Za rok w sierpniu o jedno miejsce na turnieju na Litwie powalczy 10 zespołów. Oprócz Polski będą to m.in. Włosi, Łotysze, Ukraińcy czy Bułgarzy. Konkurencja będzie ogromna, awans na EuroBasket będzie niesamowicie ciężko sprawą.
Polacy mogą mieć pretensje tylko do siebie, że w tym roku nie wywalczyli bezpośredniego awansu na EuroBasket.
Mieli łatwą grupę, dodatkowo rywale sprawiali im prezenty, których nasi koszykarze nie byli w stanie wykorzystać.
Najpierw przegrali wydawałoby się wygrany mecz w Bułgarii, a następnie nie byli w stanie pokonać najsłabszej w eliminacjach Portugalii. Trener nie potrafił sprawić, by jego koszykarze wygrali choć jeden mecz poza granicami Polski.
Griszczuk pracę z kadrą miał utrudnioną przez kontuzje podstawowych graczy. Jeszcze przed eliminacjami okazało się, że nie zagrają ważni i ograni w Europie Michał Ignerski i Szymon Szewczyk, a na samym początku walki o EuroBasket wypadli mu dwaj zawodnicy z pierwszej piątki (Szubarga i Chyliński).
Griszczuk z konieczności grał wąskim składem, ale miał problemy z rotacją zawodników, nadużywał swoich liderów, a nie wykorzystywał zmienników. W kluczowych momentach przemęczeni Koszarek, Lampe czy Kelati popełniali błędy. Trener nie potrafił pomóc swojej drużynie biorąc w odpowiednim momencie czas. Widać, że nie do końca radzi sobie z reagowaniem na wydarzenia na parkiecie.
Czy Griszczuk jest winny temu, że Polska nie wywalczyła awansu? Trener już po wygranym meczu w Katowicach z Bułgarią zapowiedział, że to on bierze na siebie odpowiedzialność za wynik. Porażka z Belgią i w konsekwencji brak awansu na litewski turniej obciążają jego konto. Czy straci stanowisko? To nie jest takie pewne. Prezes PZKosz Roman Ludwiczuk wielokrotnie podkreślał, że ceni Griszczuka i chciałby, by ten pracował z kadrą tak długo jak Ludwiczuk będzie rządził polską koszykówką. W rozmowie z "Przeglądem Sportowym" prezes dał do zrozumienia, że bez względu na wynik meczu w Antwerpii trener o swoją pracę może być spokojny.