Arcydzieło prawie gratis

Słuchając opowieści kryjących się za fenomenalną grą Arsenalu, łatwo dojść do wniosku, że przy romantycznych mitach futbolu nawet Romeo z Julią przypominają parę cyników planujących na zimno efekciarskie samobójstwo, by zrobić nieśmiertelną karierę w kulturze masowej. Piłkarze z Londynu są bohaterami chyba najpopularniejszej wersji boiskowego wyciskacza wzruszeń. Opowiadającej o chłopcach znikąd, którzy biją gwiazdy lub - jeszcze lepiej - megagwiazdy. O młodziutkich wirtuozach, którzy nie kosztowali swego prezesa złamanego grosza, a wygrywają ze zdemoralizowanymi idolami kupionymi za całą kupę szmalu.
Zajrzyj na blog Rafała Steca

Młokosy z Arsenalu zachwycają w lidze angielskiej i zachwycają w Lidze Mistrzów. Grają stylowo, zwyciężają, nie prąc do triumfu żmudą szarpaniną, lecz sprawiając frajdę każdą sekundą biegania po murawie. Sobie i kibicom.

A jednak są miejsca na ziemi, gdzie romantyczność angielskiego klubu się kwestionuje. Ba, jego bossowie mają tam opinię zwykłych złodziei, którzy podprowadzają rywalom młodocianych geniuszy piłki - już wyuczonych na mistrzów, wymagających co najwyżej ostatecznego wypolerowania pięknie rozwiniętego talentu. Spytajcie w Barcelonie, która edukuje wychowanków w szkółce La Masia. Stamtąd na stadion Camp Nou przenieśli się Leo Messi, Carles Puyol, Xavi, Andres Iniesta. Następny miał być Cesc Fabregas, ale nim skończył 16 lat, do emigracji jął go nakłaniać Arsenal. Skutecznie. Katalończycy do dziś się wściekają. Stracili fenomenalnego piłkarza, nie zarobili nic poza regulaminowym ochłapem za wyszkolenie.



Losy Fabregasa, najwybitniejszego obecnie rozgrywającego wśród dwudziestolatków, są wyjątkowo spektakularne, ale nie tylko one każą się zastanowić, czy londyńczycy istotnie z wizjonerskim wyczuciem wyszukują arcyzdolnych "chłopców znikąd", czy raczej kaperują hurtowo nastolatków już ometkowanych znakiem najwyższej jakości.

Pośród najgorętszych nazwisk Arsenalu niełatwo wyłowić te, których właściciele przyjeżdżali do klubu jako chłopcy kompletnie anonimowi. Fabregas, zanim zmienił barwy, zachwycał w juniorskiej reprezentacji Hiszpanii i zaraz po przeprowadzce został królem strzelców mundialu do lat 17. Theo Walcotta, który właśnie strzelił dwa gole w Lidze Mistrzów, BBC przed transferem zdążyła mianować Młodą Sportową Osobowością Roku, a kontraktem nęciły go wszystkie europejskie potęgi, od Realu i Barcelony, przez Milan i Juventus, po Chelsea i Manchester Utd. Nicklas Bendtner (też bramka w Champions League) bił juniorskie rekordy w Danii, rywalizując zawsze - także w rozgrywkach międzynarodowych - ze starszymi rocznikami. Denilson z brazylijskim Sao Paulo zdobył Copa Libertadores, czyli najcenniejsze trofeum w Ameryce Południowej, a potem jeszcze dołożył klubowe mistrzostwo świata. Wreszcie obrońca Kolo Touré pierwsze własne buty założył w wieku 15 lat, lecz uwagę Arsenalu zwrócił na siebie dopiero kilkanaście miesięcy po debiucie w dorosłej kadrze Wybrzeża Kości Słoniowej. A raczej - zwrócili na niego uwagę współpracujący z londyńczykami spece z belgijskiego Beveren, którzy szkolą chłopców z okolic Abidżanu na skalę przemysłową. Drogo sprzedają niewielu, ale i tak się opłaca.

Wystarczy trafić na kupca o preferencjach trenera Arsene'a Wengera. Francuz uchodzi za wroga trwonienia wielkich pieniędzy na wielkie gwiazdy, lecz za najmłodszą siłę roboczą płaci chętnie i obficie. Wspomniany Walcott kosztował blisko 8 mln euro, a jeśli rozegra wskazaną w umowie liczbę meczów dla klubu i kadry narodowej, kwota wzrośnie do 18 mln. Wenger to zatem sknera czy rozrzutnik? Przede wszystkim bystry biznesmen. Jeśli za Walcotta rzeczywiście klub wyłoży kiedyś maksymalną sumę, to tylko jeśli będzie on gwarantował triumfy na boisku. Czyli okazałe zyski.



Nie sposób z całkowitą pewnością odpowiedzieć na pytanie, czyimi opiewane przez cały kontynent cudowne dzieciaki Arsenalu są wychowankami. Specjaliści od piłkarskiej edukacji, mówiąc o okresie kluczowym dla szkolenia juniora, stale obniżają granicę i nakazują obejmować zorganizowanym, przemyślanym w każdym detalu treningiem coraz młodszych. 16-latek powinien już - w sensie technicznym - umieć zrobić na boisku wszystko.

Byłby więc np. Fabregas bez żadnych wątpliwości produktem made in Barcelona? Jego akurat pewnie wypada tak nazywać, bowiem Katalończycy potrafią chłopcu wpoić rzeczywiście wszystko, co można z piłką przy nodze wymyślić i wyczyniać. Równie ważne są jednak dla młodego zdolnego następne lata, a Wenger dzięki zmysłowi pedagogicznemu, odwadze i bezkompromisowości błyskawicznie uczynił go graczem dojrzałym, o bezcennych walorach mentalnych. Innych też prowadził wspaniale, dzięki czemu dech zapiera nam dziś dzieło we współczesnym futbolu unikatowe - wzlatujące młodzieńczym wigorem i entuzjazmem, bezlitośnie skuteczne, estetycznie rozkoszne. "Nigdy mi nawet do głowy nie przyszło, by powiedzieć graczom: Zabijcie grę" - odpowiadał na pytanie, dlaczego jego piłkarze, prowadząc kilkoma golami ze Slavią Praga (skończyło się na rekordowym w LM 7:0), wciąż namiętnie cyzelowali wyrafinowane akcje ofensywne.

Piszę te słowa jeszcze przed niedzielnym hitem Liverpool - Arsenal, nie wiemy też, jak skończy się bieżąca edycja Champions League, w której pojedyncza wpadka może przesądzić o klęsce. Niewykluczone, że "Kanonierzy" słono zapłacą za odosobniony słabszy wieczór - jako najmłodsi w rozgrywkach są nań szczególnie narażeni. Wszystko nieważne, Wenger już zwyciężył. Wykreował zjawisko osobne, niepowtarzalne, fascynujące. Po triumfie w Lidze Mistrzów najstarszej drużyny w dziejach rozgrywek - Milanu - wzruszył ramionami i stwierdził, że Milan się myli. Poszedł w przeciwnym kierunku. I wpłynął na strategię konkurentów. Kto wie, jak długo na debiut w seniorskiej Barcelonie czekaliby młodziutcy Krkić i Dos Santos, gdyby nie przykre doświadczenie z Fabregasem.



We współczesnym futbolu chcącym dryfować w okolice bezdusznego biznesu nonkonformiści są niezbędni, ale i sporo ryzykują. Łatwo im wpaść w getto dla nieszkodliwych dziwaków, których nie zatrudni nikt poważny. Wenger nie wpadł, bo jego posunięcia zdają test chłodnej kalkulacji biznesowej. Kupuje zawodników nieopierzonych, lecz ryzykuje tylko trochę - pewną markę już wypracowali, rynek ich w pewnym stopniu sprawdził. Kupuje ich Wenger cały tłum, by nieuniknione wpadki nie obaliły całej koncepcji. Niemieszczących się w kadrze rozsyła na wypożyczenia, by nabrali doświadczenia, zyskali na wartości. W napadzie Osasuny Pampeluna biega np. zakontraktowany w Arsenalu Carlos Vela - ledwie od marca pełnoletni Meksykanin, którego pozyskano rzecz jasna dopiero wtedy, gdy potwierdził możliwości, sięgając po tytuł króla strzelców mundialu do lat 17.

Vela kosztował ponad 3 mln euro. Sporo jak na żółtodzioba z drugiego końca świata, o niezbadanych zdolnościach adaptacyjnych. Każdy prezes na świecie by się skrzywił. Każdy prócz Petera Hilla-Wooda. On przypomina tylko, że "odkąd Arsene dla niego pracuje, czyli od 1996 roku [Arsenal nawet na Wyspach był wówczas przeciętnym klubem], wydaje średnio 8 mln netto na sezon".

Wenger - niepoprawny romantyk? Nieee. Raczej najsprawniejszy biznesmen pośród trenerów.

Złoty strzał

4600

procent przebicia Arsene'a Wengera na transakcjach związanych z Nicolasem Anelką. Kupił go za 0,5 mln funtów, sprzedał Realowi za 23 mln. Humorzasty Francuz po tym transferze nigdy już nie uzyskał wielkiej formy.

Zobacz także
  • E=mc2 czyli futbol przyszłości
  • Kibol i fajne dziewczyny
  • Rafał Stec: Europa robi się malutka
Terminarz