Sport.pl

Liga Mistrzów: Barcelona - Real 0:2

Dopingowani przez 100 tysięcy fanów piłkarze Barcelony nacierali bez wytchnienia, dawno nie zagrali już z Realem tak dobrze, ale im bliżej było końca, tym wyraźniejszą przewagę osiągali "Królewscy". I wygrali 2:0
- Chcemy, by Real wygrał, ale chcemy także, by piłkarze pokazali wszystko, co najwspanialsze w hiszpańskiej piłce. Niech udowodnią, że nasza liga jest naprawdę najlepsza na świecie - mówił przed meczem dyrektor sportowy Realu Jorge Valdano. Piłkarze obu zespołów wzięli te słowa na serio. Od początku myśleli tylko o ataku, biegali jak szaleni i już w pierwszym kwadransie mogli strzelić kilka goli. Najpierw bohaterem miał szansę zostać Patrick Kluivert, ale będąc na wprost bramkarzem trafił prosto w niego. Gdyby miał ułamek sekundy więcej czasu na decyzję, pewnie Barca objęłaby prowadzenie, ale Holender musiał uderzać natychmiast, czubkiem buta, bo na piłkę czyhał już Michel Salgado. Chwilę później jeszcze bliższy szczęścia był Luis Enrique, który strzelał głową. Trafił piłką w poprzeczkę. Fani nie zdążyli ochłonąć, kiedy w śmiertelnym niebezpieczeństwie znalazł się wybiegający z bramki Roberto Bonano. Odetchnęli jednak z ulgą. Raul, zamiast lobować bramkarza, strzelił płasko po ziemi i Argentyńczyk zdołał odbić piłkę.

Tempo nie słabło, a katalońscy fani, zdumieni świetną postawą skazywanej na pożarcie Barcy, szaleli, tak jak cała Hiszpania od dwóch tygodni. Media od świtu do nocy trąbiły o pojedynku stulecia, typować jego wynik musiał każdy lokalny polityk, aktor i piosenkarz, analizowano dokonania piłkarzy z dokładnością do każdego kopnięcia piłki. Dawne gwiazdy wspominały pojedynki sprzed 40 lat, kiedy obaj giganci zmierzyli się w pucharach po raz ostatni. Wszyscy pierwszoligowi trenerzy musieli wróżyć, kto wygra, dlaczego, komu będą kibicowali. Wreszcie oficjalne oświadczenia wydawali burmistrzowie obu miast.

Jeśli nawet ktoś w Hiszpanii uznał, że dziennikarze przesadzili, wczorajszego wieczoru musiał zmienić zdanie. Choć i Barcelona, i Real bronił bardzo agresywnie, dzięki urzekającej technice piłkarzy akcje były płynne i bramkarze byli w nieustannym zagrożeniu. Długo rozczarowywał tylko ten, od którego wymagano najwięcej - Zinedine Zidane. Najdroższy piłkarz świata poruszał się anemicznie, tracił mnóstwo piłek, nie wychodziły mu podania. W 55. minucie jednak nikt już o tym nie pamiętał. Francuz dostał wspaniałe podanie od Raula, popędził w stronę Bonano i posłał nad nim piłkę (odbiła się jeszcze od nogi Cocu) do siatki. Kibice i piłkarze Barcy mogli poczuć rozgoryczenie, bo do tego momentu gospodarze atakowali i ładniej, i bardziej niebezpiecznie.

Real nacierał tylko lewym skrzydłem, gdzie szalał Roberto Carlos, uderzający bądź dośrodkowujący tak mocno, jak niecelnie. Na prawej flance wyraźnie brakowało zawieszonego za żółte kartki Luisa Figo, co według Valdano miało Realowi... pomóc. - Nie sądzę, żeby chciał dostać żółtą kartkę w ćwierćfinale, by uniknąć wrogiego przyjęcia w Barcelonie, ale uważam, że dobrze się stało - powiedział przed wczorajszym meczem. - Nawet żałowałem, że sam mu tego nie poradziłem. Dzięki temu na boisku będzie mniej "złej krwi", a pozostali piłkarze zachowają spokój. Na ostatnim meczu, kiedy fani rzucali w niego wszystkim, co mieli pod ręką, nawet Alfredo di Stefano (gwiazda Realu z lat 60. - red) mówił, że w życiu czegoś takiego nie widział.

Nie wiadomo, jak wypadłby Figo, ale w jednym Valdano się nie pomylił. Goście grali bardzo spokojnie, bronili się cierpliwie, nie panikowali nawet w chwilach najbardziej intensywnej kanonady Barcelony. A w końcówce kontratakowali arcygroźnie i gdyby więcej szczęścia mieli świetnie dysponowany Santiago Solari, Raul i Guti, wynik rywalizacji byłby przesądzony na długo przed końcem. Sprawę awansu do finału w Glasgow rozwiązał w doliczonym czasie gry wprowadzony w końcówce Steve McManaman. Anglik dostał piłkę od Raula po kompromitującym błędzie Gabriego i przelobował Bonano.



Katalończycy raczej zatem do finału nie awansują i sezon będzie dla nich stracony. A przecież grozi im jeszcze większa katastrofa: w Primera Division zajmują piąte miejsce, a ono pozwoli im jesienią zagrać tylko w Pucharze UEFA. Świętujący stulecie istnienia klubu Real nie ma już szans na wymarzoną potrójną koronę (przegrał w finale Pucharu Hiszpanii, w Primera Division liderem jest Valencia) ale jest o krok od występu w pojedynku o najcenniejsze trofeum w piłce klubowej.

Barcelona - Real Madryt 0:2 (0:0): Zidane (55.), McManaman (90.). Żółte kartki: Luis Enrique, Kluivert, Overmars - Barcelona; Zidane, Salgado, Cesar - Real. Barcelona: Roberto Bonano - Michael Reiziger (59., Geovanni), Frank de Boer, Abelardo (73., Christanval) - Fabio Rochemback, Philip Cocu, Thiago Motta, Luis Enrique, Marc Overmars - Patrick Kluivert, Javier Saviola. Real Madryt: Cesar - Michel Salgado, Fernando Hierro, Francisco Pavon, Roberto Carlos - Claude Makelele, Ivan Helguera, Zinedine Zidane, Santiago Solari (89., Flavio Conceicao) - Raul, Guti (80., McManaman).