Sport.pl

Tenis w szkocką kratę. Andy Murray zmierza po tytuł.

Andy Murray wreszcie sprawia wrażenie gotowego na zwycięstwo w Wielkim Szlemie. Po Rafaelu Nadalu rozbił Marina Cilicia 3:6, 6:4, 6:4, 6:2 i czeka, co zrobią Jo-Wilfried Tsonga i Roger Federer. U kobiet Justine Henin zagra w finale z Sereną Williams.
Wszystkie wyniki turnieju mężczyzn » i turnieju kobiet » znajdziesz w serwisie Sport.pl o Australian Open »

Ciężko przejść przez biuro prasowe w Rod Laver Arena nie potykając się o brytyjskiego dziennikarza. Jest ich tu 14 z prasy, plus po kilku z telewizji i radia, do tego ośmiu fotoreporterów. Kiedy Andy Murray po każdym meczu musi wypełnić swoje medialne obowiązki, trwa to w nieskończoność. Trudno się potem dziwić, że 22-letni Szkot sprawia wrażenie znudzonego, skoro siedem razy musi mówić to samo - najpierw na korcie do kamer, potem na konferencji, potem ekskluzywnie dla BBC, kolejna telewizja, radio itd., itd. - W drugim secie znalazłem mój rytm uderzeń... - i tak siedem razy. To się nazywa szkocka cierpliwość.

Amerykanie śledzący siostry Williams i Andy'ego Roddicka wysłali z USA sześć osób piszących (plus solidną ekipę ESPN). Dochodzi już do tego, że australijskie gazety szukając tematów, robią wywiady z... brytyjskimi dziennikarzami. Kilka dni temu korespondent "The Sun" Charlie Wyett rozmawiał z "The Age", która zrobiła mu m.in. "test na wiedzę o Andym". Charlie pomylił się w kilku sprawach, z których najpoważniejszą była dokładna data urodzin (o osiem dni!), ale wiedział na przykład, że Andy naprawdę przyszedł na świat w Stirling, a nie w Dunblane, jak twierdzą wszystkie oficjalne źródła ATP. Wyett wspominał m.in., że w 2006 r. przyleciał do Melbourne na dwa dni. Andy odpadł w I rundzie, on napisał tekst i po 24 godzinach siedział w samolocie do Londynu. - Musiałem zdążyć na kolejkę Premier League. Teraz mam rezerwację na poniedziałek. Z Andym zjeździłem już pół świata - uśmiechał się Wyett wspominając stare dzieje.

Dziennikarze mówią, że zabija ich różnica czasu - teksty ukazują się w gazetach po 24-30 godzinach. Dlatego rozpływają się z wdzięczności dla Andy'ego i jego sztabu, że czasem zgadza się także na małe rozmowy uzupełniające wieczorem w hotelu.

Murray zrobił na korcie centralnym pokaz fajerwerków tak efektownych, że wszyscy, nie tylko brytyjscy dziennikarze, uwierzyli, że Szkot może wreszcie wygrać w Wielkim Szlemie. Przegrał z Ciliciem pierwszego seta, ale później wyciągnął z rękawa uderzenia wprost kosmiczne - jak bajeczna wrzutka za siatkę, którą przełamał Chorwata na 3:2 w drugim secie. Po raz pierwszy w tym roku wszyscy dziennikarze w biurze prasowym bili brawo po czyimś zagraniu. Cilić trochę pomógł Murrayowi, bo w końcówce nie wytrzymał fizycznie - spędził na korcie osiem godzin więcej niż Szkot (!), grając wcześniej trzy pięciosetówki, ale tenis w szkocką kratę - szybki, muskularny, drapieżny w ofensywie, solidny w defensywie - zrobił piorunujące wrażenie.

- Andy odrobił lekcję z zeszłego roku. Zamiast grać w Dausze, przyjechał od razu do Australii na Puchar Hopmana, oswoił się z upałem, nie przemęczał się. Z każdym rokiem jest bardziej wytrzymały psychicznie, a opowieści o jego przygotowaniu fizycznym to już legenda - mówi Kevin Mitchell z "Guardiana". Jakby tego było mało, Murray, który stracił z Ciliciem jedynego seta, ma dodatkowy dzień na odpoczynek. I liczy pewnie, że Jo-Wilfried Tsonga i Roger Federer zmęczą się w pięciosetowej bitwie (od 9.30 w Eurosporcie).

W finale kobiet zagrają w sobotę Justine Henin i Serena Williams, które przeskoczyły w czwartek przez Chinki. Belgijka i Amerykanka nigdy dotąd nie grały ze sobą w finale Szlema. - Stawiam na Henin - podpowiada Agnieszka Radwańska, która przed pojedynkiem Murraya z Ciliciem powiedziała tak: - Cztery sety. Murray.

To się nazywa kobieca intuicja.



Więcej o: