Sport.pl

Krzysztof Borowski: Mistrz weteran z Blachowni

ti
2010-08-09 , aktualizacja: 09.08.2010 15:42
A A A Drukuj
Krzysztof Borowski (z lewej) podczas zawodów na Węgrzech Krzysztof Borowski (z lewej) podczas zawodów na Węgrzech
Startuje od niespełna czterech lat, ale wygrał już ponad siedemdziesiąt różnego rodzaju imprez biegowych. Na ostatniej z nich, w Nyiregyhaza na Węgrzech, został wicemistrzem Europy weteranów w maratonie. - Niestety i tylko, bo wiem, że stać mnie było na wygraną - mówi Krzysztof Borowski z Blachowni. Teraz planuje już start w przyszłorocznych mistrzostwach świata w Kolorado
Rozmowa z Krzysztofem Borowskim

Biegacz weteran z wykształcenia jest fizjoterapeutą. Ukończył katowicki AWF, posiada m.in. uprawnienia instruktora lekkoatletyki. Spotkaliśmy się w szpitalu na Parkitce, gdzie na oddziale chirurgii rehabilituje chorych. Chciał w kilkanaście minut opowiedzieć historię swojego sportowego życia. Wspomniał ledwie o kilku sukcesach, którymi najbardziej zaskoczył samego siebie. Bo przyszły w najmniej spodziewanym momencie.

Tadeusz Iwanicki: Jak to się stało, że będąc po pięćdziesiątce, zaczął Pan biegać, w dodatku tak intensywnie?

- Sport uprawiałem od zawsze. Jako młody chłopak, potem na studiach. Będąc w wojsku, trafiłem do Śląska Wrocław, ale trener tak mnie przyciął treningiem, że wybił mi z głowy bieganie na blisko trzydzieści lat. Wróciłem do niego niedawno, i to przez przypadek. Pojechałem na spotkanie do moich kolegów z Chemika Kędzierzyn. Wybraliśmy się pobiegać w góry do Pokrzywnej. Po kilku kilometrach odpadli pierwsi, w dodatku czynni zawodnicy, a ja dałem radę do końca. To mnie zmobilizowało. Pomyślałem: skoro tak, to spróbuję pobiegać więcej, na poważnie. Może teraz spełnią się moje ambicje i marzenia. To było trzy i pół roku temu, kiedy wystartowałem w pierwszych biegach. Zwycięstwa mnie nakręciły.

Plik dyplomów, które widzę, świadczy o tym, że startuje Pan bardzo dużo i z sukcesami.

- W ubiegłym roku wystartowałem w 32 biegach, z czego 28 wygrałem w swojej kategorii wiekowej, a w czterech byłem drugi. Zdobyłem m.in. mistrzostwo Polski na 10 kilometrów na bieżni w Białymstoku. Mój wynik - 35,09 - był ciut gorszy od rekordu Polski. W tym roku w Spale na dystansie 3000 metrów nie tylko zwyciężyłem, ale pobiłem rekord kraju w kategorii. Nabiegałem 9 minut 43 sekundy. Dwa miesiące później w Murowanej Goślinie wygrałem mistrza Polski w półmaratonie. Cały czas mówimy o kategorii pięćdziesięciolatków, innymi słowy weteranów. Bo z młodymi to ja już nie powojuję. Chociaż gdy startuję w biegach ulicznych czy przełajach, to jestem w pierwszej dziesiątce, w najgorszym wypadku w pierwszej piętnastce.

Przykładem jest rozgrywana w Blachowni Przełajowa Ósemka.

- Tak. Ostatnio wygrałem nasz bieg w swojej kategorii, a w generalce byłem czwarty. W tym sezonie nieźle mi poszło w majowym biegu w Częstochowie, w którym byłem odpowiednio pierwszy i siódmy. A wystartowało około ośmiuset zawodników z całej Polski, a także świetni Białorusini.

Nie podejrzewam, aby te wyniki były zasługą wyjątkowych predyspozycji Pana organizmu. Musi Pan trenować, pilnować diety, stosować choćby podstawowe odżywki.

- Codziennie przed pracą przebiegam piętnaście i więcej kilometrów. Gdy przygotowywałem się do ostatnich mistrzostw Europy w maratonie weteranów, było to nawet dwadzieścia kilometrów. Wstaję przed piątą, zakładam swoją odblaskową kurtkę i przemierzam trasę między Balchownią a Wręczycą Wielką. Spod domu do kościoła we Wręczycy mam dokładnie 20 kilometrów. O diecie powiem tyle, że jem to, co mi małżonka przygotuje. Odżywek nie stosuję, ale widzę, że rywale wspomagają się na różne sposoby. Czasu brakuje mi tak jak większości z nas. Sypiam po pięć godzin, a z pracy wracam po godz. 22.

Ciężki trening poskutkował, bo na Węgrzech w kategorii 55-59 lat omal nie zdobył Pan złotego medalu.

- Niestety, zająłem tam tylko drugie miejsce. Niestety i tylko, bo wiem, że stać mnie było na wygraną. Gdybym inaczej rozłożył siły, złoto byłoby moje. W połowie dystansu prowadziłem, ale opadłem z sił i przegrałem z Rosjaninem dosłownie na ostatnich metrach. Srebro zdobyłem też w drużynówce. Przegraliśmy nieznacznie z Niemcami. Kto startuje w maratonach, ten wie, że taki bieg zaczyna się po 35. kilometrze. Wtedy pojawiają się kryzysy, człowiek momentami ma wszystkiego dosyć. Tak było również na trasie w Nyiregihazie. Warunki nie sprzyjały bieganiu. Było 35 stopni i bardzo duża wilgotność.

Czym dla Pana jest bieganie?

- Stało się pasją moją i mojej rodziny. Kibicuje mi rodzeństwo, kuzynostwo, babcia, teściowa, a nawet mały wnuczek, który - jak podejrzewam - w przyszłości również będzie biegał. Biegam, ale jestem też swoim trenerem, rehabilitantem i sponsorem. Nie jest łatwo, bo wydatków związanych z wyjazdami jest sporo, ale jakoś daję sobie radę. Pewnie, że przydałoby mi się jakieś wsparcie. Tym bardziej że w przyszłym roku są mistrzostwa świata w maratonie w Kolorado i chciałbym w nich wystartować. Czuję, że mógłbym tam powalczyć nawet o zwycięstwo.

Rozmawiał Tadeusz Iwanicki

Podziel się