Może będę Kanonierem

Byłem na dwutygodniowych testach w Anglii. Najpierw w Boltonie, a potem w Arsenalu. Jeśli odejdę z Legii, to latem. Na razie chcę skończyć gimnazjum. Waham się, czy wyjechać, bo kocham Legię i w Polsce mam możliwość trenowania z dwoma najlepszymi fachowcami od szkolenia bramkarzy - mówi 16-letni Wojciech Szczęsny
Niedawno, w jego imieniu, obowiązujący jeszcze dwa lata (do pełnoletności Wojtka) kontrakt z Legią podpisali rodzice. Wojtek jest synem Macieja, byłego świetnego bramkarza klubu z Łazienkowskiej, z którym zdobywał mistrzostwo Polski i grał w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Wojtek jest obecnie wypożyczony do Agrykoli, ale często trenuje z pierwszym zespołem z Łazienkowskiej lub szkoleniowcem bramkarzy Krzysztofem Dowhaniem.

Robert Błoński: Jak to się stało, że wyjechałeś do Anglii?

Wojciech Szczęsny: Zagraniczni menedżerowie oglądali mecze reprezentacji do lat 16. Pierwszy raz zobaczyli mnie we Francji. Zremisowaliśmy 0:0 i z wyniku można wywnioskować, że spisałem się dobrze. Od tego się zaczęło. Potem przyjechali do Polski, na mecz z Czechami we Wrocławiu. Zremisowaliśmy 2:2 i moim zdaniem zagrałem słabo. Oni twierdzili, że świetnie. Nie wiem, o co im chodziło.

Potem menedżerowie spotkali się z tatą. Wszystko potoczyło się bardzo szybko. Działo się to pod koniec października, a już w grudniu siedziałem w samolocie do Anglii... Razem ze mną był pan Jacek Bednarz. Znam angielski i dogadam się bez problemu, ale pan Jacek pomagał mi po prostu na co dzień.

Niespełna 16-letni chłopak wsiada do samolotu i...

- ...i ma nadzieję zobaczyć coś nowego, poznać inną rzeczywistość, czegoś się nauczyć. Jechałem pewny siebie, swojej wartości i umiejętności. Ale nie zamierzałem podbić Anglii, tylko pokazać się z dobrej strony i sprawić, by mnie zapamiętali.

Najpierw trenowałeś w Boltonie.

- Byłem tam przez pierwsze sześć dni. Na pewno było mniej ciekawie niż w Arsenalu. Trenowałem bardzo ciężko. Trafiłem w ręce trenera Freda Burbera, ksywa "Rzeźnik". Po pierwszym treningu byłem w szoku. Wyszliśmy bez żadnego rozruchu. Po dziesięciu minutach położyłem się na trawie i pomyślałem: "Dalej nie ćwiczę". Ale ugryzłem się w język, wstałem po paru minutach i dotrwałem do końca. W następnych dniach jakoś się przyzwyczaiłem, ale cały czas myślałem sobie, że skoro w Boltonie jest tak ciężko, to w Arsenalu musi być... gorzej.

Czy rzeczywiście w Anglii są kiepscy trenerzy bramkarzy?

- Mieli pecha, bo w Polsce to ja ćwiczę z dwoma najlepszymi fachowcami. Panem Dowhaniem w Legii i panem Dawidziukiem w reprezentacji. Od nich Anglicy na pewno są słabsi. Zajęcia były tam prowadzone w szybszym tempie. No i nie podobało mi się to, że bramkarze i zawodnicy z pola to są dwa różne światy. Przez te sześć dni bramkarze pierwszej drużyny tylko raz ćwiczyli z zawodnikami z pola.

Widziałeś gwiazdy Premier League?

- Tak, Nakatę, Nolana, Dioufa... jak tak patrzyłem na ich trening, to z panem Jackiem doszliśmy do wniosku, że zajęcia są bardzo podobne do tych w Polsce. Tylko piłkarze lepsi niż u nas. Na koniec podszedł do mnie Nakata z jakimś jeszcze innym Japończykiem i ten drugi zapytał, ile mam lat. Jak odpowiedziałem, uśmiechnął się i powiedział: "A ja 33 i cieszę się, że jak ty będziesz grał w Premier League, to ja już skończę karierę".

Coś Cię zadziwiło?

- Atmosfera średnio mi się podobała. W szatni jest mniej życia. W ogóle klub wygląda jak zakład pracy. Przyjeżdża się na 9. Śniadanie, trening, obiad, następne zajęcia. I o 17 do domu. W Boltonie miałem o tyle łatwo, że w kadrze pierwszego zespołu jest obrońca Jarek Fojut. A w akademii piłkarskiej był jeszcze o dwa lata starszy ode mnie bramkarz Przemek Kaźmierczak.

Czy przez sześć dni można się czegoś nauczyć w Boltonie?

- Pewnych nawyków na pewno nie. Ale przyjechałem z Anglii i lepiej gram nogami. Burber wszystko mi cierpliwie tłumaczył. Ale jak to Anglik mówił szybko i ciężko go było zrozumieć. Pojąłem połowę z jego wskazówek. I naprawdę lepiej gram nogami.

Jak Cię pożegnano w Boltonie?

- Ciepło. Na koniec zagrałem w drużynie juniorów mecz z Crewe. Wygraliśmy 4:1 i broniłem całkiem nieźle. Kiedy już miałem odjeżdżać, długo rozmawiałem z ludźmi. Wypytywali o wszystko, jak się podobało itp. Od menedżera wiem, że jak kogoś żegnają krótko "see you", to znaczy, że delikwent szans nie ma. Ze mną pożegnanie było dłuższe.

Jak dostałeś się do Londynu?

- Przyjechał po nas samochodem jeden z menedżerów. Zawiózł nas do hotelu, a potem do ośrodka Arsenalu. I tam przeżyłem szok. Zobaczyłem 12 cudownych boisk. Dwa z podgrzewaną murawą, reszta - jak główna płyta na Legii. Dzień po przyjedzie zagrałem w zespole juniorów mecz z o rok starszymi chłopakami z Charlton. Przegraliśmy 1:2, ale wypadłem dobrze. Jak ma się na sobie bluzę z reklamą O2, to trzeba bronić dobrze. To zobowiązuje. Ale na pewno mniej niż gra z "elką" na piersi. Bo Legię albo się kocha, albo nienawidzi. Ja kocham. I nawet jak kiedyś odejdę do Arsenalu, to może zostanę kanonierem, ale na zawsze będę legionistą.

Arsenal Cię zauroczył?

- Podobał mi się profesjonalizm i bezpośredniość. Jak coś zrobiłem źle, natychmiast o tym wiedziałem. Jak było OK, też mi mówili... Chwalili mnie za odwagę i skuteczność. Bo za co ceni się bramkarzy? Za to, że nie puszczają bramek. Szybko nauczyłem się, co i w jakich sytuacjach krzyczy się do obrońców, i nie wahałem się używać głosu. Nie byłem cichy, a tego na Wyspach nie lubią.

Jak wyglądał Twój pobyt w Arsenalu?

- Dzień po przyjeździe zagrałem w meczu juniorów. Przegraliśmy 1:2 z Charlton. Potem trenowałem z chłopakami z akademii do lat 19. Raz wyszedłem na trening z Lehmannem, Almunią i Estończykiem Poomem, czyli bramkarzami pierwszego zespołu. Zajęcia nie bardzo różnią się od tych w Polsce. Są może bardziej monotonne. Powiem szczerze, że w Arsenalu fajniejsze zajęcia prowadził trener w rezerwach niż ten, co szkolił bramkarzy w pierwszym zespole. Któregoś dnia podszedł do mnie Arsene Wenger. Zamieniliśmy kilka słów, zapytał o wrażenia i o to, jak mi się tu podoba. Kiedy opowiedziałem to panu, który z ramienia klubu pomagał nam na co dzień, mocno się zdziwił. "Musiał cię Francuz polubić, on rzadko gada z młodymi chłopakami będącymi na testach".

Na koniec pobytu zagrałem jeszcze jeden mecz - zremisowaliśmy 1:1 z Fulham. W pewnym momencie było ostre dośrodkowanie w pole karne. Wyszedłem do piłki, biegli do niej i obrońca, i napastnik. Wybiłem piłkę, zapobiegłem utracie gola, ale wpakowałem się w zawodników i dostałem korkami w nos. Leżeliśmy w trzech. Lekarz zapytał, czy mogę grać dalej. Mogłem. Bo nie było rezerwowego. Wstałem, otrzepałem się i broniłem dalej. Tamci po starciu ze mną utykali jeszcze kilkanaście minut.

Miałeś też specjalistyczne badania...

- Tak. Takie, których testowani piłkarze zwykle nie robią. Bo po co? Mnie zrobili, to chyba znaczy, że się podobałem. To były badania na siłę, reakcję... W Polsce nigdy tak dokładnych nie miałem. Nim poszedłem, ostrzegano mnie, że fitness coach to były komandos. Niesympatyczny, podobno facet, który się nie uśmiecha. W sali była specjalna mata z podłączonym palmtopem. Wykonywałem różne ćwiczenia. Wypadłem nieźle, a do tego sporo sobie pogadałem i pożartowałem z trenerem, o którym opinie były mocno przesadzone.

Jak skończył się pobyt w Londynie?

- Trener juniorów odwiózł mnie na lotnisko. Dostałem koszulkę Arsenalu bez nazwiska i numeru. No i usłyszałem sakramentalne "see you later". Zobaczymy, co będzie.

Do czerwca na pewno zostajesz w Legii.

- Na pewno. Muszę dokończyć gimnazjum. Nie napalam się na ten wyjazd, choć wiem, że już po powrocie namawiali ojca, by zgodził się na wyjazd teraz. Nie ma jednak o tym mowy.

Liczysz, że za pół roku znowu dostaniesz bilet do Londynu? Ale już tylko w jedną stronę.

- Ciężko mi się zdecydować. Kocham Legię, to najlepszy polski klub i z nim chcę coś osiągnąć.

Ale ciężko w nim będzie wywalczyć miejsce.

- Na razie gram w Agrykoli. Jeśli nie wyjadę, to za rok, półtora chciałbym bronić w rezerwach. A potem w... seniorach. Bo jak pojadę do Anglii, to do 19. roku życia będę w tej akademii. A co potem? No właśnie. Może będę wracał do Polski i szukał klubu w naszej lidze? Na razie jeszcze ostatecznie się nie zdecydowałem. Jeśli powiem tak, wtedy Arsenal będzie musiał dogadać się z Legią... Mam jeszcze chwilę czasu na zastanowienie się. Decyzję miałem podjąć do końca roku, ale chcę więcej czasu.

Ciężko być synem swojego ojca?

- Ciężko. Ale w Legii. Co ja się nasłuchałem i naczytałem... Ale jeśli chodzi o względy sportowe, to wcale mi to nie pomaga. A w ogóle to tata jest fajny i kochany.

Kiedy ostatnio trenowaliście razem?

- Ponad rok temu. Powiedział mi, że "kariery, to ty synu, nie zrobisz, bo ci palma odbiła". Odpowiedziałem, żeby nie ściemniał. Z nim nie da się trenować. Ciągle jest źle i źle. Co bym nie zrobił, słyszę: "Mogłeś lepiej". Jak już się wkurzę, to zawsze pytam: "Fajnie się lało Manciniego w Genui?" Ojciec się wkurza, ale z nim każdy żart przejdzie.

Skomentuj:
Może będę Kanonierem
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Terminarz