Łukasz Jarosiewicz (Polonia): Byłem w bagnie

- Przez dwa i pół roku trochę się nabawiłem w Warszawie. Był alkohol, dyskoteki, dziewczyny. To nie idzie w parze z profesjonalnym graniem w piłkę. Dziś czas powiedzieć basta - mówi pomocnik "Czarnych Koszul", który w ubiegłym tygodniu wrócił do treningów z drużyną.
Rok temu Jarosiewicz był w Polonii bohaterem. Strzelał bramki w każdym meczu. Dzięki niemu Polonia wyszła z grupy w rozgrywkach Pucharu Polski. W Kielcach w meczu z Kolporterem strzelił trzy bramki. Gol z derby z Legią kandydował do najpiękniejszej bramki 2004 roku w plebiscycie stacji Canal+. Dla młodego piłkarza pojawiły się poważne propozycje transferowe. Kontuzja i obietnice bez pokrycia składane przez Jerzego Engela - jak mówi dziś Jarosiewicz - sprawiły, że popadł w depresję. Zamiast strzelać kolejne bramki dla Polonii czy innego klubu, myślał o zakończeniu kariery, podjęciu pracy fizycznej. Dziś znów trenuje z zespołem "Czarnych Koszul". Wiosną ma być gotowy do gry. Najpoważniejsza przeszkoda - konflikt z kolegami z drużyny, których oszkalował w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" - została już zażegnana.

Olgierd Kwiatkowski: Co się z Panem działo przez ostatnie dziewięć miesięcy?

Łukasz Jarosiewicz: Nie za ciekawie to wyglądało. Nawet nie chciałbym o tym wszystkim opowiadać. W skrócie, to siedziałem w Ustce i leczyłem się. Miałem problemy... No, powiedzmy, źle się czułem psychicznie.

Nie ma czego ukrywać. Do Polonii przysłał Pan dziewięć miesięcy temu list, że przechodzi depresję.

- No tak. Mam zaświadczenia lekarskie. Chodziłem do lekarza, miałem z nim spotkania. List to była chęć usprawiedliwienia się. Nie wiem, czy wyszło mi to na dobre. Zamiast telefonicznie skontaktować się z kimś z klubu, przysłałem list. Nie wiedziałem, co mam robić. Nie chciałbym rozstrząsać tego tematu. Moja psychika nigdy nie była taka, jaka powinna być. Nadszedł czas, abym zmądrzał.

To, co się stało dziewięć miesięcy temu, co spowodowało Pana depresję?

- Miałem przedtem kilka wpadek. Zarzekałem się potem, że mi nigdy woda sodowa nie uderzy, ale uderzyła. W wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" oplułem kolegów z drużyny, cały klub. Dlaczego to się stało? Skąd ta depresja? Strzeliłem kilka bramek. Pojawiły się oferty z mocnych klubów polskiej ligi, na przykład z Zagłębia Lubin. Również pan Engel, z którym byłem wtedy w bliskiej komitywie, zaproponował mi podpisanie kontraktu z menedżerem Zahavim. Ja to podpisałem. Przyszła kontuzja. Myślałem, że pomoże mi pan Engel. Pomógł mi o tyle, że o mało nie zrujnował mi życia.

Mówi tak Pan może tylko dlatego, że teraz jest Pan w komitywie z panem Ranieckim.

- Raniecki zawsze mi w życiu pomagał. Wyciągnął mnie z...

...bagna?

- Bagno to mało powiedziane. Wszedłem w konflikt z prawem. Ja nie jestem aniołkiem. Ale pan Raniecki razem z Darkiem Dźwigałą pomogli mi finansowo, i nie tylko.

Piłkarze z Polonii mówią, że ma Pan talent, tylko go Pan trwoni...

- Przez dwa i pół roku trochę się nabawiłem w Warszawie. Był alkohol, dyskoteki, dziewczyny. To nie idzie w parze z profesjonalnym graniem w piłkę. Tak to można sobie pokopać w trzeciej lidze. Sam się przekonałem, że to mi nie pomaga. Gdy byłem w formie, strzelałem bramki, nie piłem. Dziś czas powiedzieć basta. Nie chcę już trwonić tego, co mam w nogach. Zresztą przez dziewięć miesięcy nigdzie nie byłem i nigdzie mnie nie ciągnie. Moja narzeczona będzie niedługo rodzić. Życie się mi trochę zmieniło. Nie chcę niczego przyrzekać, tyle rzeczy obiecałem i nic z tego nie wyszło, ale myślę, że teraz będzie inaczej.

Skąd taki pęd u Pana do łatwego życia?

- Zawsze mieszkałem w mniejszych miejscowościach, grałem w małych klubach - w Ustce i Koszalinie. Nie miałem takich pieniędzy przy sobie, jakie dostałem w Warszawie. Dużo ludzi popełniało takie błędy jak ja. Nawet u nas w drużynie jest kilku chłopców po przejściach. Ja też jestem już po przejściach.

Żaden trener Panu nie pomógł, gdy tak trwonił Pan talent?

- Trener Krzysztof Chrobak i Marek Zub rozmawiali ze mną szczerze i to mi się podobało. Wtedy stroniłem od tego, żeby gdzieś wyjść. Z tymi trenerami rozmawiałem jak z kolegami. Przyszedł trener Broniszewski i wtedy się zaczęło całe zło. Nie było z nim kontaktu, nie dochodziłem z nim do żadnego porozumienia. A jak są kłopoty, to szuka się szczęścia na mieście. Szukałem tego szczęścia i nie znalazłem go.

Z trenerem Engelem też znalazł Pan wspólny język?

- Na samym początku przygotowań do poprzedniego sezonu pan Engel mi powiedział, że jestem tu ogólnie spalony i że on będzie mi szukał klubu, aby moja kariera toczyła się w dobrym kierunku. Byłem wtedy piątym pomocnikiem środkowym, szóstym napastnikiem. Po paru sparingach pan Engel dał mi szansę, wróciłem do pierwszej drużyny i uwierzyłem, że możemy sprawić, żebym ja i pan Engel zarabiał pieniądze.

Do jakich klubów miał Pan trafić za sprawą Jerzego Engela?

- To były kluby z dolnej półki Premiership. Miałem też wyjechać do Holandii albo do klubów z dołu tabeli Bundesligi. Miałem być wszędzie. Jakiś klub zawsze by się znalazł, który by mnie kupił za ileś tysięcy euro i ja bym oczywiście też zarabiał tysiące euro.

Wierzył Pan w to?

- Bardzo mocno w to wierzyłem, bo obiecywał mi to człowiek, który prowadził kadrę i był wzorem dla nas piłkarzy. Miał dobry warsztat, świetnie się wypowiadał. Jak można nie wierzyć takiemu człowiekowi?

Miał Pan kontuzję i może z tego powodu Engel nie spełnił obietnicy?

- Miałem wtedy lekką kontuzję, po dwóch tygodniach wróciłbym do treningów. Byłem podporządkowany panu Engelowi. Myślałem o tym, jak by tu wykiwać Polonię. Miałem podpisany kontrakt, co prawda po angielsku, ale na papierze było 10 tys. dol. za sam podpis i do tego z takim menedżerem jak pan Zahavi. Tylko Zahavi się nie podpisał.

Nic z tego nie wyszło i co działo się potem?

- Chciałem wyjechać do Anglii i pracować fizycznie, tak jak moja siostra. Obojętnie gdzie, wyjechać i zapomnieć. Spróbowałem jeszcze raz i zadzwoniłem do pana Ranieckiego. Przedstawiłem mu swój plan na życie. Nie zgodził się. Powiedział, że jeszcze raz zasponsoruje moją operację, jeszcze raz da mi szansę i liczy na to, że założę znów czarną koszulę. Cztery miesięcy temu przeszedłem nową operację kolana. Dochodzę do siebie.

Co Pan robi?

- Teraz przechodzę rehabilitację. Wykonuję ćwiczenia izometryczne, siłowe, na piłce, na gumie. Pracuję od dziewiątej rano do szesnastej, do tego dochodzi sauna i odnowa biologiczna. Trzeba ciężko harować. Na szczęście z brzuszkiem nie jest najgorzej. Ważę 79 kg, a zawsze ważyłem 76-77 kg.

Z kolegami się Pan pogodził?

- Głupio mi jest, bo trochę na nich nagadałem. Nie mogę powiedzieć całej prawdy jak do tego doszło. Ktoś mnie inspirował. Z Darkiem Dźwigałą witamy się. Ja się cieszę, gdy go widzę, nie wiem, czy on się cieszy z tego powodu, że mnie widzi. Będę starał się udowodnić przez boisko, że można mi zaufać.

Strzelał Pan dużo bramek w Polonii, i to w ważnych meczach. Dziś takiego piłkarza brakuje w klubie.

- Najładniejsza była ta bramka strzelona na Legii. Mam nadzieję, że powtórzę to tu na Konwiktorskiej w następnej rundzie, z tą różnicą, że nie chciałbym strzelać na 4:1, ale na 1:0 dla Polonii. Kocham piłkę i zawsze na luzie podchodziłem do gry. Na Łazienkowskiej na przykład, kiedy jest pełno ludzi, czuję się świetnie. Zresztą nigdy nie byłem spięty, nawet przed debiutem w I lidze, gdy graliśmy w Płocku z Wisłą. Nie poruszyło mnie to. Miałem wtedy 20 lat. Zagrałem cały mecz. Myślę, że nieźle.

Jak Pan trafił do Polonii?

- W Koszalinie strzeliłem dziewięć bramek w rundzie jesiennej. Zadzwonił do mnie kierownik drużyny Stanisław Mróz i zapytał, czy nie przyjadę na testy. Powiedziałem: "Co pan żartuje sobie", i go zbyłem. Potem ktoś nieznany zaprosił mnie na Konwiktorską, po kilku dniach trener Chrobak powiedział mi, że zostaję tutaj i żebym o niczym innym nie myślał jak o przygotowaniu do sezonu. Byłem już na testach w Katowicach, Grodzisku, w Legii za trenera Smudy. Miałem wtedy 16 lat. Smuda wziął Mazurkiewicza i Mierzejewskiego. Mnie odpuścił. Ale dobrze się stało, że tam nie trafiłem, tam miałbym większe pieniądze i więcej pokus.

Dziś w Polonii traktują Pana jak syna marnotrawnego?

- Nie chciałbym być synem marnotrawnym, chciałbym, żeby jak syna mnie traktowali. Pan Raniecki zainwestował we mnie trochę pieniędzy. Nie chcę go teraz zawieść, chciałbym, żeby część pieniędzy odzyskał. Wszystko wyjdzie w praniu.

Niewykluczone, że wróci Pan już praktycznie do zespołu drugoligowego?

- Polonia nie spadnie do II ligi. Trzeba w to wierzyć, nie można nawet o tym myśleć. Teraz mamy tyle meczów u siebie. Trzeba je tylko wygrać.

Łukasz Jarosiewicz, ur. 8 sierpnia 1981 roku. Piłkarz Jantaru Ustka, Gwardii Koszalin i Polonii. W I lidze rozegrał 42 mecze, strzelił cztery gole, dwa w ubiegłym sezonie.

Skomentuj:
Łukasz Jarosiewicz (Polonia): Byłem w bagnie
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Terminarz