Każdy ojciec marzy, by jego pociecha osiągnęła sukces. Niewielu jednak ma szczęście być tatą reprezentanta Polski, medalisty mistrzostw świata czy Europy - a taki sukces osiągnęli m.in. chłopcy urodzeni na Opolszczyźnie.
Urodzony do siatkówki
Bartosz Kurek, okrzyknięty gwiazdą i odkryciem mistrzostw Europy, po prostu musiał zostać siatkarzem. Od najmłodszych lat przebywał bowiem na sali przy ul. Głuchołaskiej w Nysie. Po każdym meczu Nysy ze swoimi rówieśnikami wbiegał na parkiet. Fetował sukcesy ojca Adama Kurka.
Już wtedy wyróżniał się wzrostem; choć był kilkuletnim dzieckiem, to dorównywał dzieciom o kilka lat starszym. - Kiedy jeszcze piłka była dla niego za ciężka, podbijał balon. Już wtedy wiedziałem, że ma tak zwane papiery na wielkie granie - mówi Adam Kurek.
Każdy ojciec jest dumny, gdy pomaga swojej pociesze stawiać pierwsze kroki. Adam Kurek pomógł synowi zrobić je nie tylko w życiu, ale także w karierze siatkarskiej. Bartek jest młodym siatkarzem, ale już w 2004 roku razem z tatą grał w serii A w zespole AZS Nysa. Dla Adama był to już schyłek kariery siatkarskiej, dla Bartosza początek drogi. Już wówczas 16-latek wyróżniał się dobrym atakiem i blokiem. Był wysoki, choć jeszcze rósł, chudy i momentami nieporadny. Ale gdy w meczu z AZS-em Częstochowa pojedynczym blokiem zatrzymywał Grzegorza Szymańskiego, sala krzyczała z zachwytu. Z Nysy Bartosz trafił do Mostostalu Kędzierzyn-Koźle, obecnie gra w Skrze Bełchatów.
- Oglądam mecze z żoną, przeżywam je ogromnie, bo tak już jest, że emocje na parkiecie są mniejsze niż tych, którzy stoją z boku i gorąco dopingują - mówi Adam Kurek. - Syn dzwonił do nas m.in. po meczu z Hiszpanią i Słowacją. Ten pierwszy pojedynek mu trochę nie wyszedł. Porozmawialiśmy, starałem się mu coś podpowiedzieć. Jesteśmy tak umówieni, że Bartek jak ma potrzebę porozmawiania, to dzwoni. Sami do niego nie telefonujemy, by zwłaszcza teraz mu nie przeszkadzać, bo praktycznie codziennie mają mecz, odnowę, przygotowania, odprawy. Znajdziemy czas na dłuższą rozmowę, gdy po mistrzostwach na dziesięć dni przyjedzie do Nysy - cieszy się Adam Kurek, który zastanawia się, czy w ślady Bartosza pójdzie jego pięcioletni brat Jakub.
Tradycja zobowiązuje
Dziadek grał w reprezentacji, tata grał w reprezentacji, to i Jakub Jarosz występuje z orzełkiem na piersi. Urodzony w... Nysie, gdy jego ojciec, trzykrotny wicemistrz Europy Maciej Jarosz, bronił barw Nysy. Obecnie Jakub jest zawodnikiem Zaksy Kędzierzyn-Koźle. Gdyby nie został siatkarzem, może byłby polskim Michaelem Phelpsem. Po babci, która była mistrzynią Polski w pływaniu, postanowił spróbować sił na basenie.
- Nie namawiałem go do siatkówki, pływał i to z sukcesami. W końcu jednak zdecydował się pójść w ślady ojca i dziadka. I to była słuszna decyzja. Dobra dla niego i dla mnie, bo teraz duma mnie rozpiera - śmieje się Maciej Jarosz.
Mecze ogląda z żoną i jak mówi, emocji nie dusi. - Krzyczę, podskakuję, ale to są emocje, które może zrozumieć tylko kibic, a do tego serce ojcowskie daje o sobie znać. Nie wstydzę się tego. Tętno mam chyba 200. Dlatego wolę oglądać mecze w domu, w gronie rodziny, nie muszę wtedy dusić emocji. Żona przeżywa to trochę spokojniej, mniej ekspresyjnie, ale ona już przez lata emocjonowała się moimi występami, teraz synów Jakuba i Marcina, który także jest siatkarzem. Jakub dzwoni do mnie po każdym meczu, tak umówiliśmy się. O samych spotkaniach mówimy krótko, raz tylko zwróciłem mu uwagę, że nie może iść na zagrywkę i cztery razy z rzędu popsuć serwis. Rozmawiamy raczej o nim, jak się czuje, czy coś go boli, jak sypia, to rozmowa ojca z synem, a nie ludzi siatkówki. Każdy ojciec niezależnie od tego, ile jego dziecko ma lat, zawsze pospieszy mu z pomocą, radą. Dla mnie Jakub to przede wszystkim syn, a potem siatkarz - mówi Maciej Jarosz.
Tytan pracy
Libero reprezentacji Piotr Gacek jest nysaninem, choć urodzonym w Grodkowie, bowiem porodówka w Nysie była akurat w remoncie, gdy przyszedł czas rozwiązania. Gacek w przeciwieństwie do Jarosza czy Kurka nie ma w sobie genów siatkarskich. Warunki fizyczne, 184 cm wzrostu, nie dawały mu szans na wielką karierę siatkarską - do momentu, gdy wprowadzono przepis o pozycji libero, na której może grać każdy: i dwumetrowy potężny chłop, i dużo niższy zawodnik.
- Piotr był przyjmującym, jemu ogromną frajdę sprawiało zdobywanie punktów z ataku. Niestety, im grał w wyższej lidze, tym miał trudniej. W końcu w AZS-ie Opole trener Paweł Czerepok przestawił go na libero. Syn nie przyjął tego z entuzjazmem. Dziś z perspektywy czasu widać, że był to strzał w dziesiątkę - mówi Wacław Gacek, ojciec Piotra, który nadal mieszka w Nysie.
Obecnie Gacek reprezentuje barwy Skry Bełchatów, mieszka w Częstochowie. - Dzwoni do mnie codziennie, mam dobry kontakt z synem. Ale nie rozmawiamy o siatkówce. Grałem w piłkę nożną, na niuansach siatkówki się nie znam, nie jestem w stanie podpowiedzieć synowi, co ma poprawić. Jest już dorosły, siatkówka to jego zawód. Wierzę, że sam wie lepiej, co ma robić - mówi Wacław Gacek, który przez lata jeździł z synem na mecze, niezależnie, czy grał w Nysie, Opolu, Gorzowie Wlkp., Częstochowie czy Bełchatowie. Największym kibicem Piotra była jego mama Zofia, która, niestety, nie doczekała największych sukcesów syna. - Żona nie była znawczynią siatkówki, ale po jednym z meczów, gdy Piotr grał jeszcze w AZS-ie Opole, stwierdziła: "Zobaczysz, Piotrek zajdzie w sporcie daleko". I zaszedł. Mecze Polaków oklaskuję w domu, po każdej udanej akcji przybijamy sobie z kolegami piątkę. Ojcowskie serce bije mocno, bardzo mocno. Każdemu życzę, by mógł być tak dumny z syna jak ja. Za to, że ciężką pracą doszedł tak daleko - mówi senior Gacek. - To dowód na to, że chłopcy z takich miejscowości jak Nysa mogą zajść naprawdę wysoko - dodaje.