Sport.pl

Tomasz Sikora: Soczi? Nie mówię nie

- Nowy trener jest dla nas partnerem, a nie nadzorcą. Kiedy pada deszcz, nie chowa się na balkonie, ale pierwszy czeka, by wybiec razem z nami na trasę. To jak zastrzyk energii - mówi 36-letni biatlonista Tomasz Sikora
Jakub Ciastoń: Po 17 latach startów w Pucharach Świata po raz pierwszy ma pan trenera z Zachodu. Po kilku Polakach, Rosjaninie Wierietelnym i Ukraińcu Bondaruku latem związek zatrudnił 48-letniego Norwega Jona Arne Enevoldsena.

Tomasz Sikora, były mistrz świata i wicemistrz olimpijski: Jego metody to dla nas rewolucja. Zupełnie inna metodyka. Treningi są rozpisane na godziny, a nie na kilometry. Ćwiczymy przez to dłużej i więcej, ale w bardziej zróżnicowany sposób. Pracujemy dużo nad techniką. Szkoda, że trener przyszedł w sierpniu, a nie już w czerwcu.

Pracujecie nad techniką? 36-letni zawodnik może się jeszcze czegoś nauczyć?

- Przez lata różni trenerzy nie byli w stanie nauczyć mnie poprawnie biegać klasykiem. Z Jonem wystarczyły dwa treningi i załapałem. Miałem złą pracę bioder, musiałem się bardziej wyprostować i pamiętać, że mam się odbijać właśnie z biodra. Jon rozmawia z każdym indywidualnie po każdym treningu o sprawach technicznych, mówi, co podpatrzył, co jego zdaniem można poprawić.

Jeździcie też w zupełnie inne miejsca.

- Byliśmy w Ramsau, ale pierwszy raz nie na lodowcu, ale niżej. Po raz pierwszy mieliśmy też zgrupowanie we włoskim Bormio. Przepiękne miejsce. Teraz zamiast do fińskiego Muonio jedziemy do Lillehammer. Po 15 latach człowiek cieszy się z każdej odmiany. W połączeniu z nowym trenerem o znużeniu nie ma mowy.

Miał pan wpływ na wybór trenera?

- Po tylu latach znam środowisko, uczestniczyłem w konsultacjach, prezes pytał mnie o zdanie. Powtarzałem, że nie chcę szkoleniowca z nazwiskiem, który w przeszłości prowadził wielką ekipę narodową. Bo taki trener stałby tylko na strzelnicy, planował i wydawał polecenia. Szczególnie z myślą o młodszych zawodnikach szukaliśmy raczej kogoś, kto będzie dla nich wsparciem, kto pomoże im na trasie i na strzelnicy. To ważne, bo w Niemczech, Norwegii czy Rosji do kadry przychodzą ludzie w pełni ukształtowani przez trenerów w klubach. U nas jest inaczej, bo szkolenie kuleje i zawodnik wchodzący do reprezentacji wciąż musi pracować nad wieloma elementami.

Jaka jest różnica w traktowaniu zawodników między Enevoldsenem a poprzednimi szkoleniowcami?

- Jon traktuje nas partnersko, można do niego mówić po imieniu, choć wszyscy wolą jednak "trenerze". Dla każdego zawsze ma czas, nikogo nie pomija. Najważniejsze, że uczestniczy czynnie w treningach. Kiedy pada deszcz, nie chowa się na balkonie, ale pierwszy czeka, by wybiec na trasę razem z nami. To działa jak zastrzyk pozytywnej energii. Wstyd byłoby pomyśleć, że można nie wyjść na taki trening. Szczególnie dla młodych zawodników jego postawa jest bardzo budująca. Mają ogromną chęć do pracy. Jon biegał z nami na nartorolkach, wytrzymywał nawet trzygodzinne sesje, a także pięciogodzinne na rowerze. W technice klasycznej na nartach mógłby nawet z nami rywalizować.

Ale to jednak trener bez wielkiego doświadczenia w pracy z reprezentacjami. Nie obawia się pan, że przyjdzie moment, gdy okaże się, że oferuje za mało?

- Absolutnie nie. Jon jest świetnie poukładany, wszystko potrafi wytłumaczyć. Mam do niego ogromne zaufanie.

W Norwegii pracował dawno, potem trenował Anglików, Kanadyjczyków, Amerykanów, i to w klubach, a nie w kadrach. To nie jest światowa czołówka.

- Ale jest postacią znaną i szanowaną w środowisku. Mieliśmy np. informacje, że otrzymywał poważne oferty od czołowych ekip w biegach narciarskich. Odrzucał je, bo kieruje karierą świadomie i uważał, że jeszcze nie nadszedł czas. Praca w Polsce ma być dla niego pierwszą odskocznią do wielkiego świata. Zależy mu na sukcesie.

Jak się dogadujecie? Bondaruk mówił po rosyjsku i polsku, z Enevoldsenem trzeba rozmawiać po angielsku.

- Młodsi zawodnicy radzą sobie doskonale. Ze starszymi był problem, szczególnie z tym, co my chcieliśmy przekazać trenerowi, bo ze zrozumieniem było jako tako. Szlifujemy angielski, przez trzy miesiące każdy zrobił duże postępy. Jak sezon ruszy, nie powinno już być problemów z komunikacją. Na razie w roli tłumaczy występują młodsi.

Po igrzyskach w Vancouver był pan bliski kończenia kariery, czy zmienił pan zdanie, bo zmienił się trener?

- Nie wyobrażałem sobie, że prezesem nie będzie dalej Zbigniew Waśkiewicz. Nie ma lepszego. Przy nim po 20 latach w biatlonie czuję po raz pierwszy, że zawodnicy są najważniejsi. Niczego nam nie brakuje. Do tego doszedł nowy trener, ale tak naprawdę chcę dalej startować, bo poprzedni sezon był bardzo nieudany. Chcę pokazać, że stać mnie na lepsze wyniki.

W grudniu kończy pan 37 lat. W sporcie wytrzymałościowym to ciągle nie jest dużo. Bjoerndalen, też 37-latek, już zadeklarował, że ma zamiar jechać na igrzyska do Soczi w 2014 r. Pan też da radę?

- Na razie chcę startować sezon, dwa. Jeśli wyniki będą dobre, kto wie, może pojadę do Soczi.

Co to znaczy "dobre wyniki"?

- Słabe były w poprzednim sezonie, kiedy zająłem 18. miejsce w klasyfikacji PŚ. Dobre to czołówka PŚ. Teoretycznie najważniejszą imprezą będą marcowe MŚ w Chanty-Mansyjsku, ale nie chcę się koncentrować tylko na nich. Mój główny cel w tym sezonie to trzymać się w dziesiątce PŚ. Chciałbym startować stabilnie.

Jak zdrowie? Podobno znów pan chorował?

- Gdy tylko wyjechaliśmy pierwszy raz na lodowiec, przeziębiłem się. Bałem się, że będzie źle, bo rok temu choroba zepsuła właściwie cały sezon. Straconych tygodni już nie nadrobiłem. Wtedy jednak nie brałem antybiotyku, a teraz zdecydowaliśmy się na szybką reakcję. Wziąłem antybiotyk, organizm się osłabił, ale na krótko. Zobaczymy, która metoda lepsza.

Jak jest ze strzelaniem?

- Lepiej. Dużo nad nim pracowałem. Zmieniłem podejście, zacząłem strzelać ciut wolniej, ale mniej nerwowo. Na mistrzostwach Polski i letnich MŚ wypadło to świetnie. Mam nadzieję, że zimą też tak będzie.

Zmiany w sprzęcie?

- Niedługo czeka mnie wymiana lufy w karabinie. Zmieniły się nam też stroje startowe. Nowy dostawca, firma 4F, potraktował nas bardzo profesjonalnie. Najpierw uszyli kilka sztuk, przymierzyliśmy je, zgłosiliśmy uwagi i dopiero potem przekazali to do fabryki i uruchomili produkcję. Oczywiście dla każdego osobno.

W związku zatrudniono psychologa Macieja Andryszczaka. Będzie pan korzystał z jego pomocy?

- Nigdy nie mów nigdy. Na razie nie planuję, ale zobaczymy, czy w trakcie sezonu się to nie zmieni.

Zmienił się też szef sztabu serwismenów. Nie ma już Rosjanina Jewgienija Durkina.

- Zrezygnowaliśmy z "Żeni", ale zespół nie powinien stracić, bo zastąpi go Wiesiek Ziemianin, który uczył się od niego przez trzy lata. Wie wszystko, co serwismen wiedzieć powinien.

PŚ zaczyna się 1 grudnia w szwedzkim Oestersund. Jak spędzicie ostatnie tygodnie?

- Będziemy na zgrupowaniu w Lillehammer. 12-14 listopada mamy zaplanowane biegowe zawody kontrolne. To będzie nie lada wyzwanie, bo zmierzymy się z najlepszymi norweskimi biegaczami w ich wewnętrznych eliminacjach do kadry na PŚ.

Za 55 tys. zł wylicytowano na aukcji charytatywnej pana srebrny medal z Turynu. Zbierał pan pieniądze dla młodego biatlonisty Tomasza Dudka, który postrzelił się na treningu i wymaga kosztownej rehabilitacji.

- Pomysł aukcji zrodził się momentalnie. To był impuls. Ten medal to tylko symbol. Mam nadzieję, że Tomek wróci do zdrowia. To zapalony młody sportowiec i mam nadzieję, że będzie jeszcze kiedyś mógł wrócić do swojej pasji.

Mówi Jon Arne Enevoldsen*, trener kadry Polski

Korzystam ze szkoły norweskiej, ale też amerykańskiej, kanadyjskiej. Z każdego miejsca, gdzie byłem, staram się czerpać to, co najlepsze. Trening norweski jest intensywniejszy, ale bardziej zróżnicowany. U mnie zawodnicy ćwiczą więcej, pokonują więcej kilometrów, ale nie ograniczają się jedynie do biegania krokiem łyżwowym. Jest też dużo stylu klasycznego i jazdy na rowerze. Zasada jest taka, że dopóki dajesz odpocząć odpowiednim partiom mięśni, możesz robić w tym czasie inne rzeczy. W różnorodności chodzi też o to, by treningi się nie nudziły. To ważne z psychologicznego punktu widzenia.

Staram się biegać z zawodnikami, bo, po pierwsze, nic nie robiąc, zamarzłbym. Po drugie, z bliska widać lepiej. Jeśli trener stoi na mecie, widzi zawodnika przez 5 s, kiedy ten - raz na 15 km - mija go, kończąc rundę. Jeśli biegnę razem z Tomkiem, mogę obserwować go przez dwie godziny. Podpowiadam, zgłaszam uwagi albo jestem w stanie zauważyć, że ma już dość i powinien odpocząć. Zawodnicy bardziej ci ufają, jeśli pracujesz ciężko razem z nimi, pokazujesz ludzkie oblicze, że też się męczysz i mokniesz na deszczu.

Tomek był bardzo nieśmiały na początku. Ma swój własny styl. Ale do kilku zmian dał się przekonać, m.in. właśnie do poprawienia stylu klasycznego. Widać było, że nie miał ochoty, ale w końcu spróbował i zobaczył, że na tym zyskuje. To wielki sportowiec, bardzo doświadczony, ale też o wielkim sercu. Jest gwiazdą drużyny, ale też jej ważną częścią, bardzo dużo oddaje zespołowi.

Wiek Tomka? Te 37 lat nie ma znaczenia, ważne jest to, jak szybko biega. W tym wieku wielu sportowców kończy kariery, bo już im się nie chce. Tomkowi się chce. Nie sprawia wrażenia, jakby miał do igrzysk w Soczi przeleżeć na kanapie. Już planuje, co można by robić latem przyszłego roku podczas przygotowań.

Cele, oczekiwania? Mierzymy wysoko, jesteśmy ambitni. Pamiętajmy też o kobietach. To bardzo dobry zespół. Świetnie strzelają, mogą biegać lepiej. Na pewno stać je na podium w sztafecie.



*

48 lat, pochodzi z Narwiku. Latem wygrał konkurs na trenera kadry Polski, choć początkowo nie był faworytem. Od kilku lat mieszka w Kanadzie, gdzie poznał żonę. Ostatnio szkolił narciarzy w akademii w Canmore. Wcześniej przez dziewięć lat w był szkole narciarskiej w Vermont w USA. W latach 1997-98 trenował biatlonową kadrę Wielkiej Brytanii. Na samym początku kariery pracował w Norwegii jako trzeci trener. Uprawia zimowy triatlon (jazda na rowerze, na nartach i bieg). Jest trenerem nowej generacji - bliskie są mu komputery, prowadzi stronę internetową (Enevoldsensports.com), ma profil na Facebooku oraz na Twitterze.

Nowy trener pasuje Sikorze