Sport.pl

Rafał Stec: Polski piłkarz na wymarciu

Nasz futbol wciąż pikuje, bezskutecznie szukając dna. Jeśli nic nie drgnie, niebawem - po odejściu trzydziestolatków - osiągniemy pułap, na którym pojęcie "polski piłkarz z klasą" nawet dla prowincjuszy ze średniawych lig będzie wywołującym chichot synonimem surfera z koła podbiegunowego lub bobsleisty z Seszeli - pisze felietonista "Gazety Wyborczej" Rafał Stec.
Wiosna, zima, jesień, lato. Nasz futbol wciąż się cofa, kluby nie tylko wskutek reform Platiniego obalają kolejne bariery - tym razem zostały wyproszone z europejskich pucharów jeszcze przed końcem wakacji, zanim rywalizacja na dobre się rozkręciła. Cierpienia obolałego kibica znów może złagodzić tylko reprezentacja kraju, której awanse do turniejów mistrzowskich przykrywają dziadostwo nadwiślańskiej kopaniny. Niestety, główny anestezjolog Leo Beenhakker stracił sporo ze swego uśmierzającego czaru, w eliminacjach przewlekle zaniemógł też Artur Boruc, więc szanse na trzeci z rzędu mundial zachowaliśmy w ilościach co najwyżej homeopatycznych.

Klęski łażą stadami, piłkarze tracą resztki kontaktu z wielkim graniem. Tytuł felietonu wziąłem ze swojego blogu, na którym badałem nasz wkład w tegoroczną Ligę Mistrzów. Oto czołowi bramkarze wciąż zbijają bąki w rezerwie lub na trybunach (Dudek, Kuszczak, Fabiański), natomiast ich koledzy z pola pędzą ku schyłkom karier - bracia Żewłakowowie skończyli 33 lata, Kosowski ma 32, Sikora 29, Murawski 28 lat. Co skłoniło mnie do ponownego przeglądu kadr liczących się klubów, przy optymistycznym założeniu, że czołówkę wolno mi rozszerzyć ponad zdrowy rozsądek, do ponad setki drużyn. (Pomijam bramkarzy, oni na tle zarazy kładącej resztę kopaczy wciąż wyglądają na okazy zdrowia).



Na boiska angielskie, hiszpańskie i włoskie nawet nie zerkam, tam nieliczni nasi pojawiają się na mgnienie oka, ich status pariasów dobrze oddał traumatyczny debiut w Catanii naszego jedynaka z Serie A Błażeja Augustyna - zakończony czerwoną kartką i obwołany przez komentatorów koszmarem.

Spoglądam na Bundesligę, rozgrywki tradycyjnie nam przyjazne, pamiętające wielu świetnych Polaków - od regularnych snajperów po renomowaną parę obrońców Wałdoch - Hajto. Jeszcze niedawno pochłaniałem każdy podsumowujący kolejkę telewizyjny program "Ran", by popatrzeć, jak nasi panoszą się po niemieckich boiskach i poza nimi, w wywiadach z bohaterami weekendu. Dziś mamy za zachodnią granicą kalkę z Ligi Mistrzów - wiarusów Krzynówka (33 lata) i Wichniarka (32), zbierającego kiepskie noty rezerwowego Piszczka (24), a także stanowiącego znamienny przypadek Błaszczykowskiego (24). My widzimy w nim - słusznie - nadzieję kadry i każdy jego ładny występ rozdmuchujemy do rangi wydarzenia wstrząsającego Bundesligą, tymczasem Bundesliga na półboga wciąż go nie wyświęciła. W rankingu piłkarzy branżowego "Kicker" wypada on przeciętnie - w tym sezonie zajmuje ex aequo miejsca 46-59, miniony skończył na pozycji 57., wcześniej był 182. Wiosną zadzwoniliśmy z redakcji do "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i poprosiliśmy ich eksperta, by przedstawił własną listę najzdolniejszych zawodników rozgrywek poniżej 25. roku życia. Udawaliśmy Finów, by niczego mu nie sugerować i nie prowokować podprogowych skojarzeń. Po tygodniu przysłał listę. Polskiego piłkarza Borussii Dortmund nie wymienił.

Nie kwestionuję talentu skrzydłowego, jego wpływu na ofensywną moc reprezentacji zbagatelizować nie sposób. Zwracam tylko uwagę, jak zsuwa się granica, ponad którą polski piłkarz zyskuje status wręcz gwiazdorski. Błaszczykowski uciułał przez ponad dwa sezony w Bundeslidze cztery gole i 11 asyst, co u skrzydłowego wcale nie oszałamia, nie awansował również do europejskich pucharów.



Wątłe zdrowie łączy Błaszczykowskiego z innym cenionym w baaardzo szeroko pojętej - aż poza, przypominam, zdrowy rozsądek - czołówce, czyli Ireneuszem Jeleniem (28 lat), jedynym obok notorycznego rezerwowego Dariusza Dudki (26) przedstawicielem ligi francuskiej. Obu naszych rodaków zatrudnia przytulone do dna tabeli Auxerre, a krajobrazu nędzy dopełnia właśnie chorowitość Jelenia i Błaszczykowskiego - akurat tych stosunkowo najzdolniejszych nie stać na więcej niż krótkie eksplozje znakomitej formy, trzeba na nich chuchać i dmuchać, co i tak nie zapobiega nieustającym urazom.

Dotąd wypatrywaliśmy rodaków w Lidze Mistrzów, teraz schodzimy na poziom Ligi Europejskiej. Znów zwracam uwagę na metryki jej polskich uczestników: Jacka Bąka (36), Wichniarka (32), M. Lewandowskiego (30 lat), Wasilewskiego (29), Golańskiego i Grzelaka (27), Piszczka (24). Gdyby ową improwizowaną kontynentalną elitę rozciągnąć do ponad 100 klubów - wszyscy uczestnicy LM oraz LE, inni z czołowej setki rankingu UEFA, a także najlepsi z Anglii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Francji, Rosji, Ukrainy, Rumunii, Holandii i Portugalii, którzy z pucharów odpadli - okazałoby się, że fason trzymają tylko gracze znajdujący się w przededniu emerytury. Urodzonych w latach 80. wynalazłem pięciu (!): Wasilewskiego (29), Murawskiego (28), Golańskiego i Grzelaka (27), Burkhardta (26), Piszczka (24). Tylko pierwszy z nich - oczywiście najstarszy - umie utrzymać mocną pozycję w niezłym klubie, Anderlechcie. Inni szwendają się po Europie bądź gniotą ławkę rezerwowych.

Nasz futbol wciąż pikuje, wciąż bezskutecznie obmacuje przestrzeń pod sobą w poszukiwaniu dna. Jeśli nic nie drgnie, niebawem - po odejściu trzydziestolatków - osiągniemy pułap, na którym pojęcie "polski piłkarz z klasą" nawet dla prowincjuszy ze średniawych lig będzie wywołującym chichot oksymoronem, synonimem surfera z koła podbiegunowego lub bobsleisty z Seszeli.



Cezurą wydaje się początek lat 80. To symboliczne, że z dwóch par bliźniaków Ligi Mistrzów dochrapali się akurat Żewłakowowie, a nie pokolenie młodsi Brożkowie. Niedomagają - niekoniecznie z własnej winy są sprawnościowymi łamagami, taktycznymi analfabetami i technicznymi abnegatami - piłkarze, którzy sportową edukację pobierali w pierwszej dekadzie wolnej Polski, a dorosłe kariery zaczynali w XXI wieku.

Gdyby były selekcjoner Jerzy Engel z początku naszego stulecia przyfrunął wehikułem czasu do teraźniejszości, przeżyłby poznawczy szok. On dobierał jeszcze z puli ludzi mających w dorobku setki meczów w silnych klubach (Koźmiński, Wałdoch, Hajto, Kłos, Świerczewski, Iwan), wtedy szanujący się ligowiec nie brał fuchy na Cyprze. Gatunek nieupośledzony jednak ginął. Ginął powoli, zaraza nie wytępiła go z dnia na dzień, więc nikt nie wpadł w panikę, a już zwłaszcza zajęci ważniejszymi geszeftami pezetpeenowscy aparatczycy. Przyzwyczajaliśmy się stopniowo.

Kluby odpadają z pucharów, emigranci orzą murawy na peryferiach, nasi ligowcy kiszą się w swojskiej, stęchłej bylejakości i pozbawionych rywalizacji szczupłych kadrach, ostatnio pozbyli się nawet pogardzanego Pucharu Ekstraklasy i odchudzili kalendarz gier. Teraz nie będzie już ani pojedynczych intensywnych meczów, w których przećwiczyłby ich poważny zagraniczny przeciwnik, ani ostrego trenowania, ani intensywnego sezonu na własnych gruzach. Cywilizowany świat wypchnął Polaków na przymusową kwarantannę, dzięki czemu już w listopadzie zrelaksowani piłkarze Wisły ani chybi dojdą do wniosku, że 180 minut z Levadią przegrali przypadkiem, a w starciach z Debreczynem byliby murowanymi faworytami.