W niedzielne południe ciszę w zachmurzonej Dolinie Trzech Stawów w Katowicach zakłócił strzał. To był sygnał, że czas się zatrzymać. Z 44 śmiałków, którzy wystartowali dwie doby wcześniej, na trasie pozostało około 30 biegaczy.
August Jakubik, ultramaratończyk z Rudy Śląskiej, zszedł z trasy po 13 godzinach biegu. Pokonał 130 kilometrów i uznał, że wystarczy. Jego serce nie pracowało tak, jak oczekiwał. - Najbardziej dawały się we znaki zmiany pogody. Raz słońce, raz deszcz, a do tego skoki ciśnienia - podkreślał.
Tuż obok trasy organizatorzy przygotowali kilka namiotów. To w nich można było się położyć i odpocząć na jednej z karimat, skorzystać z pomocy masażystów, coś zjeść. Biegacze sięgali po kanapki z dżemem, makaron, rodzynki. Ale byli też i tacy, którzy potrzebowali łyżki soli, która pomaga podczas upałów.
Aleksandra Niwińska, 24-latka z dolnośląskiego Chojnowa, postawiła na czekoladowe batoniki i banany. Pobiła wszystkich. Dokonała tego w pierwszym 48-godzinnym biegu w życiu! - W ciągu całej rywalizacji spałam może trzy i pół godziny. Odpoczywałam trochę na początku każdej pętli, gdy bieg zastępowałam marszem. Jestem potwornie zmęczona. Najbardziej boli mnie stopa. Obawiam się, że zszedł mi niejeden paznokieć - mówiła drobna blondynka z włosami spiętymi w kucyk. Niwińska w debiucie przebiegła 323 kilometry i 657 metrów. Do rekordu Polski należącego do nieżyjącej już Barbary Szlachetki zabrakło jej niewiele ponad 25 kilometrów.
Katowice są pierwszym polskim miastem, które odważyło się zorganizować bieg 48-godzinny. Stało się to dzięki Akademii Wychowania Fizycznego, która w ten sposób uczciła pamięć Jerzego Kukuczki, himalaisty i patrona uczelni. - Bieg jeszcze się nie skończył, a już mnie pytano, czy spotkamy się za rok. Myślę, że tak - mówił rektor Zbigniew Waśkiewicz, który z powodu kontuzji pięty poddał się po 54 kilometrach.