Anita Włodarczyk (niestowarzyszona, karencja, rzut młotem): W sporcie wszystko jest możliwe. Nastawiałam się na medal, wiedziałam, że rywalki są mocne, więc dla mnie brąz to też jest sukces. Uważam, że jest co świętować. Tak się stało jak się stało i należy się z tego cieszyć.
Artur Noga (KS Warszawianka, 110 m ppł): Muszę przeanalizować i przedyskutować z trenerem to, co się wydarzyło. Nie ma jednak co "gdybać", tylko trenować dalej. Początek biegu był straszny. Tego nawet nie da się komentować. Ósmy płotek, w który uderzyłem, był decydujący i zaprzepaścił moje szanse na medal. Możliwe, że poniedziałkowy upadek troszkę mnie zablokował i znowu biegałem jak parę lat temu. Nie chcę jednak szukać sobie usprawiedliwienia.
Kacper Kozłowski (AZS UWM Olsztyn, 400 m):Prądu zabrakło już na 330. metrze. Okazało się, że bieg półfinałowy wiele mnie kosztował. Ósme miejsce cieszy, wynik mniej. Gdyby ktoś przed ME powiedział mi, że znajdę się w finale, to tylko bym się roześmiał i stwierdził, że ten ktoś chyba nie wie o co chodzi w tym sporcie. Nie boję się, że nie wytrzymam biegów sztafetowych. Pałeczka dodaje sił, ale nie ukrywam, że jeden dzień odpoczynku, by mi się przydał.
Mateusz Demczyszak (WKS Śląsk Wrocław, 1500 m): Półfinał zbyt wiele mnie kosztował, bym mógł się znowu tak dobrze zaprezentować. Cieszę się jednak z ósmego miejsca. To było maksimum, co mogłem tutaj dać z siebie.
Marta Jeschke (SKLA Sopot, 200 m): Jestem zadowolona, uzyskałam najlepszy wynik sezonu. Nie chcę się tłumaczyć, ale na pierwszym torze, na którym startowałam, łatwo się nie biega. Jestem jeszcze młodą zawodniczką i mam nadzieję, że za dwa lata znajdę się w finale.
Weronika Wedler (AZS AWF Wrocław, 200 m): Jestem zmęczona, ale zadowolona. Rezultat też mnie satysfakcjonuje. Pod taki wiatr było naprawdę nieźle. Stres na pewno odegrał też jakąś rolę, ale w eliminacjach było chyba gorzej. Gdybym znalazła się w finale, byłaby to dla mnie duża niespodzianka.
Ewelina Ptak (WKS Śląsk Wrocław, 200 m): Niewiele zabrakło do finału. W pierwszym biegu wiatr był ł znacznie słabszy, a starter bardzo długo nas trzymał. Możliwe, że to zaważyło. Z wyniku nie jestem do końca zadowolona, ale cieszę się, że po kłopotach zdrowotnych w zeszłym roku udało się jako tako przygotować do sezonu. Teraz czas na sztafetę.
Dominik Bochenek (SL WKS Zawisza Bydgoszcz, 110 m ppł): To nie było bieganie, a pajacowanie. Po uderzeniu w pierwszy płotek nie mogłem dojść do drugiego i zamiast przebiec, przeskoczyłem go. Szkoda trochę, że nie udało się wejść do finału.
Wioletta Frankiewicz (AZS AWF Kraków, 3000 m z przeszkodami): Nie chcę się usprawiedliwiać, ale organizmu człowiek nie oszuka. Choroba i wysoka gorączka tydzień przed startem jednak odbiera trochę formy. Po eliminacjach byłam podniecona i pełna nadziei, ale weźmy pod uwagę, że był to wolny bieg. Trener mnie uczulił, żebym zbyt szybko nie zaczęła i pobiegłam naprawdę rozważnie. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Były jednak mocniejsze ode mnie zawodniczki. Było nas 12, a medale tylko trzy. Na ostatnich 400 metrach miałam już nogi jak z waty i prosiłam Boga, żeby dobiec przynajmniej na piątej pozycji.
Renata Pliś (Maraton Świnoujście, 1500 m): Myślałam, że dziewczyny pójdą mocniej, było jednak inaczej. W pewnym momencie mi odjechały, ale one mają lepsze ode mnie rekordy życiowe, więc nie powinno to dziwić. Mimo wszystko liczyłam na finał, więc pozostał niedosyt. To zawsze przykro być tą ostatnią osobą, która nie awansowała dalej.
Sylwia Ejdys (WKS Śląsk Wrocław, 1500 m): Miałam w tym sezonie pewne kłopoty z kręgosłupem i od maja praktycznie startowałam z bólem. Niedawno się dopiero z nim uporałam. Bieg był szybki i cieszę się, że udało się wejść do finału. Tam będzie ciężko, bo w tym roku poziom na 1500 m jest bardzo wysoki. Wyższy niż dwa lata temu w igrzyskach olimpijskich i ubiegłorocznych mistrzostwach świata.