musiała być też sprężysta! Szmacianki mojej roboty odbijały się od ziemi na metr i wyżej - wspomina 83-letni Gerard Cieślik, który pierwszą piłkę uszył, nim skończył dziesięć lat.

- Mogłem być wtedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Na naszej ulicy mieszkał tylko jeden dzieciak, który miał prawdziwą skórzaną piłkę. Dostał ją na dziesiąte urodziny. Cóż jednak z tego, skoro on nie zawsze mógł grać wtedy, kiedy chciałem i ja. A ja mogłem grać zawsze! Od wczesnego ranka do późnego wieczora. Nie było więc na co czekać. Postanowiłem, że zrobię swoją własną piłkę - mówi Cieślik.

Przyszła gwiazda Ruchu i reprezentacji Polski nie bardzo wiedziała, jak się do tego zabrać. - Widziałem, że starsi grali takim piłkami, ale te często były niezbyt okrągłe, trudno było je dobrze i celnie kopnąć. Pewnym rozwiązaniem były piłki gumowe. Nie były takie drogie, ale miały tę wadę, że łatwo można było je przebić. A przypomnę, że nie grało się wtedy na trawie, tylko często na żwirze i kamieniach. Takie piłki kupowało się w sklepie "pana Świętego", który znajdował się tuż obok Huty Batory. To był sklep ze wszystkim. Takie mydło i powidło. Do huty zaglądałem najczęściej, gdy ojciec odbierał wypłatę. Koledzy ojca szybko mnie wypatrzyli i uznali, że mogę im pomóc w dobrej zabawie. I tak wysyłali mnie do "pana Świętego" po piwo czy kiełbasę, a w nagrodę dawali dziesięć czy dwadzieścia groszy. W ten sposób uzbierało się i na piłkę. I tak pewnie kupowałbym kolejne piłki z gumy, ale w końcu ojciec nabrał podejrzeń - skąd ja mam na to pieniądze! Wypytał swoich kolegów, a oni na to: "Jest tu taki mały czarny synek, co nam po piwo lata". "Jaki synek? Mój Gerard?!" - dopytywał ojciec, a gdy dowiedział się prawdy, to ukrócił ten proceder - uśmiecha się Cieślik, który w końcu zdał sobie sprawę, że jak szmacianki nie uszyje, sam grać w piłkę nie będzie.

- Pierwszą szmaciankę najmocniej odchorowała mama. O jej istnieniu dowiedziała się w niedzielę, gdy właśnie szykowała się do kościoła. "A nie widzieliście gdzieś moich pończoch?" - zapytała, a ja już czułem, co się święci, bo to przecież te pończochy tak pięknie napchałem starymi szmatami, żeby w końcu cieszyć się swoją własną piłką - opowiada Cieślik.

Taką szmaciankę Cieślik szył sześć, siedem godzin. - Fajnie się nimi grało, a już najlepiej na bosaka. Siłę i technikę strzału można było tak wytrenować, że potem - już skórzaną piłką - strzelało się gola za golem - opowiada. Cieślik tak bardzo chciał poczuć na nodze skórzaną futbolówkę, że w czasach, gdy podawał piłki zawodnikom z pierwszej drużyny Ruchu, robił to tak, by jak najczęściej trafić w słupek czy poprzeczkę, a tym samym dać sobie jeszcze jedną szansę na strzał.

- Szmacianki szyłem w czasach, gdy byłem już zawodnikiem Ruchu. Wtedy nie podkradałem już pończoch mamie, tylko brałem stare skarpety i getry z klubu. Szmacianka dla Jurka Owsiaka też powstała z getrów chorzowskich piłkarzy. Mam nadzieję, że sprawi komuś masę radości - uśmiecha się Cieślik.

Szczegóły aukcji będzie można znaleźć na internetowej stronie chorzowskiego MORiS-u (www.moris.chorzow.pl) - organizatora śląskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Ten odbędzie się już 9 stycznia.

Podziel się