Jak zarząd TKH zniszczył solidny zespół

pisze Filip Łazowy
2010-03-08 , aktualizacja: 08.03.2010 17:32
A A A Drukuj
TKH Nesta Toruń Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta TKH Nesta Toruń
Degradacja z PLH może być początkiem końca hokejowej drużyny TKH Nesta. Kto zawinił, dlaczego zniszczono solidny zespół i jaka teraz czeka przyszłość toruński klub -


Przed sezonem działacze nie obiecywali medalu. Twierdzili, że zespół TKH Nesta stać na awans do czołowej szóstki. Szybko okazało się, że są to tylko pobożne życzenia. Później włodarze klubu mówili, że awans do play-off jest planem absolutnie do wykonania. Tego też nie udało się zrealizować, a zespół stał się dostarczycielem punktów dla rywali. Później Trener Tomasz Rutkowski był na 100 procent pewien utrzymania, twierdząc, że żadna z drużyn pierwszoligowych nie jest w stanie zagrozić TKH Nesta. Drużyna KTH Krynica obnażyła słabość torunian i w decydującej batalii zdegradowała zespół Rutkowskiego z PLH. Zawodnicy są w szoku. Przed rozpoczęciem sezonu nawet w najczarniejszym scenariuszu nie zakładali spadku z ligi. Wszystko wskazuje na to, że porażka z TKH Krynica może być początkiem końca hokeja w naszym mieście.



Błędy z przeszłości

To, że hokeiści z Torunia spadli z PLH, to nie jest przypadek. Od roku 2005 zespół z naszego miasta grał coraz gorzej, a skład regularnie był osłabiany. Kiedy z klubu pozbyto się działaczy i trenerów, którzy zbudowali silną pozycję TKH w kraju, wszystko posypało się niczym domek z kart.

Nowi działacze szybko udowodnili, że są nieudacznikami. Zajmowali miejsca w zarządzie, tylko aby zaspokoić swoje chorobliwe ambicje. Poza skwapliwym pobieraniem comiesięcznej pensji, nic więcej ich nie interesowało. Dlatego też drnużya z roku na rok zajmowała coraz to gorsze miejsce na koniec sezonu. W poprzednich rozgrywkach zespół TKH Nesta tylko lepszym bilansem bramek z KH Sanok uniknął baraży o utrzymanie w PLH. Wtedy działacze nie potrafili wyciągnąć wniosków z fatalnego sezonu. Nikt do winy się nie przyznał i wszyscy udawali, że jest pięknie. Na każdą krytykę działacze tylko się oburzali. Tych, co mieli odmienne zdanie, od razu oskarżali, że niszczą toruński hokej. Sami nigdy nie przyznali się do popełnianych błędów.



Kłamstwa i oszustwa

Działacze robili wszystko, aby tylko przekonać do siebie kibiców i zawodników. Nawet jeśli coś było czarne, to twierdzili, że jest białe. Nie chcieli zatrudnić trenera z Torunia, bo ponoć główni sponsorzy byli temu przeciwni. Po kilku miesiącach przedstawiciele firmy Nesta powiedzieli, że nic takiego nie miało miejsca. Aby kierować klubem trzeba mieć wizję i pomysły, nie każdy bowiem nadaje się do tej odpowiedzialnej funkcji. Ale obecni działacze twierdzili, że wszystko robią dla dobra hokeja. Kiedy klub tonął w długach, a zawodnicy nie otrzymywali pensji na czas, kupiono rezerwowego bramkarza Bartosza Stepokurę. Za zawodnika, który był kompletnie nieprzygotowany do sezonu, klub wydał ponad 10 tys. zł, które musiał zapłacić Stoczniowcowi Gdańsk. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ojciec bramkarza przyjaźni się z zasiadającym w zarządzie TKH Nesta Ryszardem Marmurowiczem. Stepokura nie miał gdzie grać, więc znajomości ułatwiły mu dalsze kontynuowanie kariery kosztem toruńskiego klubu.

Działacze twierdzili też, że za swoją pracę nie dostają pieniędzy, a skromne wynagrodzenie otrzymuje jedynie dyrektor Paweł Gurtowski. Później okazało się, że jest inaczej, a panowie zasiadający w zarządzie miesięcznie pobierają razem niemal 20 tys. zł. Dla klubu, którego nie stać na regularne płacenie pensji, to ogromny wydatek.



Bezbłędny trener

Kiedy działacze zatrudnili na stanowisku trenera Tomasza Rutkowskiego, obwieszczali z triumfem wielki sukces. Ich zdaniem w Toruniu pojawiła się osoba, która ma masę pomysłów na budowę zespołu. Do dziś nie potrafię zrozumieć, czym kierowali się włodarze TKH Nesta, zatrudniając tego pana. Przecież wystarczyło dobrze przeanalizować "karierę" Rutkowskiego, aby stwierdzić, że za każdym razem zwalniano go za fatalne wyniki. Przez cały sezon nasz szkoleniowiec nie przyznał się do błędu. Choć zespół zawodził i przegrywał, to tłumaczył: rywale mają więcej pieniędzy i lepszych zawodników, że brakowało skuteczności, że zawodnicy nie wykonali założeń przedmeczowych i tak w kółko. Nigdy nie uderzył się w pierś i przyznał, że się pogubił. Brak jego koncepcji na grę zespołu obnażyła ekipa KTH. Nawet grając w przewadze, torunianie mieli ogromne kłopoty z założeniem zamka. Zawodnicy sami przyznawali, że treningi, jakie prowadzi Rutkowski, są archaiczne. Później to było widać na lodzie, kiedy hokeiści na oślep wybijali krążki. Porażki z takimi zespołami jak KH Ciarko Sanok czy Unia Oświęcim też nie skruszyły szkoleniowca. Rywale mieli więcej szczęścia - tak tylko tłumaczył Rutkowski. W szatni nie potrafił nawet zmobilizować drużyny. Lepiej robili to od niego m.in. Przemysław Bomastek, Zoltan Kubat, czy Vlado Buril. Działacze też niczego złego nie widzieli. Chwalili szkoleniowca na każdym kroku. Kto był winny ich zdaniem? Pierwszy mecz z Krynicą zawalił Michał Plaskiewicz - tak podsumował Ryszard Marmurowicz. Trener, który w boksie stał niczym zahipnotyzowany, zupełnie sobie nie radził i nie potrafił się do tego przyznać. W rywalizacji z KTH też nawalił. Każda osoba znająca się na hokeju wie, że siłą zespołu z Krynicy są obcokrajowcy. Trener nie zrobił nic, aby jego podopieczni wyłączyli z gry najgroźniejszych rywali. Rutkowski w umowie ma zapisane, że jeszcze w przyszłym sezonie może prowadzić toruński zespół. Ale chyba nikt nie wyobraża sobie takiej sytuacji. Jeśli Rutkowski ma w sobie choć odrobinę szacunku dla TKH Nesta, to powinien przeprosić i jak najszybciej rozwiązać kontrakt z klubem.



Zarząd musi odejść

Choć na lodowisku grają tylko zawodnicy, to istotną rolę w każdym klubie odgrywają działacze. Kiedy w TKH prezesem był Andrzej Kończalski, wiceprezesem Janusz Burzyński, dyrektorem Zdzisław Buczel, a kierownikiem Wojciech Rydlewski, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zawodnicy mieli wsparcie w działaczach. Z każdym problemem mogli zgłosić się nawet w środku nocy. Wyglądało to niemal jak w rodzinie. Kiedy tych ludzi zabrakło w klubie, wszystko się zmieniło. Na linii zarząd-zawodnicy nie było porozumienia. Działacze traktowali hokeistów jedynie jako pracowników klubu. Ich kontakty ze sponsorami też pozostawiały wiele do życzenia. Kiedy Bomastek potrzebował nowej rękawicy, to jedna z firm oferowała jej kupno. Działacze się jednak nie zgodzili - chcieli pieniędzy. Później zdegustowany sponsor zrezygnował z pomocy. Wiele toruńskich firm chętnie wsparłoby hokej, ale bali się przekazać pieniądze działaczom. Ich zdaniem nie budzili zaufania. Dlatego też klub wpadł w tarapaty finansowe. Włodarze TKH Nesta już raz podali się do dymisji. I to od razu wszyscy. Tłumaczyli to kłopotami rodzinnymi. Kiedy okazało się, że klub otrzyma z miasta dodatkowe pieniądze, to momentalnie zmienili zdanie i wrócili na swoje stanowiska. Wszyscy zarządzający toruńskim zespołem mieli kilka lat na udowodnienie swojej przydatności. Działacze pokazali jednak, że na hokeju się kompletnie nie znają i potrafią tylko coś zniszczyć. Teraz dla dobra tej dyscypliny w naszym mieście powinni odejść.



Czarna przyszłość

Wiele osób jeszcze nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co spadek z PLH oznacza dla toruńskiego zespołu. To nie tylko degradacja o jedną klasę niżej. Przede wszystkim utrata dużej dotacji z miasta. Klub za utrzymanie w PLH dostałby od władz Torunia 200 tys. zł. Teraz może o tej kwocie zapomnieć. Dla klubu, który ma blisko 800 tys. długu, to poważny problem. Na zespół grający w półamatorskiej pierwszej lidze mało jaka firma będzie chciała dać pieniądze. Niemal na 100 procent pewne jest wycofanie strategicznego sponsora firmy Nesta. Z drużyny odejdą też najlepsi zawodnicy, bo gra w pierwszej lidze z pewnością nie będzie kusząca. O Plaskiewicza już zabiega klub z Sanoka. W propozycjach będą przebierać też m.in. Jarosław Dołęga, Bomastek czy też Kubat. Bez najlepszych graczy nie ma co marzyć o powrocie do PLH. Rywalizacja z rezerwami Comarch/Cracovii czy UKS Sielec nie zachęci kibiców do przychodzenia na Tor-Tor. Zatem klub straci też najważniejszego sponsora - fanów płacących za bilety. Nikt też nie będzie chciał grać w Toruniu z nowych zawodników. Wszyscy wolą występować w PLH. Nie można żyć nadzieją na powiększenie ekstraklasy do 12 drużyn. Prezes PZHL Zdzisław Ingielewicz już uciął spekulacje, że prędzej liga zostanie zmniejszona do ośmiu zespołów. Za to szansą gry w PLH może być przeniesienie Comarch/Cracovii do ligi austriackiej.

W przeszłości drużyna TKH spadła z ekstraklasy. Wtedy jednak było wielu wychowanków, którzy prowadzeni przez Leszka Mingego zdołali wrócić do grona najlepszych drużyn w kraju. Teraz nie ma na to szans. W klubie nie ma wielu zdolnych torunian. Aby powalczyli o PLH, potrzeba kilku lat.



Jest nadzieja

Jeśli można wskazać coś pozytywnego w tym sezonie, to postawa kilku młodych graczy. Miłosz Lidtke, Daniel Minge czy też Piotr Winiarski za kilka lat mogą należeć do najlepszych zawodników w kraju. Trzeba też pamiętać, że w Toruniu ludzie kochają hokej, a miasto zawsze wspierało klub w potrzebie. Dlatego też, jeśli zmieni się zarząd i sztab szkoleniowy, to można jeszcze uratować tę dyscyplinę sportową. Trzeba radykalnych posunięć, które za parę lat przyniosą skutek. Nie mam pretensji do zawodników, którzy dali z siebie wszystko. Ale okazało się to niewystarczające. Po ostatnim meczu toruńscy wychowankowie płakali, nie ukrywali swojego rozgoryczenia spadkiem z PLH. Ale oby za dwa, trzy lata znów mogli ronić łzy, ale tym razem z powodu powrotu do ekstraklasy.

Podziel się