Sport.pl

MŚ 2010. Afrykańska ruletka. Jadą robić kariery, lądują na ulicy

Każdego roku kilka tysięcy afrykańskich dzieci wyjeżdża za granicę w nadziei na powtórzenie kariery Didiera Drogby i Samuela Eto'o. Najczęstszy finał - lądują na ulicy w nieznanym mieście, daleko od domu, oszukani przez nieuczciwego agenta lub klub.
Pół roku przed mundialem w Niemczech Ayi Nii Aryee dostał ofertę, która miała odmienić jego życie. Agent obiecał mu kontrakt ze Sporting Afrique, singapurskim pierwszoligowcem, zatrudniającym wyłącznie piłkarzy z Afryki. 18-letni Ghańczyk miał zarabiać 1 tys. dol. miesięcznie.

Na miejscu okazało się, że dostanie tylko 100 dol. Odrzucił propozycję i poleciał na Filipiny, gdzie mieszkał jego wujek. Liczył, że tam uda mu się znaleźć pracę, ale okazało się, że tubylcy bardziej niż futbol miłują koszykówkę, więc wrócił do Singapuru. Na lotnisku okazało się, że jego pozwolenie na pracę wygasło, więc został zawrócony do Manili. Filipińczycy również nie chcieli go wpuścić, bo skończyły mu się pieniądze, a jego dokumenty straciły ważność. 47 dni spędził na ogólnie dostępnym terminalu. Ghańczykowi pomagała obsługa zrzucająca się na jego kieszonkowe. Zlitował się lokalny klub Union FC i płacił za jego wyżywienie. Piłkarz zaprzyjaźnił się z lotniskowymi strażakami, pomagał im w myciu samochodów. Gdy na lotnisku było mało ludzi, ćwiczył.

Takich historii afrykański futbol jest pełny. Rocznie próbuje podbić Europę ok. 4 tys. piłkarzy z Afryki, pochodzących głównie z biednych rejonów kontynentu.

Okyere Missah wychował się w jednej z najbardziej niebezpiecznych dzielnic ghańskiej stolicy Akry. Jego rodzina zarabiała mniej niż 3 dol. dziennie, więc codziennie musiał wybierać między jedzeniem a biletem autobusowym na stadion. - Jeśli miałem 5 centów, kupowałem pomarańczę, i to wystarczało. Jeśli nie, piłem dużo wody - mówi Missah, który edukację zakończył w wieku 12 lat, by skupić się na futbolu.

Gdy na drodze takiego juniora staje mężczyzna podający się za piłkarskiego agenta, trudno mu odmówić, nawet jeśli nie ma licencji FIFA. Ulec łatwo, gdy agent zobowiązuje się do zapłacenia za wizę i bilety lotnicze oraz obiecuje złote góry w Europie. Interesy z nimi przypominają rosyjską ruletkę. Młodzi piłkarze trafiają na obrzeża Europy na testy i gdy po kilku nieudanych próbach do transferu nie dojdzie, zostają bez pieniędzy, daleko od domu. - Agenci wychodzą na swoje, jeśli ze stu piłkarzy kontrakty podpisze dwóch. O reszcie zapominają - mówi członek senegalskiego związku. - Czy młodzi ludzie przeżyją w całkowicie nieznanym świecie, to już takiego nie obchodzi. Liczy się tylko zarobek - mówi Hadjia Habiba, licencjonowany agent FIFA z Ghany.

Niedoszłe gwiazdy lądują na ulicy. Aby przeżyć, imają się różnych zajęć, pracując na czarno. Według statystyk tylko we Francji mieszka ok. 7 tys. niedoszłych piłkarzy z Afryki. - Oni nie chcą nawet wracać do domu, bo rodzina liczy, że wrócą z workiem pieniędzy i luksusowym samochodem. Twierdzą, że jeśli pokażą się z niczym, rodzice ich zabiją - mówi Jean-Claude Mbvoumin, były piłkarz, dziś pomagający dzieciom zostawionym przez piłkarskich agentów w Paryżu.

Dzięki liberalnemu prawu pierwszym przystankiem po przyjeździe do Europy dla wielu afrykańskich piłkarzy stała się Belgia. Szacuje się, że działa w niej ok. 170 nielicencjonowanych agentów. - Zwykle piłkarz podpisuje dwa kontrakty. Pierwszy, w którym ma zagwarantowana godziwą pensję, trafia do belgijskiej federacji. Ale obowiązuje ten drugi, który zapewnia piłkarzom tylko jedzenie i zakwaterowanie - mówi Jean-Marie Dedecker, belgijski senator, starający się przeciwdziałać futbolowemu niewolnictwu.

Od kiedy 58-letni polityk zajął się handlem żywym towarem z Nigerii, dostaje pogróżki, wielokrotnie grożono mu śmiercią. Według Dedeckera coraz większym problemem są piłkarskie "plantacje" zakładane przez europejskie kluby w Afryce. Małe Lokeren dorobiło się już pięciu satelickich klubów na Czarnym Lądzie.

Ale prawdziwym zagrożeniem są niezliczone szkółki zakładane przez oszustów, kuszące wizją wspaniałej kariery, wypadami na miasto z Cristiano Ronaldo lub niedzielnymi obiadami z Leo Messim. I drenujące kieszenie rodziców i rodzin młodych piłkarzy. W samej Akrze doliczono się 500 takich przybytków. W całej Ghanie działa ich kilka tysięcy, niewiele mniej w sąsiednim Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Kilka lat temu akademia w Abidżanie za 500 euro obiecywała rodzicom organizację testów dla ich dzieci w najlepszych europejskich klubach. Dzieci nigdy na Stary Kontynent nie dotarły, znaleziono je w sąsiednim Mali, wygłodzone i wynędzniałe.

Próby FIFA ukrócenia procederu są niewystarczające. Od kilku lat niepełnoletni piłkarze mogą przechodzić do klubów z innych krajów tylko po spełnieniu kilku warunków. Światowa federacja wymaga m.in., by razem z dziećmi przeprowadzali się rodzice. Oszuści z nowymi regulacjami świetnie sobie jednak radzą. W nigeryjskiej ambasadzie w jedno popołudnie postarzono 15-letniego piłkarza o cztery lata - sprawę opisała belgijska prasa. - Przekupić można każdego. Najgorsze, że dzieci nie rozumieją, że w futbolu one spełniają się rzadko - mówi Mbvoumin.

Upadł pomysł, by na transfery nałożyć podatek, który trafiałby do rodzimej federacji piłkarza na fundusz pomagający ofiarom nieuczciwych klubów i agentów.

- Nigeryjska federacja jest tak samo skorumpowana jak agenci, którzy biorą od klubów 150 tys. dolarów za transfer i nic nie dają piłkarzowi - mówi Dedecker.

Aryee się udało. Po blisko pół roku Union FC zapłacił za jego bilet do Akry. Nieuczciwy klub Sporting Afrique także dzięki niemu został wyrzucony z ligi i przestał istnieć. Okazało, że nastolatek nie był jedynym oszukanym. Po jakimś czasie Ghańczyk ponownie wyruszył na Filipiny. Teraz gra tam w piłkę i studiuje.

Wszytskie informacje o mundialu znajdziesz w specjalnym serwisie Sport.pl »


Więcej o: