Bramki z meczu Polska - Ukraina zobacz na Z czuba tv » Wszystko zaczęło się i właściwie skończyło na błędzie najlepszej formacji sobotniego spotkania czyli defensywy. W 41. min Wojtkowiak z Żewłakowem patrzyli się jeden na drugiego, a Ukrainiec Devic był sam przed Arturem Borucem. Strzelił dobrze, celnie i mocno, ale 30-letni bramkarz Fiorentiny popisał się znakomitym refleksem i dłonią wybił piłkę. To była sytuacja, w której nie każdy bramkarz jest lepszy od napastnika. Ale Boruc pokazał, że - kiedy jest w najwyższej formie, a teraz jest - pokonać go strasznie ciężko.
Odbitą przez bramkarza piłkę przejął Bandrowski, kopnął do Błaszczykowskiego, ten dotknął futbolówki tak sprytnie, że przeleciała ona między obrońcami. Jeleń wbiegł w pole karne, minął bramkarza i zatrzymał licznik reprezentacji bez strzelonej bramki na 430 minutach. Od ostatniego gola Polaków - zdobytego w marcowym meczu z Bułgarią - minęło 185 dni. Z radości Błaszczykowski wziął strzelca na plecy. Z uwagi na problemy obu z kręgosłupem było to bardzo niebezpieczne zagranie.
Bramek mogło i powinno być więcej, ale zespół Franciszka Smudy znowu grzeszył nieskutecznością. Jeleń z każdą niewykorzystaną okazją sam na sam pracował na niższą notę. A w ostatnich minutach trwały indywidualne popisy, kto strzeli drugą bramkę i zawodnicy prześcigali się w strzałach, zamiast podawać lepiej ustawionemu koledze. Drużyna Jurija Kałytwyncewa była w drugiej połowie wyłącznie tłem dla rozluźnionych prowadzeniem Polaków. Tak kiepskiego rywala drużyna Smudy nie miała od styczniowej wyprawy do Tajlandii i w tym roku już mieć nie będzie. Chyba, że podczas grudniowej wyprawy do Turcji, dokąd poleci zespół złożony z ligowców.
Nieszczęście Polaków polegało na tym, że za szybko uwierzyli w wygraną. Nim sędzia gwizdnął po raz ostatni - byli przekonani, że Ukraińcy myślą już tylko o czarterowym samolocie, którym już dwie godziny po meczu odlecieli do Kijowa. Nic z tego - ostatnia akcja przyniosła gościom gola. Strzału Selezniowa z paru metrów nie był w stanie obronić ani Boruc, ani żaden inny bramkarz świata.
Mecz zaczął się w atmosferze nie tyle towarzyskiej, co piknikowej. Był nudny i słaby. Pięć tysięcy ludzi na wypełnionym ledwie w połowie stadionie Widzewa - to mimo wszystko - organizacyjna kompromitacja. Ale też efekt braku wyników i słabej gry Polaków w ostatnich spotkaniach. Mimo wszystko ceny biletów - 100, 70 i 40 zł - były za wysokie jak na klasę obu rywali. W Krakowie, na wtorkowy mecz z finalistą mundialu Australią mają kosztować 25, 50 i 90 złotych. Podobno ma być komplet.
W sobotę na pierwszy celny strzał Polaków trzeba było czekać odo 27. minuty. Debiutant Sebastian Boenisch kopnął jednak tak, że Piatow łatwo złapał piłkę. Najmniej zastrzeżeń można było mieć właśnie do formacji obronnej, która - choć grała w tym ustawieniu pierwszy raz - popełniła zdecydowanie mniej błędów niż te z wcześniejszych sparingów. Boruc wrócił do kadry po rocznej przerwie w bardzo dobrym stylu. Bronił pewnie, dał drużynie dużo spokoju.
Obrońcy, choć w ostatniej akcji popełnili błąd kosztujący kadrę wygraną, wreszcie ustawiali się blisko siebie i asekurowali. Trafnym było przesunięcie Wojtkowiaka z prawej na środek obrony. Boenisch to szósty lewy obrońca sprawdzony przez Smudę w jedenastym meczu i być może ostatni. Tak jak Piszczek, jeśli tylko będzie zdrowy, może nie mieć konkurencji z prawej strony.
W ofensywie wciąż największy problem sprawia wykorzystywanie okazji. W sobotę Polska nie wygrała, bo była nieskuteczna, jakby chciała oszczędzić współgospodarzy Euro 2012. Ukraińcy skrupułów nie mieli i odebrali Polakom radość z wygranej w ostatniej akcji meczu.
We wtorek podopieczni Franciszka Smudy zagrają mecz towarzyski z Australią. Zapraszamy do śledzenia relacji Z czuba i na żywo do Sport.pl, od godziny 20:30.