Sport.pl

Ruch sensacyjnie uległ Zagłębiu i jeszcze stracił asa

Wojciech Todur
2010-03-07 , aktualizacja: 08.03.2010 10:51
A A A Drukuj
Andrzej Niedzielan do szatni zszedł jeszcze o własnych siłach fot. Marcin Miler/Agencja Gazeta Andrzej Niedzielan do szatni zszedł jeszcze o własnych siłach
Trzask kości było słychać nawet za linią boczną boiska. Andrzej Niedzielan wstał jeszcze o własnych siłach, ale zaraz potem karetka na sygnale zabrała go do szpitala. Ruch prawdopodobnie do końca sezonu stracił swojego najlepszego piłkarza
Nieszczęście wydarzyło się tuż przed końcem pierwszej połowy. Do piłki ruszyło kilku piłkarzy, ale najszybsi byli Niedzielan i Łukasz Hanzel. Piłkarz Zagłębia opowiadał potem, że zderzyli się głowami. Na zdjęciach było jednak widać, że napastnik Ruchu nadział się na łokieć zawodnika z Lubina. - Też słyszałem ten trzask. To było bardzo nieprzyjemne. Jest mi przykro, że tak to się skończyło dla Andrzeja. Wierzę, że szybko wróci do zdrowia - mówił Hanzel.

Niedzialan na początku chyba nie zdawał sobie sprawy, jak mocno dostał w głowę. Na własnych nogach zszedł do szatni, chociaż kołysało nim jak marynarzem na wzburzonym morzu. Działacze relacjonowali, że zaraz potem został opatulony kurtką, kocem i trafił na nosze. - Nie do końca wiedział co się z nim dzieje - opowiadali.

Początkowo mówiono o wstrząśnieniu mózgu i podejrzeniu pęknięcia kości jarzmowej. Niestety w niedzielę rano lekarze potwierdzili najgorsze - złamanie kości i to z przemieszczeniem!

- To bardzo zła i przykra wiadomość, bo wygląda na to, że tracimy Andrzeja do końca rozgrywek. Sezon jest bardzo krótki. Nie sądzę, żeby jeszcze wiosną wybiegł na boisko. To olbrzymia strata! Piłkarze muszą się teraz wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności i postarać się zastąpić Andrzeja, któremu życzymy by jak najszybciej wrócił do zdrowia - mówi Dariusz Smagorowicz, przewodniczący rady nadzorczej niebieskiej spółki.

31-letni Niedzielan to lider chorzowskiej drużyny. Strzelił dotąd 7 goli, a przy trzech kolejnych asystował. Zimą odrzucił intratny kontrakt, jaki proponowała mu Polonia Warszawa, bo chciał pomóc Ruchowi wywalczyć medal mistrzostw Polski.

Piłkarze Ruchu powtarzali po meczu, że strata Niedzielana rozbiła zespół. - Chcieliśmy wygrać dla Andrzeja, ale się nie udało - martwił się stoper Rafał Grodzicki.

Niebiescy nie zdobyli punktów także dlatego, że musieli rywalizować w arktycznych warunkach. W kilkanaście minut napadało tyle śniegu, że bezużyteczny okazał się system podgrzewający płytę boiska.

Sędzia najpierw nakazał wymianę piłki z białej na pomarańczową. Potem przerwał mecz, by porządkowi odśnieżyli łopatami linie boiska. Ubrani w białe stroje zawodnicy Zagłębia wyłaniali się z bieli niczym zjawy. Kibiców też nie było widać, tylko słychać.

- To obłęd, a nie granie w piłkę! Długie podanie i trochę szczęścia - to była cała taktyka na ten mecz - mówił Patryk Stefański, młody napastnik niebieskich. - Chyba jeszcze za wcześnie na granie w piłkę - kręcił głową Fornalik.

Lubinianie mieli szczęście, bo zdobyli pierwszego gola, gdy boisko jeszcze nie przypominało lodowiska. - Potem, już na śniegu, łatwiej było nam się bronić - przyznał trener Marek Bajor.

Na niespodziewane zwycięstwo Zagłębia najbardziej zapracował rezerwowy Ilian Micanski, który strzelił dwa gole. - Chyba nie wszyscy we mnie wierzą w Lubinie skoro wchodzę na boisko z ławki rezerwowych - uśmiechał się hardo Bułgar. - Kto w niego nie wierzy? Nikt go nie przekreślił, a że wszedł z ławki i pokazał sportową złość to chyba dobrze - komentował Bajor.

Ruch zawiódł. - Niestety, spełniły się moje czarne proroctwa, bo powtarzałem piłkarzom, że jeden błąd może nas kosztować porażkę. Tych błędów było znacznie więcej. To była przerażająca ilość! Zagraliśmy bardzo niefrasobliwie - podsumował szkoleniowiec niebieskich. - Powtarzaliśmy, że kto pierwszy strzeli gola ten wygra i to się sprawdziło - cieszył się Hanzel.

- Ciężko zwalać na śnieg, bo ten padał równo na obie połowy. Gorzej, że po przerwie graliśmy pod wiatr. Koledzy z ataku narzekali, że dostają mało celnych podań. Tymczasem z obrony prawie nic nie było widać - wyjaśnił Grodzicki.

- Żal pierwszej połowy. Dobrych strzałów Grześka Barana. Sytuacji Artura Sobiecha Nie ma jednak co zwieszać głów. Musimy odrobić straty za tydzień w Warszawie - zapowiedział bramkarz Krzysztof Pilarz.

Ruch Chorzów - Zagłębie Lubin 0:2 (0:0)

Bramki: 0:1 Micanski (64.), 0:2 Micanski (83.)

Ruch: Pilarz - Grzyb, Sadlok, Grodzicki, Nykiel Ż - Zając, Baran, Straka (83. Scherfchen), Janoszka (73. Stefański) - Sobiech, Niedzielan (46. Piech)

Zagłębie: Isailović - G. Bartczak, Stasiak, Sergio, Costa - Błąd (61. Micanski), Ekwueme, M. Bartczak, Hanzel Ż , Pawłowski (68. Kędziora Ż ) - Traore

Sędziował: Hubert Siejewicz (Białystok). Widzów: 8000.

Podziel się