Sport.pl

Terlecki: Życie zaczyna się po 50-tce

Rozmawiał Robert Błoński
14.11.2005 , aktualizacja: 13.11.2005 00:00
A A A Drukuj
Stanisław Terlecki

Stanisław Terlecki (Fot. Kuba Atys / AG)

Jako dzieciak uwielbiałem patrzeć przez okno w niebo i marzyć. Zapominałem wtedy o bożym świecie. I wyobrażałem sobie, jak będzie wyglądało moje życie. Rzeczywistość okazała się wspanialsza od marzeń - mówi Stanisław Terlecki, 29-krotny reprezentant Polski, który w niedzielę skończył 50 lat
Robert Błoński: Jak Pan został piłkarzem?

Stanisław Terlecki: Jak wiele ważnych rzeczy w moim życiu, stało się to przypadkiem. Do czwartej klasy podstawówki piłka mnie w ogóle nie interesowała. Na początku pasjonowałem się kolarstwem, uwielbiałem Wyścig Pokoju. Rodziców nie było jednak stać na rower, więc biegałem po Warszawie. Od przystanku do przystanku. Wygrywałem lotne premie i całe kilkukilometrowe etapy. Byłem jak Forest Gump. Jak się rozpędziłem, trudno mi było się zatrzymać. Jak się zmęczyłem, to grałem z kolegami w kapsle. Rysowaliśmy kredą trasy i oczywiście byłem najlepszy. Koledzy pstrykali palcem środkowym, a ja kciukiem. Miałem lepsze wyczucie. Od samego początku uderzałem "z krótkiej nogi" (śmiech). Potem przyszły czasy cymbergaja. Graliśmy monetą - najlepiej do tego nadawała się przedwojenna złotówka - i grzebieniami. Też musiałem być najlepszy, bo inaczej chorowałem. Jak przegrywałem, czułem się najbardziej nieszczęśliwy na świecie.

Kiedyś oglądałem, jak koledzy grają w piłkę na szkolnym boisku. Tłum był niesamowity, kolejka do grania. Zwycięski zespół zostawał na boisku. Ja stałem z boku i patrzyłem. Jednej z drużyn brakowało dwóch zawodników. Zawołali mnie. Nie chciałem się zgodzić, nie kręcił mnie sport zespołowy, w którym nawet jak ja będę najlepszy, to inni mogą wszystko zepsuć. Namawiali mnie długo, aż w końcu uległem. Za lemoniadę, dropsy i podwójne lody zgodziłem się zagrać. Wszedłem i piłka przykleiła mi się do nogi. Nikomu nie podawałem. Ale do zmroku nie przegraliśmy.

Jak się Panu przykleiła, tak nie odkleiła przez całą karierę.

- Odkąd pamiętam, wszyscy krzyczeli: "Terlecki, nie kiwaj się!". Sens tego kiwania zrozumiałem, kiedy pojechałem z kadrą do Ameryki Południowej. Zagraliśmy mecz w Sao Paulo, parę razy zakręciłem kilkoma rywalami i cały stadion krzyczał "Terleki, Terleki"...

Wróćmy do pierwszego meczu. Został Pan piłkarzem za dropsy?

- No tak. Nawet mi się spodobało. Ale nie chciałem nigdzie trenować. Za leniwy byłem. Nie chciało mi się nigdzie dojeżdżać. Byłem bardzo żywym dzieckiem. Gdzie tylko była jakaś awantura, musiałem w niej uczestniczyć. Dzień bez bójki był stracony. Rodzice wymyślili dla mnie i siostry - też niezłego ziółka - sport. Ją zapisali na pływanie do Pałacu Młodzieży. Ja się nie nadawałem, miałem za krótkie nogi. Były próby z szermierką, ale to mnie nie kręciło. Traf chciał, że przy stadionie X-lecia powstała szkółka piłkarska na wzór tej chorzowskiej przy Stadionie Śląskim. Jak ojciec zobaczył plakaty na ulicy, zaprowadził mnie. Na moją dziecięcą wyobraźnię podziałały nazwiska byłych reprezentantów i zawodników Legii.

Dostał się Pan bez problemów?

- Z ponad tysiąca dzieciaków miało zostać 50! Były trzy stopnie selekcji. Po każdym wracaliśmy do domu i kilka dni czekaliśmy na telegram z powiadomieniem, kiedy następny etap. Jak ktoś nie dostał wiadomości, znaczyło, że się nie dostał. Pierwszy etap selekcji to były ćwiczenia ze sprawności fizycznej. Drugi to typowo techniczny sprawdzian: slalom z piłką, żonglerka. Pamiętam, że później, w życiu, już nigdy się tak nie denerwowałem jak wtedy, gdy czekałem na telegram. Trzeci etap, kiedy zostało nas około dwustu, to była gra w piłkę na Błoniach stadionu X-lecia, której przypatrywali się trenerzy. Po dwóch godzinach podziękowano nam, ale ja już wiedziałem, że będzie dobrze. Zakwalifikowałem się. Można powiedzieć, że w wieku 11 lat osiągnąłem największy sportowy sukces w życiu.

Kiedy Pan już wiedział, że zostanie piłkarzem?

- Po dwóch czy trzech latach trenowania w młodzieżowym ośrodku piłkarskim, bo tak oficjalnie nazywała się ta szkółka, zrobiono nam testy psychologiczne na AWF-ie. Na pytanie o marzenia odpowiedziałem: "Zagrać w pierwszej lidze". Inni pisali o mistrzostwach świata, reprezentacji, byciu królem strzelców itd. Ale moje ambicje nie sięgały tak wysoko. Byłem realistą, a w głowie miałem słowa Edmunda Zientary ze spotkania z nami. Powiedział, że "z setki uzdolnionych chłopców tylko dwóch-trzech zagra w I lidze". W wieku 15 czy 16 lat zadebiutowałem w IV lidze. Zagraliśmy na Racławickiej z rezerwami Gwardii. Wypadłem rewelacyjnie. Półtora roku później grałem już w ekstraklasie.

Z nauką nie miał Pan problemów?

- Żadnych. Mówili o mnie "leń". I że "gdybym się tylko przyłożył do nauki, to prymusem nie byłby niejaki Jankowski, tylko Terlecki". A mnie wystarczały czwórki. Rodzice byli chemikami, nauczycielami uniwersyteckimi. Wujek nazywał się Frycz-Modrzewski i był dziekanem wydziału filozoficzno-historycznego w Toruniu. To on zapalił mnie do historii. Łatwo mi było godzić sport i naukę.

Jak trafił Pan do pierwszej ligi?

- Na mistrzostwach Polski juniorów starszych w Krakowie zostałem wybrany na najlepszego zawodnika. Zajęliśmy drugie miejsce, przegrywając z Wrocławiem w karnych. To był czerwiec 1973 r. W pierwszy meczu zagraliśmy z Olsztynem, którego gwiazdą i w ogóle całej spartakiady miał być Janusz Kupcewicz. Strzeliłem dwa gole, a mogłem jeszcze trzy... Zaczęły się o mnie pytać różne kluby, a ja wszystkich odsyłałem do ojca, największego dla mnie autorytetu. Mieszkaliśmy wtedy w Piastowie.

Najszybsza była Gwardia Warszawa...

- Zdecydowało m.in. to, że trenerem był Ryszard Koncewicz. Lwowiak jak mój ojciec. Wszedłem do szatni seniorów, a Gwardia to był wtedy trzeci klub w Polsce, grał w pucharach, i powiedziałem "cześć". Nikomu nie podałem ręki. Starzy uznali, że jestem bufonem. Zadebiutowałem w drugiej kolejce, we Wrocławiu. Pierwszy raz w życiu leciałem wtedy samolotem, koledzy chcieli, żebym otworzył okno, bo duszno. Ale nie dałem się wypuścić. Po meczu poproszono mnie o autograf. Speszyłem się, bo nie miałem wyrobionego podpisu.

Jak trafił Pan do kadry?

- Rozważano, bym pojechał na mundial do Niemiec w 1974 r., po naukę i doświadczenie. Ale ostatecznie pojechał tercet z Krakowa, czyli Kusto, Kmiecik i Kapka. Ja zagrałem w eliminacjach ME juniorów. W tamtej drużynie grali m.in. Kostrzewa, Dziuba, Wójtowicz, Kupcewicz, Boniek, Miłoszewicz. A ja w ataku ze Zbyszkiem Koźniewskim z Odry Opole. Co to był za talent... Ale po jakimś meczu ligowym poszedł ze "starymi" na piwo, wypił za dużo, a w telewizji był akurat "Dziennik". W knajpie był włączony telewizor. Widząc przemawiającego Gierka, Zbyszek powiedział: "Co ten złamany k... gada, co ten osioł p...". W lokalu byli tajniacy, Zbyszek zniknął z dnia na dzień. Szybko skończył karierę.