Sport.pl

Brzuch Iwańskiego. Dlaczego polscy piłkarze nie chcą upodobnić się do Cristiano Ronaldo?

Jeśli zasypiałem z Iwańskiego brzuchem przed oczami, jeśli we śnie zasłaniał mi Iwańskiego brzuch księżyc, to dlatego, że intrygowało mnie, jak Iwański go wyhodował - pisze Rafał Stec.
Wlał mi się w oko podczas przedostatnich wakacji. I nie mylcie wyznania z coming outem, aż tak snobistycznie nie będzie, zazwyczaj przykuwają mój wzrok jednak owale damskie, ten - męski - miał powab tylko ze względu na otaczającą go sławę. Brzuch ów przyjechał do Warszawy z Lubina, przywiózł go mistrz kraju z roku 2007 Maciej Iwański, Legia wyłożyła za całość - brzuch wraz z brzucha właścicielem - onieśmielające 650 tys. euro, finalizując drugi najwyższy wewnętrzny transfer w historii ligi. Droższy polski piłkarz po naszych boiskach nie biega, za wszystkich innych kluby płaciły mniej.

Brzuch jaki jest, każdy na publikowanym w poniedziałkowej "Gazecie Sport.pl" zdjęciu widzi. Anatomicznym ekscesem bym go nie nazwał, widywałem bardziej pękate, ale też mniej maślane, werdyktów w kwestiach estetycznych wolałbym zresztą uniknąć. Jeśli zasypiałem z Iwańskiego brzuchem przed oczami, jeśli we śnie zasłaniał mi Iwańskiego brzuch księżyc, to dlatego, że intrygowało mnie, jak Iwański go wyhodował. Ostatecznie wyczynowy sportowiec codziennie trenuje albo gra, poci się, rusza w tętnie przyspieszonym, spala kalorie. Jeśli nie uprawia akurat sumo, strzelania do sylwetki pędzącego byka ani warcabów, brzuch się go nie trzyma. Także w odmianie dyskretnej opuchlizny.

Kiedy się już budziłem, brzuch na szczęście między mnie a wschodzące słońce się nie wpychał, a ja rozmarzałem się, by do ukrytego pod nim żołądka zapuścić - rzecz jasna w trybie ściśle tajnym - sondę i podsłuchiwać, jaką dietę żołądek trawi. Czy piłkarze Legii poklęskowym bladym świtem zajeżdżają klubowym autokarem tylko pod wykwintne lokale, które serwują - nomen omen na brzuchach rozdzianych do rosołu kelnerek - sushi i inne wariacje egzotyczne, przez nadwiślańskie jelita przyswajane prawdopodobnie z oporami? Czy wcinają również staropolskie płaty świni otulone skwierczącą panierą i tradycyjnie obsmażonym ziemniakiem?

Wcale bym się nie udławił ze zdziwienia, przecież jeśli uprawianie piłki nożnej ma dawać frajdę, to kulinarnych posiedzeń nie wolno podtruwać ekstrawaganckimi wyrzeczeniami. Iwański ewidentnie zdaje sobie sprawę, że nie samym futbolem człowiek żyje. Czy raczej - sprawę sobie zdawał, bo z brzuchem się nie obnosi, dawno brzuchem się nie chwalił i za podbramkowe obnażanie się kartek nie zbierał, więc nie mam pewności, jaki kierunek rozwoju jego brzuch obrał.

Pocieszające, że polska liga zostawia tak ładowny margines swobody. Że nie nakłada kagańca i nie każe się umartwiać, że czołowemu graczowi zezwala na prowadzenie się zgodnie ze szlachetną maksymą "wolnoć druhu w swoim brzuchu". Uparty trener terroryzowałby Iwańskiego - albo sam Iwański by się terroryzował, gdy miał węższe horyzonty - bajaniem o sile strzału uzależnionej także od mięśni brzucha. "Skoro twoim atutem są uderzenia z rzutów wolnych, to popracuj nad muskulaturą wokółpępkową. Kto wie, może strzały jeszcze wzmocnisz, może z eksperta od kopnięć nieruchomej piłki bardzo dobrego awansujesz na wybitnego?". Oj, umiem sobie wyobrazić, jak domorosły kaznodzieja przymulająco naucza. Jak wyjmuje zdjęcia uznanych w Europie wirtuozów od rzutów wolnych i wytyka palcami kaloryfery prężące się tam, gdzie Iwański ma brzuch.

Rozgrywający Legii bystry jest i widzi, co wzdłuż pasa noszą - a czego nie noszą - C. Ronaldo, Ballack, Del Piero, Riise i inni specjaliści od stałych fragmentów gry czy w ogóle strzałów dalekiego zasięgu. Porwę się na jeszcze ambitniejszą tezę - otóż polscy piłkarze zapewne generalnie zdają sobie sprawę, że nie zaradzą deficytowi talentu lub kiepskiemu trenerowi, ale brzuchami - ewentualnie innymi krzywiznami - mogliby się do globalnych bożyszcz upodobnić. Jeśli się nie upodobniają, to znaczy, że nie chcą. Kwestia priorytetów. Lubi obcy kopacz podporządkowywać całe życie piłce nożnej, niech sobie podporządkowuje, nas w to proszę nie mieszać. Precz z deformowaniem się w beztłuszczowe sylwetki atletyczne, precz z trwonieniem godzin na samotne trenowanie kopnięć nieruchomej piłki.

W sprawie trwonienia - zawsze sądziłem, że akurat rzuty wolne i rożne będą w stanie nasi wykonywać nie mniej precyzyjnie niż konkurenci z wielkiego świata. Przecież - sięgając do kanonu futbolowych aforyzmów - to tacy sami ludzie jak nasi, oni też muszą jeść. Skoro Del Piero ćwiczył do upadłego w ciemnym garażu z piłeczką tenisową, skoro do dzisiaj - znaczy do 35. roku życia - każdego dnia wytrwale doskonali precyzję ciosów w piłkę, to bez wątpienia również nasi ligowcy harcują po garażach i po treningach. Niestety, statystyki wykopują mniej dorodne. Łatwiej znaleźć w tak zwanej ekstraklasie kałdun o zawiesistości grochówki na wędzonce niż gracza, który umiałby strzelić z rzutów wolnych dwa gole w sezonie.

Aby nikt nie posądził mnie o niestosowne czynienie Iwańskiemu wyrzutów, przypominam, że nawet przed Maradoną na murawę najpierw wkraczał jego brzuch. Rozgrywającemu Legii uwypuklenie zaledwie delikatnie wystaje, a on sam obszernie wyjaśniał w niedawnym wywiadzie dla "Gazety", dlaczego zatracił precyzję. Cytuję pyszny fragment, na wszelki wypadek zawiadamiając obrońców praw zwierząt, że w trakcie przepisywania nie ucierpiał żaden ssak:

"W Legii jeszcze nie pokazałem, co potrafię ( ). Nie chcę narzekać na piłki Pumy, ale narzeka na nie cała liga. Wyrób jest tandetny. Ktoś ( ) nie pomyślał, że to właściwie piłki lekarskie. Sebastian Mila powiedział ostatnio, że jak ją sobie ustawia, to musi "tego kota w d... trafić", dopiero wtedy może szybciej poleci. Nie mam jednak co się usprawiedliwiać, bo inni trafiają tymi piłkami z rzutów wolnych. Ale ja mam swoją posturę i przy uderzeniach bazuję głównie na technice uderzenia, a przy tych piłkach liczy się głównie siła. I one nie lecą tam, gdzie chcę".

Nic dodać, nic odkroić, Iwański w kilku zdaniach zawarł wszystko, zainspirowany indywidualnym przypadkiem pozwolił kibicowi poczuć gehennę całej ligi, ba, zrozumieć los zawodowego piłkarza. Ujawnił też własny plan na zimę, który ani chybi zakłada mozolną dłubaninę zarówno nad techniką uderzeń, jak i nad mocą. Futbol chwilowo nie będzie dlań zabawą, lecz stanie się postem, udręką, torturą. Coś pęknie, coś się skończy, już teraz uciska człowieka w dołku, kiedy uświadomi sobie, że jakby wiosną wzroku nie wytężał, najkształtniejszego brzucha ligi prawdopodobnie więcej nie ujrzy.

Brzuch Iwańskiego - komentarze na blogu Rafała Steca

Więcej o: