Franciszek Smuda dla "Gazety" i Sport.pl: Cuda czynił tylko Bóg

- Nie znoszę braku profesjonalizmu, pijaństwa i bankietowania. Na ostatnim zgrupowaniu około godz. 23 pyta mnie piłkarz, czy może wyjść z hotelu, bo ktoś na niego czeka. Odpowiedziałem, że jak wyjdzie, to już do niego nie wejdzie - mówi Franciszek Smuda
Robert Błoński, Michał Szadkowski: Jakiego zagranicznego piłkarza chciałby pan mieć w swojej reprezentacji?

Franciszek Smuda: Xaviego i Andresa Iniestę. Oni są jak motorki, potrafią rozpędzić każdy zespół. Takich ludzi szukam, grających w piłkę, a nie tylko za nią biegających. Planuję jeździć nie tylko do piłkarzy występujących za granicą, ale także na zgrupowania ligowców. Chcę obserwować treningi i sparingi.

W najbliższym roku potrzebuję zrozumienia od mediów i kibiców. Ten czas poświęcimy na selekcję. Oczywiście zrobimy wszystko, by wygrywać, ale nie można wymagać, byśmy zawsze byli lepsi od zespołów grających ze sobą od lat. W 2011 roku chcę mieć wyselekcjonowaną grupę 18-20 piłkarzy i tylko "piłować" taktykę oraz zgranie. Jeśli objawi się jakaś gwiazda, znajdę dla niej miejsce.

Na jakiej pozycji będzie pan miał największe problemy?

- Na bokach obrony. Piłkarz na tę pozycję musi być zwrotny, szybki i potrafić odebrać piłkę. Na turniej w Tajlandii zabrałem Łukasza Mierzejewskiego, który zaczynał karierę w ataku, a u mnie grał na boku obrony. Fantastycznie odbiera piłkę i nie da się go minąć. Kiedyś miał swoje problemy poza boiskiem, ale wydoroślał. To zresztą ja przesunąłem go z ataku do obrony. Jak kiedyś Rafała Siadaczkę.

Co ze środkiem obrony?

- Michał Żewłakow ma szanse dotrwać do Euro, ale tylko wtedy, jeśli wciąż będzie grał w klubie. Potrzebujemy go, żeby Maciek Sadlok czy Adam Kokoszka mieli się od kogo uczyć. Mamy młody zespół, oprócz nich jest jeszcze przecież Maciej Rybus. Na takich jak oni będę budował kadrę.

Rybus zagrał w kadrze dwa mecze i strzelił gola. W 17 ligowych meczach też trafił raz.

- Nie wymagam od niego bramek, ustawiam go na innej pozycji niż w klubie.

Brukowce sfotografowały go z papierosem.

- Jak ktoś pali, ale potrafi grać w piłkę, to mi to nie przeszkadza. Najgorzej, jak pali i nic nie potrafi.

Mamy problem z bramkarzami?

- Nie. Przecież są Szczęsny, Fabiański, Kuszczak, który ostatnio regularnie gra w MU, jest Przyrowski, jest Boruc.

Bramkarza Celticu wymienił pan na końcu. Nie lubi go pan?

- Nie lubię braku profesjonalizmu, pijaństwa, bankietowania. Piłkarz reprezentacji ma być wzorem. Największym błędem Leo Beenhakkera było to, że po aferze alkoholowej we Lwowie po miesiącu przywrócił zdyskwalifikowanych Boruca, Dudkę i Majewskiego. Ja powiedziałem piłkarzom, że u mnie taki numer nie przejdzie. Na ostatnim zgrupowaniu ok. 23 podszedł do mnie piłkarz i zapytał, czy może wyjść z hotelu, bo ktoś na niego czeka. Odpowiedziałem, że jak wyjdzie, to już na pewno nie wejdzie. Po meczu z Kanadą też chcieli wyjść, powiedziałem, że nie ma mowy. Kiedyś wszyscy na zgrupowaniu rozjeżdżali się na balangi. Chcesz napić się wina czy piwa? W porządku, ale musisz to robić przy mnie. Jeśli złapię kogoś pijącego na boku, jego kariera w mojej reprezentacji zostanie zakończona. A tak, w czwartek, wszyscy wstali na śniadanko i rozjechali się do klubów. Bez kontuzji i kaca.

Poza Borucem wszyscy wymienieni przez pana bramkarze są w zagranicznych klubach rezerwowymi.

- Kuszczak powiedział mi, że ma umowę z Aleksem Fergusonem. Jeśli do końca sezonu nie będzie grał, to w czerwcu odejdzie.

Środek pomocy

- Nie chcę aż tak dokładnie analizować, powiem tylko, że w ataku i środku pola mamy dużo kandydatów. Najgorzej jest z obroną.

Ludovic Obraniak to dobry kandydat na lidera środka pola?

- Liczę na niego, liczę na Rafała Murawskiego, czyli piłkarzy o ponadprzeciętnych umiejętnościach. Oczywiście w moim zespole znajdzie się też miejsce dla pracusiów.

A jeśli Manuel Arboleda dostanie polski paszport i będzie mógł być powołany do reprezentacji Polski?

- Nie ma mowy, by kiedykolwiek u mnie zagrał. On jest Kolumbijczykiem, choć to fantastyczny chłopak i świetny piłkarz. Ale stać nas na stworzenie reprezentacji opartej tylko na Polakach.

Pytamy, bo Arboleda umarłby za pana na boisku, a Boenisch, o którego się pan stara, stawia warunki.

- Ale Boenisch urodził się w Polsce. Dlatego wkrótce spotkam się również z Robertem Acquafrescą, którego mama jest Polką.

Liczy pan jeszcze na Marcina Wasilewskiego?

- To twardziel, ale doznał naprawdę paskudnej kontuzji. Poczekajmy, aż zacznie grać w Anderlechcie. Będzie mu jednak ciężko wrócić do poprzedniej formy.

Mariusz Lewandowski dostanie szansę?

- Nie chciałbym za wcześnie mówić, kto dostanie, a kto nie. Na razie nikogo nie skreśliłem.

Ebi Smolarek?

- Niech najpierw zacznie grać w tej Kavali. Ja chcę wszystkich, ale przede wszystkim tych, którzy potrafią zapieprzać. Potrzebuję kozaków, ale na boisku, a nie poza nim.

Czy są piłkarze, których nigdy pan nie powoła?

- Sprawdzę każdego dobrego poza tymi zamieszanymi w korupcję. Rafał Grzyb i Mariusz Ujek nie mają u mnie najmniejszych szans. Reprezentant musi być czysty jak łza. Ubabrałeś się błotem? U Smudy nie zagrasz.

Czego nie będzie pan tolerował na boisku?

- Braku zaangażowania i niechlujstwa.

Musi pan tworzyć coś z niczego?

- Z reprezentacją jest teraz jak z Lechem Poznań, gdy zaczynałem w nim pracę. Drużyna nie ma szkieletu, wszystkie klocki są porozrzucane, każdy w innym kącie. Plusem jest to, że w kadrze mam większy wybór. W klubie powiedzą ci: Nie ma pieniędzy, bierz chłopaków z rezerw. W reprezentacji wybór jest nieograniczony. Sztuka polega na tym, by zaufać piłkarzom, którzy podołają twojemu pomysłowi na futbol. Wielu piłkarzy nie dostaje się na najwyższą półkę, bo nikt im nie dał szansy. Popatrzcie na Tomasza Jodłowca - ktoś go wynalazł na wsi pod Krakowem i pozwolił grać. Dziś to kandydat do kadry. Podobnie jest z Irkiem Jeleniem urodzonym w Cieszynie.

Kiedy uwierzył pan, że jest selekcjonerem?

- Nigdy nie napalałem się na prowadzenie reprezentacji. Dlatego bardzo mnie cieszy, że zostałem wybrany przy poparciu kibiców i mediów. Tak nie było od lat. Media to moja prawa ręka.

Tym większe są oczekiwania.

- One są zawsze. Zostając trenerem, bierzesz 40 mln ludzi na plecy i musisz się z nimi poruszać. Ale ja mam mocne plecy. Nauczyłem się żyć z presją, i to pozwala mi osiągać sukcesy. Jeśli wychodzisz na mecz w europejskich pucharach ze spoconymi i trzęsącymi się rękami, wiadomo, że nic nie osiągniesz. Na zgrupowaniu przed meczami z Rumunią i Kanadą nawet najbardziej doświadczony Michał Żewłakow dziwił się, że tak spokojnie do wszystkiego podchodzę. Mówiłem mu: "Przecież chodzi tylko o piłkę". To jest mecz piłki nożnej, który wszędzie na świecie trwa 90 minut.

Co pan myśli, gdy słyszy, jak kibice śpiewają: "Franek Smuda czyni cuda"?

- Ciarki mnie przechodzą. Bo cuda to czynił tylko... wiecie kto. Pan Bóg. Dlatego trudno o większe wyzwanie.

Nie boi się pan, że Antoni Piechniczek wciąż będzie się wtrącał?

- Smuda był Smudą i nim pozostanie. Nie zmienię się, a z Piechniczkiem lubię podyskutować. Będę robił po swojemu.

Myśli pan, że działacze PZPN też tak pana chcieli jak kibice?

- Tego nie wiem, ale skoro mnie wybrali, to chyba tak. Nie lubię się wtrącać w sprawy związku. Mnie nigdy, w żadnym klubie, nie interesowały zarządy, działacze czy inne gierki. Ja jestem od trenowania.

Chce pan, by dyrektorem technicznym kadry był Marek Koźmiński. Związek próbuje przeforsować Włodzimierza Lubańskiego.

- Ja zgłosiłem Marka. Mam nadzieję, że się dogadają. Tomek Smokowski z Canal+ to też ciekawa kandydatura na dyrektora technicznego.

Jaki był dla pana mijający rok?

- Z Lechem zdobyłem Puchar Polski i zająłem trzecie miejsce w lidze. Więcej się nie dało. Podniosłem Zagłębie z desek. Jak szedłem do Lubina, żona pukała się w głowę i mówiła: "Po co ci to". Poszedłem tam trochę z przekory, ale udowodniłem, że można. Żadnej roboty się nie bałem, pracowałem i w najlepszych klubach, i najgorszych. Zdobywałem doświadczenie. Przeżyłem tyle różnych sytuacji, że teraz wiem, że w kadrze sobie poradzę.

Jak to jest z pana laptopem, faktycznie służy panu jako podstawka pod herbatę?

- Odbieram maile, czytam teksty w internecie, ale do pracy jest mi zupełnie niepotrzebny. Dla mnie to zabawka, a nie maszynka zapewniająca zwycięstwa. Wiecie przecież, że bardziej wierzę swojej czutce niż laptopom.

Czego więc życzyć panu na rok 2010?

- Żebym miał nosa przy wyborze piłkarzy. Żeby ta czutka nie zawiodła.

Polska piłka 2009. Lato, czyli "Rodzina dzwoni!" - czytaj tutaj »


Zobacz także
  • Zbigniew Boniek Boniek: Mogę zostać prezesem PZPN. Mam konkretną wizję
  • Piłkarskie Maliny 2009 dla Lato, Grenia, Piechniczka i... Leo
  • Sebastian Boenisch (z lewej) i Daisuke Matsui Zagraniczne media: Polska desperacko poszukuje gwiazdy

Najnowsze informacje