Sport.pl

Lider "Gieksy": Stawowy był zazdrosny o kibiców

Rozmawiał Maciej Blaut
2011-09-30 , aktualizacja: 30.09.2011 21:57
A A A Drukuj
Adrian Napierała Fot. Piotr Michalski / Agencja Gazeta Adrian Napierała
Do Katowic ściągnął go szkoleniowiec, który nigdy w GKS-ie nie pracował. Ambicja nakazywała mu pojawiać się na boisku nawet wtedy, gdy był kontuzjowany. Choć uznany został najlepszym piłkarzem "Gieksy" poprzedniego roku, to były trener zesłał go do rezerw. Ostatnie dni są już jednak bardzo udane dla Adriana Napierały.
ZOBACZ TAKŻE
Stoper "Gieksy" dostał szansę występu w tym sezonie dopiero w dziewiątej kolejce. Gdy już pojawił się na boisku, udowodnił, że jest czołową postacią zespołu. Z trzema zdobytymi golami jest obecnie najskuteczniejszym piłkarzem GKS-u.

Rozmowa z Adrianem Napierałą

Maciej Blaut: Dlaczego tak długo musiał pan czekać na możliwość gry u trenera Rafała Góraka?

Adrian Napierała, piłkarz GKS-u Katowice: Trener ściągnął latem sporą liczbę piłkarzy, których już znał i postawił właśnie na nich. A mnie do tego przytrafiła się kontuzja w okresie przygotowawczym. Pozostało mi ciężko pracować i próbować przekonać trenera do siebie. Późno, bo późno, ale w końcu się udało (śmiech).

Zanim dostał pan szansę w lidze, wcześniej zmarnował decydującego karnego w meczu Pucharu Polski z Puszczą Niepołomice.

- Nie tacy zawodnicy nie strzelali przecież karnych. Tego pucharu to jednak żałuję, bo kibice liczyli, że do Katowic wreszcie przyjedzie jakaś ekstraklasowa drużyna.

W GKS-ie wreszcie nastały dla pana dobre czasy?

- Wcale nie. Nie jest dobrze, skoro po 11 meczach mamy tylko 11 punktów, a GKS jest z tyłu stawki.

Pochodzi pan z maleńkiego Wawrowa. Tam łatwiej chyba zostać żużlowcem niż piłkarzem.

- Wawrów to wieś na peryferiach Gorzowa Wlkp. Rzeczywiście jest tam mini tor żużlowy dla dzieciaków. Mnie od początku ciągnęło jednak do futbolu. Zaczynałem w Warcie Wawrów, ale w jej drużynie seniorskiej nigdy nie zagrałem. Podczas jednego z turniejów zostałem wypatrzony przez trenera ze szkółki piłkarskiej w Szamotułach. Jej przedstawiciele przyjechali do mojego domu oferując możliwość treningów, nauki i mieszkanie w internacie. Sami rodzice mnie namawiali, abym z tego skorzystał.

Pańska kariera juniorska toczyła się idealnie.

- Z kadrą Polski prowadzoną przez trenera Michała Globisza zdobyliśmy dwa medale mistrzostw Europy (srebro U-16 w 1999 r. i złoto U-18 w 2001 r. - przyp. red.). Dobrze zapamiętałem niektóre mecze np. naszą wygraną nad Hiszpanią, która strasznie nas zlekceważyła. Gdy w 2001 r. graliśmy w finale, zostałem ukarany czerwoną kartką za zagranie ręką. To był młodzieńcza głupota. Od tego czasu takich błędów już nie popełniam.

Globisz zapowiedział wtedy, że będzie pan Matthiasem Sammerem polskiej piłki.

- Niemiec nie był moim idolem. Przy tym porównaniu trener kierował się kolorem włosów. A sam przeskok do seniorskiej piłki okazał się trudny, bo trenerzy boją się stawiać na młodych zawodników.

Jak pan wspomina występy w ŁKS-ie kierowanym przez Antoniego Ptaka?

- Akurat w tym klubie lubiano stawiać na młodych graczy. Poza mną byli tam przecież Rafał Grzelak czy Łukasz Madej. Na prezesa Ptaka nie mogłem narzekać. Płacone mieliśmy na czas, a baza treningowa była bardzo dobra. Tyle, że potem przeniesiono nasz zespół do Piotrkowa.

W Piotrcovii zetknął się pan z pewnym bardzo znanym trenerem.

- Franciszek Smuda to specyficzna osoba. Zrobił wtedy swój zaciąg ściągając Tomasza Łapińskiego i Sławomira Majaka. Wielka Piotrcovia miała iść na ekstraklasę. W pierwszym meczu dostaliśmy od Arki Gdynia 0:4 i Smudę zwolniono. Po zakończonej rundzie znów nas przeniesiono - tym razem do Szczecina. Przyznam, że się z tego cieszyłem, bo Piotrków to mała mieścina i na mecze przychodziło mało osób. Tymczasem na Pogoń potrafiło przyjść 20 tys. osób. Grałem jednak w tym klubie mało i przeszedłem do Jagiellonii.

Tam po raz pierwszy trafił pan na Adama Nawałkę.

- Nie byłem wtedy jego faworytem, ale i tak bardzo mile go wspominam, bo jest po prostu bardzo dobrym trenerem i wiele można się było od niego nauczyć. Potwierdził to zresztą GKS-ie. A z Jagiellonią awansowałem do ekstraklasy. Zagrałem w niej jednak tylko sześć meczów. Potem do klubu przyszedł trener Michał Probierz i powiedział, że chce mieć nowych piłkarzy. Jego wybór był chyba dobry, skoro Jagiellonia awansowała do pucharów.

Jak trafił Pan do Katowic?

- Ofertę złożył mi trener Artur Płatek, który znał mnie z Jagiellonii. Zadzwonił i powiedział, że buduje w GKS-ie drużynę na awans. Po kilku dniach okazało się, że nie dostał licencji na prowadzenie zespołu i trenerem będzie Jan Żurek. Testował mnie ze dwa tygodnie, ale w końcu wydał pozytywną opinię.

Jak szybko przekonał się Pan, że na awans nie ma szans?

- GKS to taki specyficzny klub, że - niezależnie od tego, jakich ma piłkarzy - zawsze jest ciśnienie na sukces. Jak przychodziłem do GKS-u, to koledzy już mówili, że klub zalega im z premiami. Potem w ogóle przestano płacić. Pod względem organizacyjnym nie było żadnych szans na awans.

Pomimo problemów pod wodzą Nawałki graliście świetnie.

- Trener potrafił nas dobrze ustawić i zmobilizować. W drużynie pozostało jedynie kilku starszych piłkarzy, a ci młodzi bardzo chcieli się pokazać z jak najlepszej strony. Problemy klubu nas zintegrowały. Szkoda, że potem trener odszedł do Górnika. Gdyby sytuacja w klubie była inna, a GKS zrobił ze trzy wzmocnienia, to bylibyśmy w stanie awansować.

To prawda, że Nawałka chciał Pana ściągnąć do Zabrza?

- Były takie rozmowy. Rozważałem odejście, ale zdecydowałem się zostać.

Pana współpraca z Nawałką układała się dobrze. Dlaczego inaczej było z Wojciechem Stawowym?

- Jak przyszedł do klubu, to rozegrałem jeden mecz u niego, a potem poddałem się operacji. Gdy się wyleczyłem, to na mnie już nie stawiał. Miałem wrażenie, że był trochę zazdrosny o sympatię, jaką darzyli mnie kibice. Opowiadał bajki, że nie jestem w formie, ale przecież mało co u niego grałem.

Mówiło się też, że nie przepada za piłkarzami z silnym charakterem.

- Na początku robiłem po prostu wszystko to, co mi kazał. Dopiero po tym jak stwierdził, że moje życie było zagrożone (Napierała zasłabł po spotkaniu z Ruchem Radzionków i trafił na obserwację do szpitala. Okazało się, że był odwodniony - przyp. red.), to wtedy już musiałem zareagować. W szatni doszło do scysji. Nie mogłem sobie pozwolić, żeby ktoś takie rzeczy opowiadał. Oficjalnie nie było konsekwencji, ale od tego czasu z kilkoma kolegami trenowałem już tylko w rezerwach.

Planował pan odejście z GKS-u?

- Chciałem poczekać do czerwca i zobaczyć, co się stanie. Nie widziałem jak kibice machali Stawowemu białymi chusteczkami, bo akurat byłem na meczu rezerw. Nie ukrywam, że zmiana trenera to było dobre posunięcie. Dobrze, że byłem cierpliwy.

Jak się pan czuje w roli pupila kibiców?

- To zawsze miłe, gdy krzyczą moje nazwisko. W tych trudnych momentach też byli za mną i domagali się, abym grał

Fanów GKS-u ujęło chyba to, że grał pan nawet z kontuzją barku.

- Kontuzji doznałem w meczu z Górnikiem. Wtedy ten bark wypadł mi trzy razy. Potem to już były tylko jednorazowe wypadki, bo grałem ze stabilizatorem. Myślę, że do GKS-u powinno się brać ludzi z charakterem, a nie z przypadku.

Kiedy w Katowicach wreszcie będzie ekstraklasa?

- Ciężko powiedzieć. W klubie są jeszcze do poukładania sprawy organizacyjne, a drużyna wciąż się dociera. W tym sezonie o awans będzie ciężko. Grajmy o zwycięstwa, pokazujmy charakter, a im mniej będziemy myśleć o ekstraklasie, tym szybciej GKS w niej będzie.

Sobotnie mecze I ligi: Ruch Radzionków - Sandecja Nowy Sącz (16), GKS Katowice - Arka Gdynia (18), Flota Świnoujście - Piast Gliwice (15), Bogdanka Łęczna - Polonia Bytom (15.30).

Podziel się