RPA 2010. Urugwaj wygrywa w karnych z Ghaną. Te przeklęte karne, ten okrutny futbol

1 : 1
Informacje
Mistrzostwa Świata 2010 - Ćwierćfinały
Piątek 02.07.2010 godzina 20:30
Wyniki szczegółowe
Wynik
Urugwaj
1
Ghana
1
Fernando Muslera obronił dwie jedenastki

Fernando Muslera obronił dwie jedenastki (Fot. DYLAN MARTINEZ REUTERS)

Dramat, jakiego na mundialu jeszcze nie było. Na sekundy przed końcem dogrywki Ghańczycy czuli, że są w półfinale. Historycznym, pierwszym dla Afryki. Po rzutach karnych szlochał cały stadion. W półfinale zagra Urugwaj - korespondencja z meczu Rafała Steca.
Wygraj mundial! 11 tysięcy dla najlepszego menedżera - zagraj! »

Do historii ten dreszczowiec przejdzie na pewno. Tak bezcennego, tak niesamowitego finału dogrywki mistrzostwa świata jeszcze nie widziały.

Urugwaj ocaliła ręka. Piłkarza z pola. W ostatnich sekundach dogrywki Urugwajczycy bronili już pustej bramki całymi ciałami. Napastnik Luis Suarez najpierw zablokował strzał nogą, ułamek sekundy później, już po dobitce, wyciągnął nad głowę obie dłonie.

Zatrzymał piłkę świadomie, to nie był odruch szaleńca, jak ten Zdenka Kuzmanovicia, który dał Ghanie inauguracyjne zwycięstwo nad Serbią. Suarez wolał rzut karny niż nieuchronną porażkę. Na walkę o wyrównanie czasu nie było.

Zanim doszedł do szatni, wpadł w dziką ekstazę.

To dlatego futbol jest najokrutniejszym ze sportów. Asamoah Gyan już dwa razy na tych MŚ uderzał z rzutów karnych. Dopiero trzeciego, najważniejszego, przestrzelił. Huknął, piłka pogłaskała poprzeczkę, wystrzeliła w niebo. Bramkarz Fernando Muslera chciał poprzeczkę całować. Nie doskoczył.

Sędzia zarządził serię rzutów karnych, w których Urugwajczycy od początku byli pewniejsi. Niesamowity incydent dał im kopa, oni chyba już czuli, że to będzie pierwszy w historii mundiali przypadek, by faul przez sędziego zauważony i ukarany uratował drużynie życie.

Cała Afryka czekała...

Wuwuzele ucichły, choć najpierw znów poczuliśmy ich potęgę. Wychłostały uszy wszystkim, którzy powątpiewali w panafrykańską solidarność kibiców. Ghana dźwigała nadzieje całego kontynentu, dlatego sektory Soccer City znów zlały się w jeden. Zmieniły się tylko kolory - z południowoafrykańskich na ghańską mozaikę czerwono-złoto-zieloną. Gospodarze turnieju odżyli, powtarzali, że dopiero ghańskie triumfy uczyniły Afrykę naprawdę obecną na afrykańskim mundialu.

W nagrodę piłkarze Milovana Rajevaca co rusz słyszeli, że wspiera ich miliard mieszkańców kontynentu. Jedynie Chińczycy, gdyby umieli grać w piłkę i przyjechali na MŚ, mogliby liczyć na więcej kibiców.

Zaczęli ludzie Rajevaca cofnięci. Urugwajczycy z miejsca zapanowali nad całym boiskiem, pod swoje karne Ghany w ogóle nie dopuszczając, a pod jej pole karne podchodząc raz za razem. Strzelali Edinson Cavani i Luis Suarez, w środku pola zdobywali dla nich piłkę pomocnicy, którzy postawili na futbol skrajnie wyniszczający. Niemal każdego otrzymującego podanie rywala próbowali zamknąć w kilkuosobowej klatce, by wypuścić pod jednym warunkiem - jeśli futbolówkę odda.

Ich też niosło poczucie, że wchodzą do historii. Od rodaków słyszeli, że stoczą pierwszy epokowy bój od 40 lat - tamte poprzednie odbyły się na meksykańskim mundialu, na którym zajęli czwarte miejsce. Cały Urugwaj oszalał. Po okupionym ogromnym eliminacyjnym mozołem awansie ludzie nie spodziewali się po mundialu wiele. Teraz na dźwięk gwizdka rzucają wszystko, co akurat mają w rękach - wczoraj z powodu ćwierćfinału banki ogłaszały, że będą zamknięte, a taksówkowe korporacje doradzały, by dzwonić gdzie indziej, bo kierowcy odmówili współpracy. Kraj stanął.

Urugwajczycy rwali włosy z głów z powodu zmarnowanych szans, po półgodzinie zaczęli rwać z powodu naporu Ghańczyków. Kiedy tym ostatnim wreszcie udało się uderzyć na bramkę, przed przerwą już spod niej nie odeszli. Rozpalona publika rozżarzała się po każdym udanym kopnięciu, a kiedy Prince Boateng minimalnie chybił po fantastycznym, akrobatycznym woleju znad swojej głowy, fani w polu mojego widzenia zrzucili kurtki i tak samo zgodnie postanowili, że ust od wuwuzeli nie odejmą już ani na moment.

To one zjednoczyły ich najpierw. Kiedy przyjezdni zaczęli domagać się, by zakazać wuwuzeli, Afryka poczuła, że to zamach na jej obyczaje i kulturę. Trąbek bronili nawet piłkarze z krajów, w których nie są popularne.

Teraz przeraźliwy jazgot, który akurat Urugwajczycy krytykowali wyjątkowo zajadle, natchnął Sulleya Muntariego. Natchnął do ruchu szalonego. Kiedy pomocnik Interu Mediolan oddawał strzał, stał dobre 35 metrów od bramki. To nie miało sensu i nie miało prawa się udać. Ale Muntari trafił.

...zbudził się Urugwaj

Gdyby nie zdarzył się cud, trener Rajevac pewnie jak zwykle westchnąłby z rezygnacją. Człowiek, dzięki któremu Soccer City niemal oderwał się od ziemi, to wieczny rebeliant, kłopoty sprawiający od lat. Wbrew zakazowi przemycał do reprezentacyjnego hotelu narzeczoną, odmawiał gry w sparingach, nie płacił nakładanych przez federację grzywien, bił młodszych kolegów, sam ogłaszał, że dla kraju grał nie będzie.

W RPA zdemolował szatnię i nawymyślał trenerowi, gdy ten trzymał go na ławce. Dumny z kontraktu w Interze Mediolan sądził, że będzie największą gwiazdą drużyny, zwłaszcza po kontuzji jej kapitana Michaela Essiena. Było inaczej. Tydzień temu uniknął wydalenia z kadry tylko dlatego, że publicznie przeprosił. A po zwycięstwach Ghany zrozumiał, iż istnieje dla niej życie bez niego. Wczoraj znów by nie zagrał, gdyby nie zdyskwalifikowani za żółte kartki koledzy.

Zrehabilitował się wspaniale, ale ekstazę trybun ugasił już dziesięć minut po przerwie Diego Forlan. Uderzył z rzutu wolnego, do siatki trafił także dzięki fałszywemu ruchowi bramkarza Richarda Kingsona, który przeżywał właśnie swój czarny kwadrans na mundialu - nawet piłkę wolniutko sunącą po ziemi przepuszczał między nogami.

To Forlan rozpoczął potem skuteczną kanonadę z karnych. Najwybitniejszy współczesny piłkarz swojego kraju, który chce doścignąć legendy z głębokiej przeszłości.

Bo jeśli zerknąć do tabel, Urugwaj jest potęgą - poza nim więcej niż raz mistrzostwo świata zdobyły tylko cztery reprezentacje. To jednak potęga uśpiona, ostatnie złoto wzięła tuż po wojnie. Nawet trener Oscar Tabarez go nie pamięta, w trakcie tamtego turnieju miał trzy lata. - My, Urugwajczycy, wiemy, co się wtedy stało, wciąż wielbimy tamtych bohaterów. Ale kiedy rozmawiamy o tej historii, mówimy, że wydarzyła się w niebie, czujemy, iż powtórka jest poza naszym zasięgiem - mówi selekcjoner.

To, co zdarzyło się w piątek, też mógł przeżyć tylko w niebie.



Trwa mundial! Śledź newsy o MŚ 2010 na Facebooku »


Zobacz także
  • Lusi Suarez odbija piłkę ręką MŚ 2010. Ręka Suareza, czyli najbardziej efektywne zagranie mundialu. Bohater czy oszust?
  • Lusi Suarez MŚ 2010. Suarez bohaterem Urugwaju. "To była najlepsza interwencja mundialu!"
  • Robinho i Kaka Wzrokiem za piłkarzem: Robinho (Brazylia) i Arjen Robben (Holandia)

Najnowsze informacje