Kibol i fajne dziewczyny

Paranoja na stadionach trwa, przybierając coraz bardziej surrealistyczne formy.
Zajrzyj na blog Rafała Steca

Bywalcy tzw. żylety, czyli najsławniejszej trybuny Legii Warszawa, kontynuują swój - jak go nazywają - protest, ale nie wystarcza im już "tylko" nie wspierać piłkarzy dopingiem. Znudzeni biegają po całym sektorze, wyśpiewują nonsensy o właścicielu klubu, który uratował go przed bankructwem etc. Zapaskudzają widowisko, potwierdzając nie tylko moje przypuszczenia, że sportem się kompletnie nie interesują.

Ilekroć oglądam ich - osobników podających się za najwierniejszych fanów - żenujące popisy, nurtuje mnie pytanie, ilu spośród protestujących przeszkadza swojej drużynie z głębokiego przekonania, że czynią słusznie, a ilu ulega nielicznym prowodyrom - pragnącym utrzymać władzę przywódcom stada. Ulegających presji musi być sporo, oczywiście jeśli założyć, iż pierwotnym impulsem prowadzącym na stadion jest jednak fascynacja piłką nożną. Oni dają sobie namieszać w głowach albo są zastraszani i szantażowani. Tak się dzieje wszędzie, gdzie toczy się walka o kibicowski rząd dusz. Niedawno bliźniaczy do warszawskiego bunt zaordynowali kibolscy bossowie z mediolańskiego San Siro, na których zlecenie zamilkła słynna Curva Sud - sektor z łuku południowego, tradycyjnie zaludniany przez najwierniejszych sympatyków AC Milan.

Dowiedziawszy się o tym, zbaraniałem - jak można nie fetować Kaki?! - i tkwiłem w zbaranieniu dopóty, dopóki do włoskich gazet nie napłynęły listy od zniesmaczonych i zdesperowanych kibiców. Okazało się, że ci, którzy mimo akcji protestacyjnej spontanicznie intonowali dopingowe przyśpiewki, byli przymuszani do milczenia przez stadionowych bandytów. Bandytów w sensie dosłownym, bo często mających kryminalną przeszłość. To oni toczyli swoją prywatną wojnę, normalni kibice chcieli się bawić.

Mediolańscy kibole żądali wpływów z biletów oraz rozmaitych przywilejów dających im wpływ na politykę klubu. Ich pozycja osłabła, kiedy Milan zaczął stosować się do zaleceń tzw. dekretu Amato - prawa mającego oczyścić stadiony z agresji i przemocy, które od lat prowokują wokół stadionów krwawe incydenty, ale całą Italią wstrząsnęła dopiero śmierć policjanta Filippo Racitiego zabitego podczas derbów Sycylii. Włosi zabierali się do leczenia kibolskiej gangreny opieszale, ale kiedy się wreszcie zabrali, wybuchła prawdziwa wojna. Prezes Milanu Adriano Galliani usłyszał tyle pogróżek, że dostał całodobową ochronę.

Działaczom Legii bandyci też grożą, a łączących realia włoskie i polskie analogii jest znacznie więcej. "Żyleta" chce wymusić cofnięcie zakazu stadionowego nałożonego na jednego z kibicowskich wodzirejów, fani z Mediolanu bronili siedmiu kumpli aresztowanych za inspirowanie burd. Na tym samym San Siro piłkarze Interu zagrali w sobotę przy pustej Curva Nord (fanatycy nerazzurrich siedzą na łuku przeciwległym do trybuny Milanu), bo tamtejsze władze po raz pierwszy w historii zamknęły pojedynczy sektor, karząc mediolańczyków za obraźliwe transparenty pod adresem mieszkańców Neapolu. Interiści zwymyślali gości z Napoli od gruźlików i nazywali ich miasto "rynsztokiem Italii", co notabene - choć nie jest najbardziej wytwornym sposobem wyrażania dezaprobaty - brzmi raczej niewinnie przy hasłach i symbolach typowych dla naszej ligi, czasem o proweniencji kryminalnej, czasem faszyzujących. W obu krajach część kibiców nie wyobraża sobie też meczów bez odpalania rac, choć w obu krajach wnoszenia na stadion pirotechniki zakazuje prawo.

Całość jest w istocie sporem o władzę. O to, kto wyznaczy styl kibicowania, kto wygra rywalizację między wulgarną, przepojoną nienawiścią ideologią traktowania meczów piłkarskich jak wojny plemienne a koncepcją przeobrażania stadionów w schludne kompleksy rozrywkowe. Pierwszy wariant zdominował i zrujnował reputację włoskiego calcio. Drugi najdoskonalej spełnia się w Anglii, która produkuje najbardziej spektakularne i najbardziej dochodowe rozgrywki ligowe świata.

My też musimy wybrać. Chcemy barbarzyństwa południowców, którym race najczęściej służą do dobrej zabawy, ale niekiedy spadają także na głowy piłkarzy? Czy wolimy cywilizowaną kibicowską kulturę wyspiarzy, którzy świetnie się bawią mimo braku petard i flag, z jakże dobrze nam znanym, uroczym hasłem: "Pozdrowienia do więzienia"? Lub innymi jego wariacjami - jak np. widziany w miniony weekend na obiekcie chorzowskiego Ruchu apel: "Stop policyjnym konfidentom z GKS"?

Mecz Ruchu z Bełchatowem nie powinien się w ogóle rozpocząć, dopóki ten transparent wisiał na trybunach. Dla klimatów więzienno-kryminalnych na stadionach nie może być miejsca, podobnie jak nie może być go dla chuligaństwa, wandalizmu i agresji - nawet wulgaryzmy, pewnie nieuniknione, trzeba zepchnąć na margines.

Jakiś czas mój redakcyjny kolega Radek Leniarski prowadził krucjatę przeciw przesadnie wysokim cenom biletów na mecz Polska - Kazachstan. Wściekł się, kiedy za wejściówki dla niego i dwóch córek na trybunę krytą stadionu Legii PZPN zażądał tysiąca złotych. Wściekł się, bo nie przyszło mu nawet do głowy, że może kupić bilety na tańsze sektory. Jemu i wielu innym kibicom, którzy futbol oglądają tylko w telewizji, stadion kojarzy się z obyczajami zbyt rynsztokowymi, by zaprowadzić nań własne dzieci i posadzić w pierwszym lepszym miejscu. Oni nie chodzą na mecze nie dlatego, że się chuliganów boją. Dla nich niepójście to kwestia smaku.

Kiedy Radek wojował z PZPN-em, ja zwiedzałem ligę hiszpańską. Na Santiago Bernabeu i Camp Nou czułem się jak w multipleksie, na Mestalla w Walencji - prawie jak w multipleksie, ale największy szok przeżyłem na meczu Atletico Madryt - Osasuna Pampeluna. W polu mojego widzenia było więcej kibicek niż kibiców.

Tego potrzeba naszej lidze. Pozbycia się kiboli, do których trzeba dopłacać (bo np. kluby są wyrzucane z europejskich pucharów), a zdobycia prawdziwych fanów, którzy wstydziliby się przeszkadzać własnej drużynie. Rewolucji, po której na stadion będzie warto się wybrać - w razie niesatysfakcjonującego wyniku lub poziomu gry - choćby po to, by poderwać fajną laskę.

Zobacz także
  • Szalik zobowiązuje
  • Arcydzieło prawie gratis
  • Legia po dwóch porażkach - panika?