Rozmowa z Krzysztofem Borowskim
Biegacz weteran z wykształcenia jest fizjoterapeutą. Ukończył katowicki AWF, posiada m.in. uprawnienia instruktora lekkoatletyki. Spotkaliśmy się w szpitalu na Parkitce, gdzie na oddziale chirurgii rehabilituje chorych. Chciał w kilkanaście minut opowiedzieć historię swojego sportowego życia. Wspomniał ledwie o kilku sukcesach, którymi najbardziej zaskoczył samego siebie. Bo przyszły w najmniej spodziewanym momencie.
Tadeusz Iwanicki: Jak to się stało, że będąc po pięćdziesiątce, zaczął Pan biegać, w dodatku tak intensywnie?
- Sport uprawiałem od zawsze. Jako młody chłopak, potem na studiach. Będąc w wojsku, trafiłem do Śląska Wrocław, ale trener tak mnie przyciął treningiem, że wybił mi z głowy bieganie na blisko trzydzieści lat. Wróciłem do niego niedawno, i to przez przypadek. Pojechałem na spotkanie do moich kolegów z Chemika Kędzierzyn. Wybraliśmy się pobiegać w góry do Pokrzywnej. Po kilku kilometrach odpadli pierwsi, w dodatku czynni zawodnicy, a ja dałem radę do końca. To mnie zmobilizowało. Pomyślałem: skoro tak, to spróbuję pobiegać więcej, na poważnie. Może teraz spełnią się moje ambicje i marzenia. To było trzy i pół roku temu, kiedy wystartowałem w pierwszych biegach. Zwycięstwa mnie nakręciły.
Plik dyplomów, które widzę, świadczy o tym, że startuje Pan bardzo dużo i z sukcesami.
- W ubiegłym roku wystartowałem w 32 biegach, z czego 28 wygrałem w swojej kategorii wiekowej, a w czterech byłem drugi. Zdobyłem m.in. mistrzostwo Polski na 10 kilometrów na bieżni w Białymstoku. Mój wynik - 35,09 - był ciut gorszy od rekordu Polski. W tym roku w Spale na dystansie 3000 metrów nie tylko zwyciężyłem, ale pobiłem rekord kraju w kategorii. Nabiegałem 9 minut 43 sekundy. Dwa miesiące później w Murowanej Goślinie wygrałem mistrza Polski w półmaratonie. Cały czas mówimy o kategorii pięćdziesięciolatków, innymi słowy weteranów. Bo z młodymi to ja już nie powojuję. Chociaż gdy startuję w biegach ulicznych czy przełajach, to jestem w pierwszej dziesiątce, w najgorszym wypadku w pierwszej piętnastce.
Przykładem jest rozgrywana w Blachowni Przełajowa Ósemka.
- Tak. Ostatnio wygrałem nasz bieg w swojej kategorii, a w generalce byłem czwarty. W tym sezonie nieźle mi poszło w majowym biegu w Częstochowie, w którym byłem odpowiednio pierwszy i siódmy. A wystartowało około ośmiuset zawodników z całej Polski, a także świetni Białorusini.
Nie podejrzewam, aby te wyniki były zasługą wyjątkowych predyspozycji Pana organizmu. Musi Pan trenować, pilnować diety, stosować choćby podstawowe odżywki.
- Codziennie przed pracą przebiegam piętnaście i więcej kilometrów. Gdy przygotowywałem się do ostatnich mistrzostw Europy w maratonie weteranów, było to nawet dwadzieścia kilometrów. Wstaję przed piątą, zakładam swoją odblaskową kurtkę i przemierzam trasę między Balchownią a Wręczycą Wielką. Spod domu do kościoła we Wręczycy mam dokładnie 20 kilometrów. O diecie powiem tyle, że jem to, co mi małżonka przygotuje. Odżywek nie stosuję, ale widzę, że rywale wspomagają się na różne sposoby. Czasu brakuje mi tak jak większości z nas. Sypiam po pięć godzin, a z pracy wracam po godz. 22.
Ciężki trening poskutkował, bo na Węgrzech w kategorii 55-59 lat omal nie zdobył Pan złotego medalu.
- Niestety, zająłem tam tylko drugie miejsce. Niestety i tylko, bo wiem, że stać mnie było na wygraną. Gdybym inaczej rozłożył siły, złoto byłoby moje. W połowie dystansu prowadziłem, ale opadłem z sił i przegrałem z Rosjaninem dosłownie na ostatnich metrach. Srebro zdobyłem też w drużynówce. Przegraliśmy nieznacznie z Niemcami. Kto startuje w maratonach, ten wie, że taki bieg zaczyna się po 35. kilometrze. Wtedy pojawiają się kryzysy, człowiek momentami ma wszystkiego dosyć. Tak było również na trasie w Nyiregihazie. Warunki nie sprzyjały bieganiu. Było 35 stopni i bardzo duża wilgotność.
Czym dla Pana jest bieganie?
- Stało się pasją moją i mojej rodziny. Kibicuje mi rodzeństwo, kuzynostwo, babcia, teściowa, a nawet mały wnuczek, który - jak podejrzewam - w przyszłości również będzie biegał. Biegam, ale jestem też swoim trenerem, rehabilitantem i sponsorem. Nie jest łatwo, bo wydatków związanych z wyjazdami jest sporo, ale jakoś daję sobie radę. Pewnie, że przydałoby mi się jakieś wsparcie. Tym bardziej że w przyszłym roku są mistrzostwa świata w maratonie w Kolorado i chciałbym w nich wystartować. Czuję, że mógłbym tam powalczyć nawet o zwycięstwo.
Rozmawiał Tadeusz Iwanicki