Sport.pl

Adam Małysz: Hannu ufam bezgranicznie

- To moja ostatnia szansa na olimpijskie złoto. Przykładam się jak nigdy. Pod koniec ubiegłego sezonu wróciłem na podium Pucharu Świata, uwierzyłem, że znowu jestem w stanie walczyć z najlepszymi - mów iAdam Małysz dla Sport.pl i ?Gazety Wyborczej?
Robert Błoński: W sobotę chodził pan po Wielkiej Krokwi z wysoko podniesioną głową. Skoki znowu sprawiają panu frajdę...

Adam Małysz: - Za stary jestem, żeby się męczyć tym, co robię. Gdyby skoki nie sprawiały mi radości i straciłbym motywację, rzuciłbym narty w kąt. Dzięki doświadczeniu wiem, jak zachować się w trudnych momentach. Motywacji nie straciłem, mam fajną grupę, z którą współpracuję. To trenerzy Hannu Lepistoe i Robert Mateja oraz serwismen Maciek Maciusiak.

Obok jest kadra z Łukaszem Kruczkiem i Zbyszkiem Klimowskim. Nie ma jednak żadnej rywalizacji. Jeśli gdzieś jesteśmy, wspólnie trenujemy i mieszkamy. Na zawodach jesteśmy jedną grupą, reprezentujemy Polskę, i to najważniejsze. Ale bywa, że trenujemy oddzielnie. Łukasz ma swoje metody, Hannu swoje. Jeden nie wchodzi w kompetencje drugiego. To zdrowy układ, bo każdy robi swoje.

Miał pan momenty, kiedy motywacji zabrakło?

- I to kilka. Nie szło mi i nie widziałem światełka w tunelu, że będzie lepiej. Odechciewało mi się wszystkiego, zastanawiałem się, czy to nie jest moment, by skończyć. Takie momenty kryzysu wytrzymują najtwardsze charaktery. Ja przetrwałem.

Wiele osób mówi tak: "Adam już wcześniej powinien odejść od Łukasza i stworzyć własną grupę".

- Nie było odważnego, który by do mnie przyszedł i powiedział, że coś takiego można zorganizować. Lubię być w grupie, trzymać się z chłopakami. Ale przyszedł moment, że trzeba było zrobić coś radykalnego. Chciałem przestać się męczyć, bo zacząłem się dusić w grupie. Skoki były fatalne, miejsca poza trzydziestką to dla mnie katastrofa, za wiele osiągnąłem, by się wstydzić takim skakaniem. Ale miałem opory, bo nie chciałem skrzywdzić Łukasza i kolegów. Żeby nie wyszło, że mam ich gdzieś i pracuję tylko dla siebie. Dużo rozmawiałem z Łukaszem, Hannu, menedżerem Edi Federerem i wieloma innymi. Jedni mówili tak, inni co innego. Musiałem dokonać wyboru.

Lepistoe już raz przygotował pana do mistrzostw świata w Sapporo w 2007 roku, gdzie zdobył pan złoty medal.

- Hannu ufam bezgranicznie. W Sapporo po złotym medalu powiedział mi: "To teraz atakujemy Puchar Świata". Miałem 350 punktów straty do Jacobsena i nie bardzo wierzyłem, że dogonię Norwega. Zaraz potem wygrałem w Lahti i Kuopio, na koniec trzy razy w Planicy i Puchar był mój. Doświadczony trener się nie pomylił.

Podczas tamtych mistrzostw Hannu zmarła mama. Nie dał po sobie poznać, że przeżywa tragedię. Nawet nam o tym nie powiedział! Tylko dalej pracował, żebym zdobył złoto. W Sapporo na dużej skoczni byłem czwarty i zawiedziony. Lepistoe doprowadził do tego, że na małej skoczni zdeklasowałem rywali. O jego osobistej tragedii dowiedzieliśmy się później.

Teraz pana motywacją są igrzyska?

- To moja ostatnia szansa na olimpijskie złoto. Przykładam się jak nigdy. Pod koniec ubiegłego sezonu wróciłem na podium Pucharu Świata, uwierzyłem, że znowu jestem w stanie walczyć z najlepszymi.

Ile jeszcze skakania przed panem?

- Nigdy nie wybiegałem myślami dalej niż do igrzysk w Vancouver. Chcę być do nich jak najlepiej przygotowany.

Na olimpiadzie wybiera pan medal indywidualny czy drużynowy?

- Obydwa to moje marzenie. Na MŚ w Libercu zabrakło niewiele, zajęliśmy czwarte miejsce. Chłopaki fajnie skaczą, Łukasz ich dobrze prowadzi. Moje odejście z grupy okazało się dobre dla wszystkich. Osoba taka jak ja, czyli doświadczona, z sukcesami, ale i głodna kolejnych sukcesów jest obciążeniem jak kamień u nogi. Kiedy coś idzie nie tak, od razu są pretensje do trenera i zawodnika. Z młodymi skoczkami presja jest mniejsza.

FIS wprowadza zmiany przepisów, skoki przestaną być czytelne dla kibiców. Ktoś skoczy daleko, ale przegra.

- Ja też byłem do tego sceptycznie nastawiony, teraz mi się podoba. Chodzi o to, by to nie wiatr rządził na skoczni. Nowy system eliminuje przypadek, teraz wygrywać będą najlepsi.

A nie będzie tak jak w łyżwiarstwie figurowym, że o wyniku decydują sędziowie?

- Nie. Bo tu wszystko przelicza komputer. Sędziowie będą dawać noty, ale punkty za odległość będą dodawane bądź odejmowane przez komputer. On obliczy średnią prędkość wiatru podczas lotu i w zależności, czy będzie w plecy, czy pod narty doda bądź odejmie punkty.

Ta zmiana jest dla pana korzystna?

- Jak wieje mocno, nikt nie odleci. Ale nie będzie przypadkowych rezultatów. Lato jest czasem prób, ale jestem przekonany, że zostanie to wprowadzone na zimę. Tak samo będzie na igrzyskach. Na próbie przedolimpijskiej byłem czwarty, ale czołowa trójka miała znakomite warunki. Teraz mieliby odjęte punkty.

Co pan będzie robił po zakończeniu kariery?

- Wiem, czego nie będę robił. Nie będę leżał do góry brzuchem, nie zostanę również trenerem skoków narciarskich.