Hokeiści zagrają w środę w Tychach z reprezentacją Francji (godz. 18). W każdej innej zespołowej dyscyplinie sportu byłoby to starcie, które podrywałoby polskich fanów z miejsc. Hokeiści to, niestety, ekipa sportowych wyrzutków skazanych głównie na mecze z drużynami z byłych republik radzieckich. Gdy grali ostatnio w Sosnowcu na lodowisku plotkowano, że na ich mecze nie kupiono żadnego biletu!
To na szczęście nieprawda, bo są jeszcze tacy ludzie jak Grzegorz Churas, którzy poświęcają swój wolny czas i są gotowi jechać za kadrą choćby do Chin. Churas zapewnia, że w Sosnowcu "z dziesięć" osób bilety na pewno kupiło. Churas bez trudu potrafi wskazać kibiców, którzy planują urlopy pod mecze hokejowej reprezentacji. Dolicza się... trzech osób. - Hokeiści to super ludzie. Zawsze mają dla nas czas. Przyjdą, pogadają, podarują proporczyk z podpisami. Zawsze mają pulę biletów do rozdania. Najgorzej czuję się wtedy, kiedy oni dają mi te bilety, a ja nie mam ich komu rozdać. Podczas mistrzostw świata w Ljubljanie dawałem je każdemu, kto się nawinął. Węgrom, Słoweńcom. To smutne - przyznaje.
Dlaczego tak się dzieje? Polskiej drużynie brakuje liderów, zawodników, których plakaty wiesza się nad łóżkiem. Ostatnim takim hokeistą był Mariusz Czerkawski. Kto jednak widział mecz Czerkawskiego na polskim lodowisku? Znakomity zawodnik przyjeżdżał najczęściej na mistrzowskie turnieju rozgrywane zazwyczaj poza granicami kraju.
Dziś najlepszym polskim kadrowiczem jest Leszek Laszkiewicz. O ile jednak przeciętny kibic z Suwałk bez trudu odróżni żużlowca Tomasza Golloba od siatkarza Pawła Zagumnego to twarz Laszkiewicza będzie dla niego anonimowa jak specjalisty od ostrzenia łyżew. Każdy hokeista, który grał w kadrze jeszcze w latach 80., powie, że dziś w biało-czerwonej koszulce może zagrać każdy, kto potrafi w miarę płynnie jeździć na łyżwach, dokładnie podać (niekoniecznie zaskakująco) i od czasu do czasu celnie strzelić.
Niestety, nie wszyscy hokeiści dostrzegają, że tylko mocna kadra daje nadzieję na dobrze zorganizowaną zawodową ligę. Zmęczeni codzienną biedą konsekwentnie odmawiają gry w reprezentacji, zasłaniając się wychowaniem dzieci, budową domów czy kontuzjami.
Polski Związek Hokeja na Lodzie też nie potrafi wypromować biało-czerwonej drużyny. Dlaczego meczu w Tychach nie poprzedziło spotkanie dziennikarzy z trenerem Wiktorem Pyszem? Kto w związku wpadł na pomysł, by drugim trenerem kadry uczynić 57-letniego Słowaka Jaroslava Lehocky'ego? Czy to nie powinno być miejsce dla młodego, żądnego wiedzy i doświadczeń szkoleniowca?
O tym, że polscy kibice chcą i lubią oglądać hokej, przypominają takie imprezy jak ta sprzed sześciu lat, gdy siedem tysięcy osób w katowickim Spodku zdzierało gardła podczas meczu reprezentacji z gwiazdami NHL. Tak bardzo chciałbym usłyszeć jeszcze raz, jak roześmiany Marcin Jaros wchodzi do szatni po tym, jak dwa razy pokonał znakomitego Dominika Haska, wzrusza ramionami i mówi do kolegów: "Hasek, Tomek Jaworski [wtedy bramkarz reprezentacji - przyp.red.] - żadna różnica!". Jaros użył trochę mocniejszy słów, ale te nie nadają się do zacytowania w "Gazecie".