rozmowa z Anną Rogowską
Tomasz Osowski: Występ w stolicy Kataru był podsumowaniem pani sezonu halowego. Udanego?
Anna Rogowska: Jak najbardziej. Medal mistrzostw świata, rekord Polski, sporo udanych startów, zero kontuzji. Tak dobrze nie było jeszcze nigdy. Jestem więc bardzo zadowolona z tego, co działo się w ostatnich kilku miesiącach i z wielkim optymizmem oczekuję sezonu letniego.
Wróćmy jeszcze do Dauhy. Gdyby przed startem ktoś powiedział, że wygra pani z Jeleną Isinbajewą, pewnie pomyślałyby pani, że zdobędzie złoto. Tymczasem lepsze okazały się Brazylijka Fabiana Murer i Rosjanka Swietłana Fieofanowa.
- Ja nie mam, nie miałam i nigdy nie będę mieć kompleksu Isinbajewej. Traktuję ją jak każdą inną rywalkę. Jelena w ostatnim czasie przegrała już tyle razy, że mit o jej wielkiej przewadze nad pozostałymi zawodniczkami można włożyć między bajki. Ona co prawda ciągle powtarza, że między nią a resztą tyczkarek jest ogromna przepaść, ale to nieprawda. Z dwóch ostatnich wielkich imprez wracała bez medalu, a to o czymś świadczy. W Dausze dużo groźniejsze okazały się Murer i Fieofanowa.
Były do pokonania?
- Tego dnia nie. Dla mnie to były trudne zawody ze względu na bardzo twardą i szybką nawierzchnię. Jak wiadomo należę do tych szybszych zawodniczek, więc nie było mi łatwo wymierzyć rozbiegu. Z każdym skokiem było coraz lepiej, ale i tak nie czułam się komfortowo. Zresztą podobny problem miała Isinbajewa. W tych warunkach z brązowego medalu jestem bardzo zadowolona, podium to zawsze podium.
Murer zawsze na początku roku jest bardzo silna, ale srebrny medal Fieofanowej oznacza, że była rekordzistka świata wraca do gry.
- Swietłana już w poprzednim sezonie sygnalizowała powrót do wielkiej formy, ale na jednym z mityngów przed mistrzostwami świata pechowo spadła na rozbieg, dotkliwie się potłukła i musiała zrezygnować ze startu w Berlinie. Teraz jest już zdrowa i widać, że będzie groźna w sezonie letnim
A ten jest w tym roku wyjątkowo długi i intensywny.
- Rzeczywiście, to będzie kilka miesięcy nieustannych startów. Rusza Diamentowa Liga [zastąpi dotychczasową Złotą Ligę - red.], a to aż 14 mityngów na trzech kontynentach. Do tego najważniejsza impreza sezonu, mistrzostwa Europy w Barcelonie (27 lipca - 1 sierpnia). Harówa będzie straszna, więc trzeba się do niej dobrze przygotować.
Kiedy i gdzie wyjeżdża pani na obóz?
- 26 marca wyruszam z kadrą niemieckich tyczkarek do Stellenbosch w Republice Południowej Afryki. Będziemy tam trzy tygodnie. Najpierw jednak prosto z Dauhy lecę do Monachium, gdzie mam zaplanowaną wizytę u dr. Müllera-Wohlfahrta. Czuję pewne dolegliwości, ale nie jest to nic groźnego. Po prostu przygotowania do sezonu letniego chcę rozpocząć w stu procentach zdrowa, stąd ta konsultacja. Potem kilka luźniejszych dni i ruszamy do RPA.
Kiedy pierwszy start na otwartym stadionie?
- A tu, całkiem niedaleko (śmiech) [kiedy rozmowa była przeprowadzana, Rogowska przebywała jeszcze w Dausze - red.]. 14 maja właśnie w stolicy Kataru zaplanowany jest bowiem pierwszy mityng Diamentowej Ligi.