Sport.pl

MŚ 2010. Afryki krok wstecz

Wszędzie bałagan, nieustające wojny domowe, anarchia w szatni, niemożność wypracowania jakiegokolwiek stałego planu gry, uboga infrastruktura, fałszowanie paszportów, by drogo sprzedać rzekomego juniora. Od dawna wypatrujemy sukcesu Afryki, tymczasem nigdzie indziej futbol nie rozwija się wolniej. Na Czarnym Lądzie trudno wychować klasowego bramkarza bo... dzieci boją się o potencjalne stłuczenia ciała podczas wykonywania interwencji - o niepowodzeniu krajów afrykańskich na mundialu w RPA pisze korespondent Sport.pl i ?Gazety Wyborczej? Rafał Stec.
Kibice, naiwni jak to kibice, sławili przede wszystkim bramkarza. Alain Gouamene przez cały Puchar Narodów Afryki w 1992 r. nie wpuścił piłki między słupki, wybronił cztery rzuty karne, więc piłkarze Wybrzeża Kości Słoniowej wzięli złoto, choć w czterech ostatnich meczach - grupowym, ćwierćfinałowym, półfinałowym i finałowym - zdobyli zaledwie jedną bramkę. Turniej przebiegał w sposób niepowtarzalny, bo czuwały nad nim moce nadprzyrodzone. Wynajęci przez ministerstwo sportu czarownicy całą prawdę ujawnili dopiero, gdy politycy nie chcieli im zapłacić.

Oszukani rzucili urok na reprezentację. Bogu ducha winną reprezentację - piłkarze usługi nie zamawiali, planowali grać uczciwie. Dla reprezentacji Wybrzeża nadszedł mroczny czas, wtrącona do Mordoru czułaby się przyjemniej niż na boiskach, na których chłostali ją wszyscy. Po dekadzie tortur rząd postanowił interweniować. Minister obrony i spraw wewnętrznych Moise Lida Kouassi publicznie błagał o przebaczenie, przyznał, że obietnice nie zostały dotrzymane, zaoferował pokrzywdzonym butelkę drogiego alkoholu oraz 2 tys. dol. w gotówce, zaapelował, by ci w geście wdzięczności wsparli rodaków swoją mądrością. Szamani zareagowali z patriotyczną życzliwością, Wybrzeże wkrótce po raz pierwszy awansowało na mundial, teraz wystąpiło na nim ponownie.

Uciekanie się do nieczystych zagrań wypominamy afrykańskim reprezentacjom już rytualnie, ale bym się do obrzędu nie przyłączał, gdyby politycy od kości słoniowej nie zadawali się z szamanami przed chwilą, bo w 2002 roku. To wcale nie jest zamierzchła przeszłość, jak chcieliby orędownicy rzekomego postępu futbolu na tym kontynencie, lecz wolno odchodząca teraźniejszość - jeszcze na ostatnich MŚ spiskowali z czarną magią mundialowi debiutanci z Togo, teraz sławny w pewnych kręgach John Adatiri obiecywał ćwierćfinał Nigerii.

Co nie byłoby problemem, gdyby czarowników wsparli specjaliści od prac bardziej przyziemnych. Niestety, o znaczących organizacyjnych zmianach w afrykańskim futbolu nie ma mowy, o postępie tym bardziej, teraz skoczył on raczej wstecz. Z 18 meczów grupowych Afrykanie wygrali trzy - Ghanę wsparł absurdalny ruch ręką Kuzmanovicia, WKS w meczu bez znaczenia dobiło znokautowaną wcześniej przez Portugalię Koreę Północną, RPA w meczu bez znaczenia dobiło zdewastowaną psychicznie Francję. Bilans katastrofa, statystycznie porównywalny z dorobkiem Oceanii.

Dlaczego było tak źle? Można powzdychać, że w eliminacjach znów padli Egipcjanie, od lat bezkonkurencyjni na kontynencie, bezdyskusyjnie najbliżsi światowej czołówki. Można załamać ręce nad nieszczęściami, które dotknęły Afrykę - urazami Essiena, Drogby, Obi Mikela i Meghniego, niesprzyjającym klimatem, a także paradoksem losowania - teoretycznie najmocniejsze drużyny wepchnęło pod nogi najmocniejszych przeciwników. Można przypomnieć o ożywających w szatniach podziałach plemiennych, które niszczą jedność grupy. Albo tradycyjnie porozpaczać nad maślanymi dłońmi bramkarzy, przede wszystkim bramkarzy z afrykańskich klubów, których wrogo traktuje każda piłka, niekoniecznie osławiona jabulani.



Nie ufam tylko jednej popularnej teorii objaśniającej notoryczne mundialowe upokorzenia piłkarzy z kontynentu od ćwierćwiecza wynoszonego przez ekspertów na pułapy medalowe. Nie wierzę, że bożyszcza europejskich fanów lądują w reprezentacjach na dwóch lewych nogach, z premedytacją wywijają nimi byle jak, stąpają po murawach od niechcenia, odmawiając w biegu modlitwę o przetrwanie następnej akcji bez złamań i naderwań.

Owszem, krańcowej determinacji najwybitniejszym Afrykanom niekiedy brakuje. Nic dziwnego, każdemu by opadły ręce. Zlatują się z firm, które chcą przetapiać w złoto najdrobniejszą cząstkę ich talentu, chuchają na każdy szczególik, na liście płac starają się trzymać wyłącznie fachowców najwyższej klasy - i wśród dyrektorów, i wśród magazynierów czy praczek. Między rodakami gwiazdorzy przywykli do szczytowego profesjonalizmu toną w niekompetencji, tandecie, permanentnych działaczowskich drakach. Czemu zawdzięczamy wiele anegdot, ale czasem słyszymy o tragediach - jak lutowe ostrzelanie autobusu z kadrą Togo możliwe tylko wskutek pomysłu działaczy, by turniej rozgrywać w prowincji ogarniętej wojną domową, a podróżować nań przez połowę Afryki lądem.

Jeśli konflikty wywołują sami piłkarze - sławy europejskich stadionów - nierzadko mają dobre powody. Jeśli czują się więksi niż reprezentacja, mają rację. Nie musi kierować nimi prymitywna pycha emigranta, który z lepszego świata wraca na swoją zagrodę, zatykając nos - jak znani nam zdobywcy Ameryki, co to po tygodniu mówią po polsku z akcentem, po dwóch wtrącają amerykańskie słówka, a po trzech spoglądają z pogardą na wszystko, co niewystarczająco nowojorskie. Gwiazdor Ligi Mistrzów na reprezentacyjnym obozie musi raczej tłumić w sobie frustrację - jak Samuel Eto'o ma znieść grę w kadrze, jeśli kameruńscy działacze rozpoczynają planowanie przygotowań na dwa miesiące przed MŚ, a na turniej leci ich z piłkarzami dziewięćdziesięciu?

Do korowodu oficjeli, którzy siedzą piłkarzom na głowach jeszcze w trakcie turnieju, przywykli też Nigeryjczycy. Za nimi ciągną nie tylko działacze z matkami, żonami i kochankami, lecz również pół parlamentu, a dzikie awantury wybuchają nawet wokół wyboru samolotu, który da nadzieję, że reprezentacja wyląduje w całości. Trenerzy nad bałaganem zapanować nie umieją. Rodzimi nie mają autorytetu u piłkarzy, zagraniczni nie dostają czasu, by zrozumieć, co się wokół nich dzieje. Teraz za uzdrawianie futbolu zabrał się prezydent kraju Goodluck Jonathan. Zabronił piłkarzom przez dwa lata występować w jakichkolwiek międzynarodowych rozgrywkach, co musiało wpędzić w zakłopotanie nawet FIFA - jak za polityczną ingerencję w futbol ukarać zawieszeniem reprezentację, która sama się zawiesiła?

Ghana na początku dekady przez niespełna cztery lata zatrudniała 11 selekcjonerów, Nigeria wzięła Larsa Lagerbacka w lutym (jako piątego po ostatnim mundialu), Kamerun wynalazł Paula Le Guena na poprzednich wakacjach (również jako piątego po ostatnim mundialu), gospodarze mistrzostw wybłagali o powrót Carlosa Alberto Parreirę w listopadzie. Rekord ustanowiła federacja Wybrzeża Kości Słoniowej, która wynajęła Svena Görana Erikssona w końcu marca. Dziś przed jej siedzibą rozjuszeni fani urządzają demonstracje, nie rozumiejąc, jakim prawem Szwed pobrał ponad dwa miliony euro za trzy mecze rundy grupowej. W kraju, eufemizując, się nie przelewa.

Wszędzie bałagan, nieustające wojny domowe, anarchia w szatni, niemożność wypracowania jakiegokolwiek stałego planu gry, uboga infrastruktura, fałszowanie paszportów, by drogo sprzedać rzekomego juniora. Od dawna wypatrujemy sukcesu Afryki, tymczasem nigdzie indziej futbol nie rozwija się wolniej. Jeśli Ghana wejdzie do półfinału, osiągnie bezprecedensowy sukces i da znakomity przykład - trenera trzyma od dwóch lat, zwyciężą dzięki niesłychanej taktycznej precyzji i odpowiedzialności piłkarzy - ale medalem zakryje zardzewiałą rzeczywistość boisk tego kontynentu. Boisk, które wciąż zbyt często nie są trawiaste. Dziwimy się, że Afryka biedzi się z wychowywaniem klasowych bramkarzy? W Johannesburgu usłyszałem prostą teorię - ich zawsze będzie brakowało tam, gdzie upadek między słupkami grozi dzieciakowi ciężkim stłuczeniem.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Więcej o: