Sport.pl

Rok w piłce ręcznej: Siódmiak i jego Wembley

Czy ludzie w Polsce znają się na ręcznej? Nieważne. Polakom potrzebne są dobre emocje, sukces. A my im to dajemy. I nawet jeśli z pięciu milionów przed telewizorem milion ma o tym niewielkie pojęcie, to i tak są szczęśliwi
Przemysław Iwańczyk: Pamięta pan Jana Domarskiego?

Artur Siódmiak: Piłkarz, byłem wtedy mały. Ekipa Kazimierza Górskiego?

Tak. Strzelił w kadrze tylko dwie bramki...

- ...już wiem. Jednego z nich wbił Anglikom na Wembley w 1973 roku i mówi się o nim do dziś. Mój gol też był ważny, dał awans do półfinału mistrzostw świata i zrobiło się o mnie głośno, ale nie chciałbym, by patrzono na mnie tylko przez pryzmat jednego wydarzenia. Uważam, że wcześniej zrobiłem dla kadry, dla Bogdana [Wenty, trenera kadry] tyle, że warto mi zaufać. Może mi pan nie wierzyć, ale dla mnie nie było istotne, że to ja trafiłem. Najważniejsze, że dzięki temu udało się wyjść z wyjątkowo niekorzystnej sytuacji i dojść do brązowego medalu.

Przeżyjmy to jeszcze raz: styczeń 2009, mecz z Norwegią, kto wygrywa, wchodzi do półfinału mistrzostw świata. Jest remis 30:30, rywale mają piłkę, a ich trener bierze czas...

- ...ale to Bogdan poprowadził tę przerwę po mistrzowsku, te jego sławne "15 sekund, mamy jeszcze dużo czasu". Uspokoił nas jak, chłodną głową analizował, że Norwegowie wycofują bramkarza i trzeba to wykorzystać. Kristian Kjelling pod presją niecelnie podał, obróciłem się, chwyciłem piłkę i po prostu rzuciłem do pustej bramki. Nie wiedziałem, czy zdążę trafić przed końcową syreną, czy nie rzucę za wysoko. Na dwie sekundy wstrzymałem oddech, czas uciekał. Patrzę, leci za wysoko, może nie wpadnie. Ale nie, zaczyna spadać, euforia, spojrzenie na zegar, trzy sekundy do końca. Ale jaja, wygraliśmy. I mieliśmy szczęście, bo rzadko w taki sposób awansuje się do półfinału mistrzostw świata. No i trochę nabroiliśmy tym zwycięstwem, bo kumpel mówił mi później, że przez ten mecz wzrosła w Polsce sprzedaż alkoholu (śmiech). Przecież po takim meczu każdy chciał się napić. Bo o SMS-ie od innego kolegi już chyba panu opowiadałem. Brzmiał tak: "Kiedyś Cię uwielbiałem, teraz Cię kocham". Uprzedzam, nie jest gejem, to taka typowo męska przyjaźń.

Rozdawał pan po mistrzostwach setki autografów, zapraszano pana na spotkania?

- Zdarzyło się kilka razy, np. w rodzinnym Wągrowcu. Spotkania z bumistrzem, kampania promująca miasto. Udzieliłem sporo wywiadów. W Polsce jest tylko kilka ośrodków, gdzie ludzie wiedzą, co robimy. Zdarzyło się, że zostałem poproszony o zdjęcie czy autograf, czy jakiś urzędnik mnie rozpoznał: "O, pan Siódmiak"... I oczywiście pomógł załatwić sprawę.

My jesteśmy znani, ale jako ekipa, nie każdy z osobna. Dobrze nam z tym, bo do popularności jakoś nie dążymy, przynajmniej jest spokój i nie biegają za nami paparazzi (śmiech). Zresztą jestem bardzo otwarty, taki życiowy optymista ze mnie.

Nie macie żalu, że kibice przypominają sobie o was raz do roku - kiedy gracie o mistrzostwo Europy albo mistrzostwo świata?

- Co zrobić. O piłkarzach nożnych gada się i pisze zawsze. Byle zgrupowanie jest powodem, nawet śladowy występ w lidze zagranicznej. A my? No, słabo z naszym marketingiem i popularnością dyscypliny, ale myślę, że po ostatnich wydarzeniach [w październiku zawodnicy zarzucili działaczom brak pomocy dla kadry] coś drgnie, jestem pewien. Prawda jest jednak taka, że żeby o naszym sporcie cokolwiek mówiono, musimy osiągać spektakularne wyniki i rozgrywać mecze, którymi znów żyć będzie cała Polska. Dwa medale mistrzostw świata w cztery lata to chyba niezły wynik? Chociaż Vive Kielce już pokazuje, że da się zrobić silną ekipę walczącą z czołówką Europy. Silna liga jest podstawą, by ktoś się nami zainteresował, by wreszcie znalazły się pieniądze, sponsorzy, marketing, by dzieciaki garnęły się do ręcznej.

Nie zazdrościcie piłkarzom i siatkarzom?

- A skąd. Wiem, że zarabiają kupę kasy, ale z nami nie jest aż tak źle. Większość z nas gra w Niemczech, mamy dobre kontrakty, naprawdę. Gdzie nam do piłkarskich krezusów, ale do siatkarzy... Nie interesuje mnie, ile oni zarabiają, nie lubię gadać o pieniądzach.

Zarabiają nawet milion rocznie.

- Bardzo dobry piłkarz ręczny w Bundeslidze też tyle może zarobić.

To prawda, że lubicie zabawić się na zgrupowaniach?

- Jesteśmy profesjonalistami, ale przecież nie siedzimy cały czas w pokojach. Oczywiście, że "na kadrze" idzie się na piwo, pogadać z kumplami, nawet się pobawimy, nie ukrywam. Ale jak już idziemy do roboty, to nie ma przebacz. Każdy zasuwa, jeden pomaga drugiemu, nikt się nie... opiernicza. Każdy ma w głowie cel, do jakiego dążymy. Zasada jest prosta - wiemy, kiedy możemy wrzucić na luz. Bogdan też wie, bo nie jest katem i zawsze daje dzień wolnego, żeby się rozerwać. Stróża nam nie potrzeba, każdy ma swój rozum, poza tym pilnujemy się nawzajem, żadnych głupot nie robimy.

Piłka ręczna rodzi wielkie przyjaźnie. Relacje między nami poza boiskiem przekładają się później na grę. Umiemy wesprzeć się w naprawdę ciężkich chwilach.

Jesteście bardzo hermetyczną grupą.

- Nie zachowujemy się jak piłkarze, każdemu udzielimy wywiadu, rozmawiamy z kibicami. Ale jeśli zdarzy się, że ktoś komuś coś ostrzej powie, zrobi się jakieś napięcie, wszystko zostaje w drużynie, nie przeciska się za drzwi szatni. Jesteśmy facetami z jajami i sami rozwiązujemy swoje problemy. Zresztą nie ma tego wiele, jeśli już, dotyczy to sytuacji meczowych, nie pamiętam, byśmy skakali sobie do gardeł.

Jak wam się układa się z trenerem Wentą? To mocna osobowość.

- Na Bogdana trzeba spojrzeć razem z drugim trenerem Danielem Waszkiewiczem. Uzupełniają się idealnie. Ten pierwszy jest impulsywny, idzie przebojowo do przodu. Daniel to jego przeciwwaga - spokój, opanowanie. I jeśli trzeba Bogdana trochę przyhamować, to robi to właśnie Daniel. Zdarza się, że Bogdan mówi coś szybko, chaotycznie, a Daniel słucha, w dwóch zdaniach przekaże jasny komunikat i wszyscy wiedzą o co chodzi. Lepszej pary trenerskiej dotąd nie spotkałem.

W styczniu czekają was mistrzostwa Europy.

- Trudna grupa, a już mamy nauczkę, żeby nie dmuchać balonu jak przed poprzednimi mistrzostwami w Norwegii. Chcemy iść krok po kroku, pierwszy - z Niemcami, ostatnio mamy z nimi bilans remisowy, dwa zwycięstwa, dwie porażki. Drugi - Szwecja, znana marka. Trzeci - Słowenia, na której nikt tak łatwo nie będzie zdobywał punktów, bo mają trenera z 15-letnim stażem w niemieckiej Kilonii. Kibicom obiecuję jedno, a wiem coś o tym: zagramy w każdym meczu do końca. Może zdarzy się nawet jakiś horror (śmiech)?

Czujecie presję czy macie spokój, bo piłka ręczna nie spędza Polakom snu z oczu?

- Jeśli jest presja, to tylko mobilizująca. Tak jak w Chorwacji na MŚ, pierwszą rundę kończyliśmy z prawie zerowym dorobkiem. Później wszystko trzeba było wygrać i daliśmy radę. Przeżyliśmy mistrzostwa świata, Europy, igrzyska, gramy w czołowych europejskich klubach, mamy naprawdę dużo doświadczenia, by radzić sobie z oczekiwaniami.

Powiem panu szczerze: jak już się wychodzi na mecz, nie myśli się o niczym. Ani o tym, kto czego oczekuje, ani o kibicach, ani o telewizji, mediach. Po prostu wychodzisz i grasz na całego.

A czy ludzie w Polsce nie znają się na ręcznej? To nieważne. Polakom potrzebne są dobre emocje, sukces. A my im to dajemy. I nawet jeśli z pięciu milionów przed telewizorem milion ogląda ręczną tylko od święta i nie wie o co chodzi, to i tak są szczęśliwi. Czy każdy kibic zna się na narciarstwie? Nie. Ale cieszy się, kiedy wygrywa Justyna Kowalczyk.

Poza tym, już tak na zakończenie, ludzie widzą, że nie jesteśmy zmanierowani. Dlatego mówią o nas dobrze, tak nam kibicują.

Więcej piłce ręcznej w specjalnym dziale Sport.pl »