Rozmowa z grającym menedżerem PH
Jakub Lisowski: Późną jesienią kolejny raz zdecydował się pan wrócić do gry. Czemu?
Rafał Biały: Wyszło to naturalnie, bo związany z drużyną jestem już ponad 20 lat, byłem też do niedawna trenerem. Nie potrafiłem - podobnie jak paru innych kolegów - tak definitywnie odejść. Brakowało mi tego, postanowiłem przyjść na jeden trening, później chciałem na dwa. Okazało się, że mogę być przydatny, choć nie zakładałem powrotu do ligowego grania. Tyle że ten klub i zespół leży mi na sercu, grałem w ekstraklasie i I lidze. Jak usłyszałem, że jeszcze mogę pomóc, to - przyznaję - dowartościowałem się i postanowiłem znów spróbować.
Kilka lat temu już słyszałem, że w drużynie mężczyzn podpisywane są tzw. kontrakty dożywotnie. Aż tak dobra jest atmosfera, aż tak duże przywiązanie do szczypiorniaka?
- Jest w tym dużo prawdy. Tworzymy superzespół i nie chodzi tylko o sam sport, ale i współpracę poza boiskiem. Nie chodzi mi o wspólne imprezowanie, ale jesteśmy też powiązani biznesowo, każdy drugiemu stara się pomagać. Tworzymy fajne grupy, ale nie w zespole, tylko w "prywatnym" życiu. Kiedy wszedłem do szatni po paru latach przerwy jako zawodnik, znów poczułem - i mówię to górnolotnie - zapach szatni, kumpelską więź w drużynie. Ciężko od tego odejść. Kiedyś na 30-latka mówili, że jest już stary i blokuje miejsce młodym. Sam - jak byłem młody - tak myślałem. Dziś nie chcę nikomu blokować miejsca, mnie interesuje rozwój talentu Radka Wolskiego [rezerwowy kołowy - red.], dobra gra Seby Smuniewskiego [kapitan, też kołowy - red.]. Chcę pomóc, na ile mogę, bo na pewno nie mogę grać na pełnych obrotach całego meczu, ale przy okazji gry - czerpię z tej niesamowitej atmosfery w ekipie.
Nie miał pan obaw? Z jednej strony kłopoty zdrowotne, z drugiej - poprzedni powrót do Parii Szczecin był nieudany, bo zespół spadł.
- Powiem tak - to były dwa różne powroty. Wtedy zgodziłem się wrócić, bo wszyscy mówili, bym pomógł. Nie byłem przygotowany, źle podszedłem, była presja. Teraz jeszcze większe mam kłopoty z kolanami, w których pełno jest części zamiennych. Ale jeszcze większe zmartwienia mam związane z sercem. Jestem pod stałą opieką kardiologiczną, moje treningi, występy są monitorowane, dozowana ilość wysiłku. Dużo myślałem, brałem pod uwagę zdanie rodziny, a przecież mam dwójkę dzieciaków - jeden syn gra w SMS Gdańsk, drugi jest 10-latkiem i potrzebuje ojca. Powiedziałem jedno w klubie - pomogę, gdy będę mógł, ale jak stanę przed dylematem - gdzie jestem bardziej potrzebny - to wybiorę synów lub swoje zdrowie. Na razie wszystko udaje się połączyć. Zdrowotnie są oczywiście problemy, jednak muszą być, gdy dziadek wraca na boisko. Zdrowia się nie da oszukać. 7 lat to duża przerwa.
Młodzi rywale komentują złośliwie? Co im pan wtedy mówi - że gra dla przyjemności czy jednak chce coś jeszcze osiągnąć?
- Ja nie chcę nikomu i sobie nic udowadniać. To, co miałem do udowodnienia - zrobiłem to wiele sezonów temu. Komentarze młodszych zdarzają się, ale np. przepiękna była dla mnie sytuacja sprzed dwóch lat w Bydgoszczy. Ktoś z zawodników źle się do mnie - trenera - odniósł, a jego trener wyrzucił go, bo w ten sposób uczył szacunku dla szkoleniowca, byłego reprezentanta. To pojedynczy przypadek, ale na złośliwości reaguję uśmiechem. Ciężko mi tak spokojnie reagować, bo dużo ludzi zna mój wybuchowy charakter. Ale i ja nabieram spokoju - sam sobie się dziwię. Koledzy z drużyny są ze mną, a jak pojawią się żarty, to tylko zmobilizują.
Słyszał pan teorię, że pana powrót miał umocnić pozycję brata Pawła, który jest liderem zespołu i prezesem klubu jednocześnie?
- Kompletna bzdura. Paweł był zdecydowanie przeciwny mojemu powrotowi ze względów zdrowotnych, proponował tylko rekreacyjne uczestnictwo w zajęciach. Zdecydowałem inaczej, a mu w niczym nie muszę pomagać. Drużyna wie, jak mocno potrzebuje jego, a Paweł świetnie też daje sobie radę z prezesowaniem. Dawno nie było tak dobrej sytuacji organizacyjno-finansowej, ale nie na stanowiskach mu zależy. Jeśli ktoś chce pociągnąć Pogoń dalej - pewnie Paweł szybko by ustąpił. Druga rzecz - Paweł ma taki charakter, że jakby zobaczył, że jego pozycja słabnie, to pierwszy by odszedł. Zresztą ja nie jestem w zarządzie, na prośbę trenera Czyża zgodziłem się na początku sezonu zostać menedżerem, ale wtedy nie było tematu mojego powrotu do gry.
Kto więc namówił na granie?
- Obaj szkoleniowcy - trener Ryszard Czyż z trenerem Sławomirem Fogtmanem. Pierwsze treningi - katastrofa, bo podszedłem do nich jak małolat i skończyło się problemami z sercem. Później było już spokojnie, wiedziałem, jakie warunki mam spełnić. Gdy przyszedł do mnie Sebastian Smuniewski, nasz charyzmatyczny kapitan i paru innych kolegów, i mówili "chłopie, pomóż", to nie mogłem już odmówić. Pierwszy mecz w Bydgoszczy - emocjonalnie trudny, skończyło się porażką, ale później grałem i jakoś to wychodzi. Jestem do dyspozycji. Podkreślę jednak, że rodzina była przeciwna ze względu na zdrowie. Nie chcę, by wyszło, że jestem "na finiszu", cztery mecze i koniec. Wiem jednak, że intensywniejszy wysiłek może oznaczać kłopoty z sercem. I to był największy strach przed powrotem.
Trudno było porozumieć się z trenerem Czyżem? To pan odpowiadał trzy lata za zespół.
- Dogadaliśmy się błyskawicznie. Jak ja byłem trenerem - trzymałem się zasady, że słuchałem opinii, podpowiedzi, ale nikt nie mógł mi się wtrącać w prowadzenie zespołu. I trenerowi Czyżowi przekazałem drużynę i od tamtej pory nie odezwałem się na temat składu, gry, taktyki bez zapytania. Nie będę ingerował w jego pracę. To szkoleniowiec, który wprowadził mnie do seniorskiej gry. Mam szacunek do starszych osób, przełożonych, czyli ta nasza współpraca układać się powinna dobrze. Czy trener czuje dyskomfort? Pewnie nie, rozmawialiśmy wiele razy, zawsze konstruktywnie. Na pewno nie walczymy o pozycję w ekipie. A młodym powtarzam i strofuję, że do trenera to trzeba z szacunkiem.
Nie miał pan ochoty wtrącić się Czyżowi, bo np. w meczu coś nie szło?
- Jakbym powiedział, że nie, to ci, co mnie znają, skończyliby czytać wywiad. Wiadomo, że jestem impulsywny. Pewne rzeczy widzę inaczej i była jedna taka sytuacja, podpowiedziałem, ale pomysł trenera okazał się dobry i szybko sobie wyjaśniliśmy różnicę spojrzenia. On prowadzi - on decyduje. Nigdy niczego nie wymuszę. Jakbym się wtrącał - ma prawo mnie wyrzucić.
Pogoń Handball awansuje?
- Tak. Czeka nas ciężki mecz z Bydgoszczą, a później np. w Koszalinie, który nam nie leży, gwardziści pozytywnie mobilizują się na nas i męczymy się. I jeszcze Malbork, ale w 100 procentach wierzę, że awansujemy. Zbyt wiele wysiłku włożyliśmy w pracę - mam na myśli młodych i starych zawodników, ale i trenerów oraz pomocników - by teraz to zaprzepaścić.
Pan dwa razy prowadził zespół w I lidze i dwa razy kończyło się to degradacją. Czy teraz ta przygoda zespołu może być dłuższa?
- To były różne sytuacje i nie mam zamiaru ukrywać swoich błędów w tym, że się nie udawało. Nie jestem trenerem z wykształcenia, bazowałem na swoim doświadczeniu zawodnika, podpowiedziach, szkoleniach. Popełniałem błędy i spadałem. Dziś klub i zespół się rozwija. Jak ja go prowadziłem, to Radek Wolski z Pawłem Krupą ledwie skończyli 17 lat, dziś są coraz mocniejsi fizycznie i nabierają ogrania. Wtedy nie było transferów, a dziś mamy Olega Czernyszowa, który dzięki trenerowi Fogtmanowi coraz lepiej wygląda fizycznie, a to przekłada się na grę. Załatwiliśmy transfer Marka Suszki. Ten zespół ma się rozwijać - to cel nas wszystkich. Ja mam tylko pomóc. I liga to duże wyzwanie. W sezonie, gdy my spadaliśmy do ekstraklasy, wchodziły Nielba i Śląsk - dziś środek w elicie. Rozpadło się kilka ekip. Gdybyśmy wtedy się utrzymali, a były szanse, to w tym sezonie byłoby nam łatwiej grać, ale to też nie znaczy, że na pewno poradzilibyśmy sobie. Patrzę na Gryfino, które ma problemy. Życzę im, by utrzymali się, chcę by nasze dwa zespoły były w I lidze. II liga jest niebezpieczna, czasami mam wątpliwości, czy jest sens w tej lidze ryzykować zdrowiem, pieniędzmi. Ja powiedziałem chłopakom - wchodzimy i zostajemy w I lidze na dłużej.
Co jeszcze panu zabrakło - poza doświadczeniem - by utrzymać zespół przed dwoma laty?
- Popełniłem błędy w przygotowaniu fizycznym. Mógłbym się tłumaczyć, że na obozie w Chociwlu miałem tylko 7 piłkarzy, w tym 2 kontuzjowanych, a reszta nie mogła uczestniczyć z różnych względów. Dziś zespół jest z kontraktami, wtedy nie, polegało to tylko na mobilizacji. Ja sam dzieliłem obowiązki z pracą zawodową, a cały czas jestem w rozjazdach. Często brakowało mi czasu dla drużyny. Wiele innych rzeczy - od zawodników, po mnie, a na organizacji - nasz klub dopiero się organizował - wpłynęło wtedy na degradację.
Zastanawiałem się, czy jednym z czynników nie było zbyt partnerskie prowadzenie zespołu? Dla zawodników był pan kolegą, może zabrakło przysłowiowego bata.
- Najlepiej byłoby zapytać najstarszych zawodników, a ci świetnie przyjęli mnie w zespole. Pokazywali, że można mówić do mnie Rafał, można spotkać się na piwie czy wódce, ale na treningu nie byliśmy kumplami. Nie było ze mną dyskusji na treningach. Nie bałem się wyrzucić z treningu Sebastiana, czy mojego brata. Na meczu i treningu to ja rządziłem.
Pana podejście do roli trenera przypominała pracę selekcjonera kadry Bogdana Wenty - do niego podopieczni też mogą mówić po imieniu i dla zespołu zawsze liczyły się ambitniejsze cele.
- Porównanie mnie z Bogdanem Wentą to tak jakby konia pociągowego na Służewiec puścić. Ja mówiłem od dawna, że trener i zespół muszą tworzyć jedność, mieć świadomość celu i wszyscy mają na tyle inteligencji i kultury, by nie przekraczać granic. Wtedy ma to sens. Rozmawiałem kiedyś na ten temat z Bogdanem. Powiedział, że nie ma problemów, że młody zawodnik mówi do niego na "ty" czy pije piwo. Ale jak ktoś nadużyje zaufania, przegnie, to widać, że nie rozumie zadań zespołu i wtedy wylatuje. I to mówiłem swoim chłopakom i nie było przegięcia. Były różne sytuacje - rodzina, praca; rozumiałem to, co pewnie przekładało się na wyniki zespołu. A u Wenty tego nie ma - bo ma zawodowców w składzie, wszystkich z kontraktami i spokojną sytuację. Trafił na dobrych ludzi i udowodnił, że nie trzeba być katem, by coś zdobyć.
Pogoń Handball może skonsumować w regionie kolejną dobrą passę męskiej ręcznej - kadry, Vive Kielce?
- Podkreślam wszystkim, by dziękować kadrowiczom i selekcjonerom, że pokazali, że ręczna może dawać radość kibicom. Coraz więcej ich pojawia się na meczach w Szczecinie właśnie dzięki kadrze. Ma też powstać duża hala i my również musimy się do tego przygotować. Wszyscy musimy załatwić więcej pieniędzy, by budować dobre zespoły i pozyskiwać kolejnych sponsorów. Już jest przez kogo się promować. Wspiera nas miasto i przy takim podejściu też możemy dużo zmienić na lepsze. Wciąż mam w pamięci nasze mecze ze Szwedami w europejskich pucharach, gdy nasza hala była wypełniona na godzinę przed początkiem spotkania. Może to wrócić, bo ręczna jest sportem, który pociągnie kibiców - szybkość, twardość, czasami brutalność, ale i piękno. Chcemy i jesteśmy przygotowani do tego, by ten klub się rozwijał. Chcemy w Szczecinie "Handballu", coś na miarę europejskiego formatu, a nie zwykłą "piłkę ręczną".
Znajdą się pieniądze? Dziewczyny mogą wywalczyć awans do elity, panowie do I ligi.
- Tak. Gratuluję dziewczynom wyników z ostatnich tygodni, oby takie utrzymały. A czy się znajdą pieniądze? One nie mają się znaleźć, tylko my mamy je znaleźć. I znajdziemy. Do szefa Vive nikt nie przyszedł, tylko sam znalazł. Tam pracuje sztab ludzi na obecny poziom. U nas też nie chcemy czekać na sponsora. My chcemy stworzyć sieć ludzi, którzy zasuwają na rzecz klubu. I już mamy - załatwiłem kilkaset tysięcy złotych dla klubu i nie wspominam tu o Bitermo, czyli naszej rodzinnej firmie. Zarząd też załatwia kasę. W ciągu 2,5 roku przyciągnęliśmy do klubu ok. 1,2 mln zł. I z każdej złotówki możemy się rozliczyć. Zawodniczki i zawodnicy mają pensje. Owszem, są poślizgi z różnych względów - ale regulujemy to bardzo szybko. Nie ma takiej sytuacji, że musimy się składać na wyjazd na mecz, czy kanapki. Jest dobra sytuacja teraz, ale mamy świadomość, że takiego działania nie możemy oprzeć na 2-3 osobach w zarządzie czy sekcji. I sekcja kobiet i mężczyzn musi biegać za pieniędzmi. I powiem szczerze - zabolało mnie ostatnie oburzenie przedstawicieli sekcji żeńskiej na słowa Pawła, że "jak nie znajdą się pieniądze na występy w ekstraklasie, to jej nie będzie". Trzeba sprawiedliwie ocenić sytuację - ile załatwiło się pieniędzy, a nie obrażać się na realną ocenę. Słowa Pawła powinny zachęcić do wytężonej pracy, a nie powodować nerwy.
Biorąc pod uwagę sytuację klubu, jak może wyglądać mecz z Bydgoszczą?
- Wiem, że będzie ciężko. My nie odpuścimy na pewno, ale wiemy, że po drugiej stronie nie są ułomki, ale paru chłopaków gotowych na walkę. Gwiazdą tam jest świetny bramkarz Szymon Ligarzewski, ale i w polu kilku graczy z doświadczeniem z ekstraklasy. Ja jednak już rozmawiałem z chłopakami i jeśli zagramy tak, że zostawimy wszystko na boisku - wygramy. Jak na moment zwątpimy - będzie problem. Ale ja wierzę, że staniemy na wysokości zadania.
Jak PH awansuje, zostanie pan w zespole w I lidze?
- Nie wiem. Miło, że ktoś jeszcze mnie widzi w drużynie, ale nie wiem. Czekają mnie duże przemyślenia np. o zdrowiu. Kiedyś ważyłem 90, teraz 115 kg i jest to duże obciążenie dla moich chorych kolan. To pytanie na przyszłość. Jak awansujemy - przemyślę, przewartościuję pewne sprawy. Nie chcę nic teraz deklarować - piłka ręczna jest jednym z moich priorytetów, ale nie jest na pierwszym miejscu.