Andrzej Grubba we wspomnieniach przyjaciół i kolegów

To nie tylko sukcesy sportowe, ale życiowa postawa Andrzeja Grubby uczyniły go wielkim
Praworęczny mańkut

Piłka ręczna, biegi, no i oczywiście piłka nożna. To był sportowy świat małego Andrzeja w Brzeźnie Wielkim i Zelgoszczy na Kociewiu. Rodzice Andrzeja byli nauczycielami, więc musiał uczyć się dobrze. Dobry był też w sporcie. Mańkut, ale rakietkę tenisową wziął do prawej ręki i tak już zostało. Reszta dyscyplin odeszła w cień. Pierwszy rywal - starszy brat Jurek. Pierwszy ligowy mecz? W barwach Neptuna Starogard. Tego samego miasta, w którym urodził się i wychował Kazimierz Deyna.

- Ze Starogardu wyciągnęła go moja mama - wspomina Leszek Kucharski, przyjaciel, partner deblowy i rywal Grubby. Razem znaleźli się w drużynie AZS UG kiedy Grubba zaczął uczęszczać do popularnej w Gdańsku "Topolówki", czyli III LO. Razem też pojechali w 1974 roku na pierwsze w karierze mistrzostwa Europy juniorów do Niemiec.

Mówi Kucharski, dziś trener reprezentacji kobiet: Byliśmy inni, chociaż nie do końca. Obaj zawsze chcieliśmy wygrywać. Ja chciałem być lepszy od Andrzeja, on ode mnie. Bywały konflikty, ale drobne. Nie pamiętam jakiejś karczemnej awantury, nie z Andrzejem. Możliwe, że wynikało to z tego, że na ogół nie mieszkaliśmy razem na zawodach czy zgrupowaniach. Ja mieszkałem ze Stefanem Dryszelem, Andrzej z Andrzejem Jakubowiczem.

Grubba we wspomnieniach "Kucharza" był niesamowicie ambitnym chłopakiem. - Ambitnym nie tylko przy pingpongowym stole. Najlepszy chciał być i w hali, kiedy graliśmy w piłkę. Miałem wrażenie, że obok mnie idzie ktoś, kto dąży do ideału.

Czego będzie mi brakować najbardziej? - Gry. Bo to był wielki gracz - mówi Kucharski. Był taki zawsze i wszędzie.

Wspomina Stefan Dryszel, trener kadry mężczyzn: - Wypiliśmy niejedno piwo, ale Andrzej nigdy nie przesadzał z rozrywkami. Zawsze wiedział, co można, a czego nie. Dawał nam wszystkim w kadrze dobry przykład. Wie pan, trudno mi o nim mówić w czasie przeszłym, bo znaliśmy się 30 lat W pewnym momencie nasze drogi się rozeszły. Ja pojechałem grać do Francji, Andrzej wylądował w Niemczech, ale los tak chciał, że przez jeden sezon znów graliśmy razem w Grenzau. Potem znów byliśmy od siebie dość daleko, ale na igrzyskach Atlancie byłem jego trenerem.

Wiem, że Andrzej miał jedno sportowe marzenie: chciał zdobyć strategicznego sponsora dla związku. To pomogłoby zrealizować plan powstania w Gdańsku reprezentacyjnego ośrodka z prawdziwego zdarzenia. Mówił mi o tym przed śmiercią.

We wspomnieniach przyjaciół Grubba jest jednak przede wszystkim skromnym, wrażliwym i odpowiedzialnym człowiekiem. Najpierw za siebie, potem za drużynę i rodzinę. - To był ktoś, kto zawsze wiedział, czego chce, do jakiego zmierza celu - wspomina Adam Giersz, kolega klubowy z AZS UG i AZS AWF, później trener, który doprowadził Grubbę do szczytów w sportowej karierze. Nasze relacje były na początku znajomości normalne, takie jak między trenerem a zawodnikiem. Zostaliśmy przyjaciółmi, bo los chyba skojarzył nas idealnie, rozumieliśmy się doskonale - dodaje późniejszy prezes PZTS i minister sportu. We wspomnieniach Giersza Grubba już jako młody chłopak zachowywał się jak dojrzały profesjonalista. - Wiedział, kiedy trzeba wstać na trening, co na nim doskonalić, co jeść, kiedy się położyć spać. W tamtych, 70. latach, taka postawa była ewenementem. Ten wewnętrzny ład wyniósł z domu. Wszystko w głowie miał jakby skomputeryzowane. Ale nie był bezdusznym realizatorem "celów i zadań".

Gierszowi trudno jest przypomnieć sobie ciekawą przygodę z udziałem Grubby. - On był tak poukładany i przewidywalny, że chyba nie było żadnego ekscesu z udziałem Andrzeja przez cały czas trwania naszej współpracy w kadrze i klubie. Jeżeli kogoś stawiać za wzór sportowca, to Grubba nim był bez wątpienia.

Jakie słabości miał Andrzej? - (po dłuższym namyśle) - Chińszczyzna. Bardzo lubił chińskie jedzenie, w ogóle był zafascynowany Chinami - wspomina Adam Giersz. To nie była, moim zdaniem, fascynacja filmowa czy książkowa. Przywiózł ją z Chin, gdzie byliśmy razem wielokrotnie. Za każdym razem poznawał ten kraj coraz lepiej, coraz bardziej się rozsmakowywał w tamtejszych obyczajach i potrawach, mimo że koledzy z reprezentacji podchodzili do chińskiego jedzenia z dystansem - mówi Giersz.

Sukces najlepszym prezentem

Gdańskim klubem akademickim kieruje kolega Grubby ze studiów. - Uczyliśmy się razem... Ryszardowi Malcowi, dyrektorowi AZS AWFiS i koledze ze studiów "Grubego", łamie się głos Mieszkaliśmy w akademiku drzwi w drzwi. To był bezgranicznie dobry człowiek, uśmiechnięty, pomocny. Nawet wtedy, gdy był już znanym sportowcem, nigdy się nie zmienił. To bardzo rzadkie w polskim sporcie - dodaje Malec. Jego naprawdę będzie brakować.

Grubba potrafił jednak zaskakiwać. Wspomina Marek Formela, przyjaciel "Grubego", były dziennikarz, autor biografii Andrzeja Grubby "Ostatnia piłka", dziś prezes klubu żużlowego w Gdańsku: - Pamiętam, to był chyba 1989 rok. Andrzej dopiero co skończył grać w Chinach zawody z cyklu Pucharu Świata. Wiedział, że dzień później mamy w Gdańsku mecz naszej amatorskiej drużyny "Żądło" w turnieju piłkarskich szóstek. Doleciał do Frankfurtu, stamtąd pognał samochodem do Koblencji, gdzie, jak nam potem mówił, myślami był przy naszej drużynie. Mieliśmy nadzieje, że nas nie zostawi, ale dopiero kiedy zobaczyłem go zdyszanego, ze sportową torbą na ramieniu, zrozumiałem, co to znaczy odpowiedzialność. Dał nam słowo, że będzie. No i był.

Słynny polski rugbista Grzegorz Kacała słabo znał Grubbę, choć byli niemal sąsiadami w Sopocie. Podziwiał Grubbę za jego wytrwałość i to, że dawał nam, Polakom, to, na co wszyscy wtedy czekaliśmy: sukcesy sportowe, bo o zmianach politycznych czy ekonomicznych można było tylko pomarzyć. - Pamiętam te jego kroczki przy stole, dmuchanie na piłeczkę. A po wygranym meczu zawsze spokój, podziękowanie dla rywala. Najwyższa klasa - wspomina Grubbę Kacała. - Żałuję, że nie znałem go lepiej. Teraz słucham i czytam o Nim i dochodzę do wniosku, że takich ludzi chciałoby się znać jak najwięcej.

Kociewie i Polska w sercu

Grubba był kociewiakiem [region Pomorza obejmujący powiaty: tczewski, starogardzki, świecki - red.], ale jak wspomina Formela, reprezentujący Kaszuby [region wysunięty na północny zachód od Kociewia - red.], nigdy nie było między nimi lokalnych animozji czy choćby żartobliwych docinków słownych. - Mimo że Andrzej czuł się silnie związany ze swoją małą ojczyzną - mówi Formela.

Była też i duża ojczyzna Grubby - Polska. Tę miał w sercu zwłaszcza wtedy, gdy mieszkał, grał i dobrze zarabiał w Niemczech. - Andrzej wielokrotnie mówił mi, że Niemcy chcą, by dla nich grał, przydałoby się więc drugie, niemieckie obywatelstwo - opowiada Formela. On zawsze grzecznie dziękował za propozycję, ale odmawiał. Niemcy szanowali go, ale dziwili się, że ktoś o takich korzeniach nie chce przyjąć ich obywatelstwa. To było przecież proste. Dla Grubby chyba jednak zbyt proste. - Andrzej nigdy nie szedł na łatwiznę - dodaje Giersz.

Później okazało się, że jego obrona polskich barw była czymś więcej niż założeniem koszulki z orzełkiem na piersi.

Grubba nigdy nie zapominał o rodakach. Zwłaszcza tych w potrzebie. 10 lipca 2001 roku, po największej od setek lat ulewie, dolne dzielnice Gdańska zaczęły tonąć. - Andrzej zadzwonił do mnie z pytaniem, czy pomogę mu zorganizować charytatywny mecz na rzecz powodzian - wspomina Formela. Dwa miesiące później na przedmieściach Koblencji przyjaciele i znajomi "Grubego" rozegrali taki pojedynek. Kibice i piłkarze byli hojni. Udało się zebrać 240 tysięcy marek! Pieniądze pomogły odbudować m.in. zdewastowaną po powodzi Szkolę Podstawową nr 52 w Gdańsku. Mały rewanż? W maju tego roku ponad setka dzieci z Pomorza, na wezwanie działaczy sekcji tenisa stołowego AZS AWFiS Gdańsk, zagrała turniej dla chorego Andrzeja Grubby. Tym razem on był widzem. Najważniejszym.

Andrzej Grubba zmarł 21 lipca po walce z nowotworem płuc. Miał 47 lat

Terminarz
  • Puchar Świata 2018/19