Sport.pl

Ekstraklasa kibolska - policja, klub i PZPN lekceważą polskie prawo

Bełchatów. Pod stadion PGE GKS zajeżdża 250 samochodów z Warszawy. 850 kiboli kupuje bilety na mecz z Legią. Wchodzą na sektor dla gości i zaczynają od gromkiego "ITI sp...". Po chwili na płocie wieszają transparenty: "Nie płakałem po Wejchercie" i "J... ITI". Na stadionie wcale ich nie powinno być, ale policja, klub z udziałem skarbu państwa i PZPN lekceważą polskie prawo
Uchwała PZPN z lipca mówi jasno: "Organizator zawodów może przyjąć kibiców drużyny gości tylko i wyłącznie w grupach zorganizowanych zaakceptowanych przez klub wysyłający, wedle ściśle określonych zasad".

Więc jakim cudem kilkuset kiboli weszło na stadion?

Według prawa klub musi mieć dane osobowe i zdjęcie każdego, komu sprzedaje bilet. Wśród kiboli z Warszawy są ukarani zakazem wejścia na stadion. Wiedzą, że prawo jest lekceważone. Dlatego przyjeżdżają do Bełchatowa jako "niby" niezorganizowana grupa, mając ze sobą listę nazwisk tylko z PESEL-ami, licząc na wymuszenie wejścia.

Nie przeliczyli się.

Ustępuje przestraszona policja - woli mieć kiboli w jednym miejscu. Stadion pasuje idealnie. Ale chyba niemożliwe, aby nie znała przepisów...

Ustępuje klub, własność PGE - spółki skarbu państwa. Dlaczego? Chyba nie dla dodatkowych 16 tys. zł za bilety?

Na końcu ustępuje delegat do spraw bezpieczeństwa, etatowy pracownik Polskiego Związku Piłki Nożnej, choć przecież jemu powinno zależeć, aby stadion był bezpieczny.

- Wpuściłem ich na wyraźne żądanie policji. Niech pan napisze, że wszystkiemu winna jest policja - stwierdził w poniedziałek delegat PZPN Janusz Kowalski. - Powiedzieli, że w innym wypadku mogło dojść do rozruchów w mieście.

- Ale przecież tą decyzją złamał pan ustawę, regulamin pańskiego związku i ekstraklasy?

- Nie będzie mnie pan uczył. Ile ma pan lat? - pyta Kowalski.

Dzwonimy do Powiatowej Komendy w Bełchatowie. Zabezpieczający mecz szef prewencji na urlopie, jego zastępcy nie ma, pani rzecznik na zwolnieniu, jej zastępczyni mówi, że jest nieprzygotowana do odpowiedzi. Dzwonimy do Łodzi. Rzecznik Komendy Wojewódzkiej: - Mówi pan, że kibic nie może kupić biletu bez podania danych osobowych i zdjęcia? A gdzie konstytucja? Ja jako kibic nie mogę? Nooo, już były w przeszłości takie historie. Tramwaje z napisem "Nur für Deutsche"!

Ręce nam opadły, ale dzwonimy do Komendy Głównej w Warszawie. Każą wysłać maila z pytaniami. Wysłaliśmy już w sprawie legijnego kibola "Starucha", który mimo zakazu stadionowego, z plakietką PZPN na szyi, kierował dopingiem na meczu reprezentacji. Na prośbie dopisaliśmy "Pilne". Czekamy już dwa tygodnie.

W sprawie Bełchatowa Komenda Główna jednak interweniuje w Łodzi. - Czy to prawda, że policja nakazała sprzedaż biletów? - pytamy Joannę Kącką z biura prasowego. - To organizator odpowiada za dystrybucję biletów. Wpuszczając kibiców na stadion, działaliśmy zgodnie z zasadą mniejszego zła - odpowiada.

Dzwonimy do klubu z Bełchatowa. - Nie możemy przecież odmawiać kibicom wejścia na tak ciekawy mecz - twierdzi Michał Antczak, rzecznik PGE GKS. Złamanie prawa? Rzecznika na chwilę zamurowało... - Mam nadzieję, że taka sytuacja więcej się nie zdarzy - mówi po chwili.

Kierownik do spraw bezpieczeństwa Włodzimierz Wójcik twierdzi, że prośbę policji musiał spełnić, bo kto nie wykonuje polecenia wydanego przez policję, podlega karze grzywny przynajmniej 2 tys. zł.

Kącka z komendy w Łodzi również powołuje się na ten przepis. Ale dotyczy on nie organizatorów, tylko kibiców - argumentujemy. Kącka sugeruje, byśmy przysłali zażalenie.

Właściciel GKS Bełchatów, państwowa spółka PGE, na pytanie o złamanie prawa przez klub odpisuje, że zażąda od piłkarskich szefów wyjaśnień.

Skandal na meczu GKS - Legia »


Więcej o: