Sport.pl

W jedno lato całej Ziemi nie oblecisz

Holenderski trener Robert Maaskant wie już, że Polacy nie gęsi ani kaczy, lecz całkiem własny język mają, i rozkazał zagranicznym graczom Wisły Kraków, by między treningami zakuwali szeleszczące słówka. Inicjatywa godna pochwały - także z punktu widzenia naszego interesu narodowego - choć pewne wątpliwości wywołuje.
Po pierwsze, piłkarze spod Wawelu mają niewiele czasu - trener kazał im ślęczeć w klubie kilka godzin dziennie, uroił sobie wspólne posiłki i inne dziwa, zupełnie jakby nie wiedział, że nasi ligowcy są przyzwyczajeni do pracy na pół lub wręcz ćwierć etatu i do firmy wpadają tylko na momencik, zwany szumnie treningiem. Po drugie, polskim megagwiazdom w typie Małeckiego lub Brożka, nieustannie planującym światową karierę, warto by wtłuc do głów raczej angielski, żeby po tejże kariery rozpoczęciu umieli zaprosić nowych kumpli do opery i prędko zintegrowali się z grupą. Po trzecie wreszcie, w elementarnym angielskim gdakają wszyscy - sam Maaskant biegle - a pełna komunikacja z trenerem jest koniecznym warunkiem powodzenia. Tak twierdzi np. ceniony gdzieniegdzie José Mourinho, który w pierwszych miesiącach w każdym nowym klubie (ostatnio Real Madryt) co chwilę przerywa zajęcia, żeby zyskać absolutną pewność, że jego ludzie rozumieją w każdym detalu, co robią i dlaczego to robią.

Wątpliwości zatem mam, ale w "wiślackim" trenerze i tak podziwiam nieustraszonego innowatora, nie lękającego się wzniecić rewolucji na prowincji, której nie zna. Nasi ligowcy, jak powszechnie wiadomo, preferują szlifowanie uniwersalnego języka futbolu. Nie chcą słyszeć, że uniwersalny nie istnieje, że w ligach zagranicznych kopią zupełnie inaczej, przedkładając podania celne nad niecelne, dośrodkowania ostre nad balonowate etc. Posługują się kompletnie inną gramatyką, ortografią, składnią oraz interpunkcją, więc kiedy jeden z naszych próbuje się z tamtymi ligami dogadać, zaraz jąka się, krztusi, sepleni.



W erze totalnego umiędzynarodowienia futbolu językowe studia stały się niezbędne. Niektórzy to wiedzą i zapisują się do szkoły z własnej woli, by perfekcyjnie przygotować się do zagranicznego transferu, innych zmusza się do nauki zapisami w kontraktach. Kiedy japoński obrońca Uchida wylądował w Schalke 04, usłyszał, że jego podstawowym zadaniem na pierwszy sezon jest przyswojenie niemieckiego. Przynajmniej w takiej dawce, by po ostatniej ligowej kolejce zdać egzamin.

Istnieją również kluby, które politykę transferową opierają na kryterium paszportowym. I dlatego, że jednostki zdolne do porozumiewania się innego niż na migi łatwiej zlepić w grupę, i ze względu na znajomość określonych rynków. Trener Arsene Wenger lubi mieć Arsenal w sporej mierze frankofoński, więc defensywę może zestawić z Francuzów Sagni, Koscielnego, Squillaciego i Clichy'ego, a przed nimi biegają Diaby, Nasri czy Chamakh. Hiszpański Villarreal lubi werbować w Ameryce Południowej, Francuzi szukają w swoich byłych koloniach, sycylijska Catania jeszcze zawęziła obszar łowów i w podstawowej jedenastce potrafi upchnąć ośmiu Argentyńczyków.

Na przeciwległym biegunie tkwią kluby wznoszące w szatni istne wieże Babel - to często wybór marzących o podboju Ligi Mistrzów prezesów z Europy środkowej i wschodniej, którzy przeczesują całą planetę, często zapuszczając się na głęboką prowincję, byle za okazyjną cenę dopaść kogoś zdolnego, kogo przeoczyli potężniejsi konkurenci. Sporą popularność zyskała nawet hipoteza, że językowo-narodowościowa plątanina stanowi rozwiązanie idealne, bowiem przerośnięty kontyngent z jednego tylko obcego państwa utrudnia integrację jego członków z resztą drużyny. Zachęca raczej do utworzenia państwa w państwie.

Sam nie absolutyzuję żadnej teorii. Przeciwnie, wierzę w zdolność do natchnionej współpracy przedstawicieli wszelkich kultur, ras i religii, nie wspominając o barierce tak łatwej do przewrócenia, jak odrębność językowa. Jedyny warunek - jeśli potrzebujemy efektów natychmiast, nie zrzucamy do jednego kotła piłkarzy z obcych sobie światów nagle, z dnia na dzień.



Innymi słowy, wystrzegamy się nieodpowiedzialności, która ściągnęła w dolne rejony tabeli Legię Warszawa. Kiedy patrzę na bohaterów jej ostatniego zaciągu zagranicznego, oczywiście powątpiewam w umiejętności portugalskiego szybkobiegacza Manu - jego patałachowatość rzuca się w oczy - ale już pozostałych piłkarzy skreślić wciąż nie umiem. Nadają na tak bardzo odmiennych falach, że zwyczajnie nie wypada jeszcze ogłaszać, iż nic nie umieją. Wypada raczej dostrzec w nich gości z innej planety, którzy - jak nam się zdaje - bełkoczą i wyglądają kuriozalnie - np. ogon wyrasta im z głowy - bo nie rozumiemy ich języka, a natura wykoślawiła ich w kształty obce znanym nam kanonom estetycznym.

Tegoroczne decyzje Legii to ekstremum. Nowemu w klubie trenerowi zwierzchnicy przyprowadzili (może i często za jego aprobatą, nie chcę teraz wieszać winnych) grupkę ludzi wyjętych z kompletnie odmiennych światów. Wzięli ligowca brazylijskiego, portugalskiego, argentyńskiego, serbskiego i dwóch chorwackich, teraz przekopują murawy francuskie, a w kadrze trzymają - dodaję, by uzupełnić krajobraz chaosu - niejakiego Chinyamę z Zimbabwe, piłkarza wybryk natury, który prawdopodobnie z trudem dogaduje się sam ze sobą. Od dawna podejrzewam, że nie słyszał o przepisie o spalonym. I polecam "legijnym" szefom sprawdzenie tego, bo gdybym miał rację, następne zajęcia można by rozpocząć od teorii. To mogłoby otworzyć nowy, piękny etap w jego karierze. I nową erę w ataku Legii.

W każdym razie stołeczny klub bardzo się nastarał, by maksymalnie skomplikować sobie życie. Nawet gdyby nowi mówili językami aniołów, fanów niekoniecznie rozkochaliby w sobie od pierwszego kopnięcia. Kto chce zwyciężać już - jak Legia - tego nie stać na eksperymentowanie z wszystkimi kolorami tęczy naraz. Zwłaszcza wtedy, gdy porusza się po omacku - to przecież niemożliwe, by warszawianie zgłębili zasoby aż tylu zagranicznych rynków. A zachowują się, jakby oblecieli cały glob.



Ich piątkowi przeciwnicy z Poznania na inne kontynenty porywają się rzadziej. Eksplorują głównie najbliższe sąsiedztwo, czyli byłe kraje demoludów. W ataku właśnie zainstalowali Łotysza Rudnevsa, który czasu na aklimatyzację nie potrzebował wcale. Wspiera go sprowadzony w zeszłym roku Białorusin Kriwiec, obu obsługuje podaniami Bośniak Stilić, bliżej swojej bramki biegają Serbowie Injac z Djurdjeviciem, między słupkami stoi inny Bośniak Burić. Wszyscy język polski chwytają w mig, nie wpadli w radykalnie odmienne od dotychczasowych obyczaje i kuchnię, wywodzą się z bliskich nam futbolowych kultur. A jeśli spotykają w szatni Kolumbijczyka, to jest nim akurat Arboleda, delikwent spolszczony, być może przyszły posiadacz naszego paszportu.

Lech popełnia transferowe błędy, bo popełnia je każdy klub świata - strzałów celnych pada w tej konkurencji wielokrotnie mniej niż chybionych, do Poznania zajechał np. swego czasu bałkański duet partaczy, niesławni Golik (Chorwacja) z Handziciem (Bośnia). Zarazem jednak przybywa dowodów, że mistrzowie Polski okoliczne rynki zlustrowali nieźle. Mylą się stosunkowo rzadko, potrafią zrezygnować z kontaktów małowydajnych (porzucili kierunek peruwiański). Z ich posunięć wyłania się logika, która co prawda nie gwarantuje nieustających zwycięstw - na wyniki wpływa mnóstwo czynników - ale daje odporność na wstrząsy i poczucie stabilizacji, czyli dobro w polskiej piłce klubowej wybitnie deficytowe. Czy konkurencja też przyjmie wreszcie za własne motto: Odkrywajmy wszystkie kontynenty, ale nie wszystkie w jedne wakacje?

Więcej o: