Sport.pl

Rozmowa z polskim sprinterem Marcinem Urbasiem

Dwa lata temu miał walczyć o medal. Rok wcześniej w MŚ w Sewilli pobiegł na 200 m poniżej 20 s. W sezonie halowym 2000 też był bardzo szybki. W Lievin, tuż przed HME, Urbaś uzyskał czas 20,60 s, który pozwalał uwierzyć nawet w złoto. Niestety, polski sprinter nie zdobył medalu, nie biegł nawet w finale, a z Gandawy wyjechał z ciężką kontuzją uda.

Stefan Tuszyński: Nie ma Pan urazu przed następnym startem w halowych mistrzostwach Europy?

Marcin Urbaś: Psychicznego urazu? Nie, skądże. Kontuzje to w sprintach naturalna sprawa, która bez śladu przemija.

Jak Pan w takim razie wspomina Gandawę?

- Nie przeżyłem jej tak mocno jak moi bliscy i kibice, bo ja nie nastawiałem się na tak wiele jak inni. Ja lubię postawić sobie cel minimum, a gdy go przekraczam, bardziej się cieszę. Wtedy nastawiałem się na wejście do finału. W tym roku jest dokładnie tak samo.

Działacze PZLA głośno mówią o medalu...

- Ja tego nie powiem. Mogę za to zapewnić, że poprawiłem technikę startu niskiego, co można było sprawdzić podczas halowych MP, gdzie wygrałem bieg na 60 m. Jestem szybszy, dynamiczniejszy, a wytrzymałość pozostała na tym samym poziomie. No i nie gnębią mnie żadne kontuzje.

To kto jest Pana faworytem na 200 m?

- Brytyjczyk Christian Malcolm. Nie twierdzę jednak, że jest nie do pokonania...

A nie starał się Pan o miejsce w sztafecie 4x400 m?

- Nie lubię się wpychać tam, gdzie nie muszę. Zresztą nie miałem zamiaru łapać kilku srok za ogon, gdy w swojej specjalności czuję się wystarczająco mocny, żeby coś pokazać. Nic więcej nie mówię...