Sport.pl

Roger Guerreiro: Odchodzę z Polski, ale z Polską w sercu

- Oferty były, i to sporo, ale Legia chciała za mnie dokładnie dwa razy więcej pieniędzy, niż dawały zainteresowane kluby. Kiedyś obiecałem, że jeśli przestanę być szczęśliwy w Legii, powiem to otwarcie. Ten moment nadszedł. Nie jest przyjemnie usłyszeć od prezesa, że jest się niepotrzebnym - mówi Roger Guerriero dla Sport.pl i ?Gazety Wyborczej?.
Robert Błoński: Po meczu z Grecją udzielił pan krótkiego wywiadu po polsku. Ciężko się było nauczyć naszego języka?

Roger Guerreiro: Wciąż się go uczę, jest trudny i wszystko idzie powoli. Nie mówię płynnie po polsku. Więcej rozumiem, niż potrafię powiedzieć.

W Bydgoszczy śpiewał pan hymn.

- Nie znam słów, zaśpiewałem tylko sam początek. A później tak jak zawsze modliłem się. Robię to przed każdym meczem.

Kiedy w grudniu 2005 roku przyjeżdżał pan do Polski, przez myśl przeszło panu, że tak się to wszystko potoczy?

- Przyjechałem tu robić to, co kocham, czyli grać w piłkę, osiągać sukcesy, dawać radość sobie i kibicom. Nigdy nie przypuszczałem, że zostanę Polakiem. Najpierw była moja dobra gra, potem pomysł Leo Beenhakkera. Nie byłem tym pomysłem ani zszokowany, ani wystraszony. Szybko przystosowałem się do życia w Europie. Nawet śnieg mnie nie zaskoczył, widziałem go wcześniej w Hiszpanii, kiedy grałem w Celcie Vigo. Ucieszyłem się, że mnie doceniono. Bóg, który kieruje moim losem, zdecydował, że będę miał polski paszport.

Teraz nadszedł czas rozstania z Warszawą...

- Zostawię klub, ale nigdy nie zostawię Polski. Dopóki będę miał siły, a trener wyśle powołanie - zawsze się stawię. Będę też wracał tutaj prywatnie, ale tylko latem. Żeby na spacerze patrzeć na piękne polskie kobiety [śmiech]. Ten kraj będzie we mnie już na zawsze. Czuję się jego obywatelem tak bardzo, że nawet prawo jazdy mam tylko polskie. Czuję wdzięczność i czułość do kibiców, którzy krzyczą moje imię na stadionach, którzy proszą o autografy i są serdeczni. To mnie wzrusza, zawsze będę do dyspozycji selekcjonera i będę grał dla Polski.

Zdarza się panu myśleć po polsku?

- W dwóch przypadkach: kiedy gramy mecz i trzeba użyć mocnego słowa. Widać było to w telewizji, kiedy podczas meczu z Grecją zdenerwowany decyzją sędziego przekląłem czystą polszczyzną. Jest nawet filmik w internecie. Drugi przypadek to wtedy, kiedy liczę pieniądze. Liczę po polsku. Cyfry to pierwsze słowa, jakich nauczyłem się po polsku.

Zachował się pan kiedyś bardziej jak Polak niż Brazylijczyk?

- Konkretnej sytuacji sobie nie przypominam. Ale o Polsce nie zapominam nawet na chwilę. Kiedy zimą wyjeżdżam do Brazylii, wszyscy pytają mnie, jak jest w Polsce, więc temat pojawia się na okrągło.

Czy ostatni rok był pana najtrudniejszym? Po świetnym występie na Euro był pan krytykowany za słabą grę.

- Prawda, trudny był ten rok. Wiele się w moim życiu wydarzyło i później odbiło na formie. Bolała mnie opinia, że zagram na Euro, by się wypromować i uciec z Polski. Że reprezentację potraktuję jak odskocznię do lepszej ligi, a potem o niej zapomnę. To nieprawda, mam już 18 występów i cztery gole w kadrze. Uczę się polskiego.

Oczekiwania wobec mnie były ogromne, każdy chciał, żebym już zawsze grał tak jak w Austrii. Zdaję sobie sprawę, że nie pomogłem Legii na tyle, ile mogłem. Jestem krytyczny wobec siebie, ale moja słaba gra nie wynikała z lekceważenia klubu, kolegów czy trenera. Nie ma piłkarza, który przez cztery lata utrzymałby świetną formę. Kryzys dopadł i mnie, ale już minął.

Najbardziej przykry moment?

- Tych, którzy na futbolu się nie znają, nie słucham. Sam najlepiej wiem, co było nie tak. Złych rzeczy staram się nie pamiętać. Byłem w słabszej formie, bo byłem zmęczony fizycznie i psychicznie. Stąd słaba jesień 2008 roku. Najgorsze minęło.

Dlaczego nie odszedł pan z Legii po Euro? Nie było ofert?

- Były, i to sporo. Przyczyna jest jedna: Legia chciała za mnie dokładnie dwa razy więcej pieniędzy, niż zainteresowane kluby oferowały. Kwoty znam, ale nie chcę ich podać.

Teraz pan odejdzie?

- Najpóźniej w grudniu. Mój los jest w rękach Boga. Miałem oferty z Dinama Zagrzeb, Chin i Emiratów Arabskich. Świetne finansowo, ale chcę pójść do dobrej ligi, grać na wyższym poziomie i rozwijać się, by i kadra miała ze mnie więcej pożytku. Zostało kilka dni do końca okienka transferowego, może coś się wydarzy? Sam na nic nie mam wpływu. Ale i ja, i Legia nie czujemy się komfortowo w obecnej sytuacji, więc jeśli pojawiłaby się dobra oferta, skorzystałyby obie strony. Mój agent cały czas odbiera telefony, ale nie wiem, czy choć jeden będzie takim, na który czekamy. Jeśli zostanę, starczy mi cierpliwości na trzy miesiące. Nie zawsze chcieć odejść znaczy móc odejść.

Ekspert Canal+ Grzegorz Mielcarski powiedział tak: "A może problemem Rogera jest to, że żąda niebotycznego kontraktu i dlatego nie może odejść?".

- Gdyby to była prawda, już by mnie w Legii nie było. W Emiratach, skąd miałem ofertę, płacą bajecznie. Nawet propozycja Dinama Zagrzeb była atrakcyjna finansowo. Ale ja chcę iść do mocnej ligi. Pieniądze są ważne, jednak nie one zdecydują, gdzie będę grał.

Po poprzednim sezonie prezes Legii Leszek Miklas powiedział w "Gazecie": "Właściciele zrobili wszystko, żeby zatrzymać Rogera w klubie. Nim zaczął się kryzys, dostał od nas bajeczną ofertę. Zawodnicy wyjeżdżający z Polski do klubów Ligi Mistrzów mogliby tylko pomarzyć o zaproponowanej przez nas kwocie. On oferty nie zaakceptował. Zażądał pieniędzy, jakie płaci się w bardzo dobrych klubach francuskich czy niemieckich". Mówiło się o nawet 480 tys. euro rocznie brutto. Rzeczywiście była taka oferta?

- Było mi przykro, kiedy przeczytałem w tym wywiadzie, że "czas Rogera w Legii już minął". Rozumiem prezesa, ma prawo tak powiedzieć. Słowa zabolały, bo zostały powiedziane pół roku przed końcem umowy.

Nigdy nie rozmawiałem z Legią o kwocie kontraktowej brutto. Wyłącznie netto. Zapewniam, że gdybym otrzymał propozycję, o jakiej pan mówi, czyli około pół miliona euro rocznie brutto, nie zastanawiałbym się ani chwili, tylko podpisał pięcioletni, nawet sześcioletni kontrakt. Oferta, o której mówi pan prezes, nie była bajeczna. Powiedzmy, że dobra jak na polskie warunki. Gdzie indziej płaci się lepiej.

Jeszcze jeden cytat z prezesa: "Po Euro Roger poczuł, że jest stworzony do gry na wyższym poziomie i w lepszym klubie. Odejdzie z Warszawy, bo przestał tu być szczęśliwy". Rzeczywiście gra w piłkę w Legii przestała panu sprawiać radość?

- To nie do końca tak. Kiedy po Euro okazało się, że zostaję przy Łazienkowskiej, poświęciłem drużynie wszystkie siły i energię. Nie zawsze byłem w wysokiej formie, nie zawsze grałem dobrze. Ale wypełniałem swoje obowiązki, nikt nie ma do mnie żadnych zastrzeżeń. Od kierownictwa Legii usłyszałem nawet, że choć jestem Brazylijczykiem, to jednak mentalność mam europejską. Wielu brazylijskich zawodników poszłoby do prezesa i powiedziało, że nie przystosowali się do warunków, że chcą wracać. Ja nigdy się nie zaniedbałem. Gorsze momenty zdarzają się każdemu i za swoje biorę odpowiedzialność.

Kiedyś obiecałem, że jeśli przestanę być szczęśliwy w Legii, powiem to otwarcie. Ten moment nadszedł. Teraz nie jestem szczęśliwy w Legii. Nie jest przyjemnie usłyszeć od przełożonego, że jest się niepotrzebnym. To rozczarowuje i demotywuje. Ja potrzebuję czuć, że ktoś we mnie wierzy i mi ufa. Dlatego jestem nieszczęśliwy i czuję się niekomfortowo. Ale postaram się, by w meczach tego nie było widać. Obojętnie, czy wejdę na minutę, dwie, czy pół godziny - zawsze postaram się pomóc.

Rezerwowym Legii został pan już późną jesienią 2008 r.

- Tak zdecydował trener Urban. W meczu z Zagłębiem Lubin posadził na ławce m.in. mnie i Edsona. Szanuję to, trener ma pełne prawo tak zrobić. Nie byłem wtedy w dobrej formie i to była wytłumaczalna decyzja. Ronaldinho też siedział na ławie.

Jest pan zdziwiony, że nie ma ofert z dobrych klubów? Legia chce za pana tylko 400 tys. euro.

- Jest kryzys, a w grudniu będę wolnym zawodnikiem. Może kluby wolą poczekać i zaoszczędzić nawet te kilkaset tysięcy euro?

Tylko jeden piłkarz odszedł tego lata z polskiej ligi za pieniądze. To Rafał Murawski z Lecha do Rubina Kazań. Nie ma chętnych na pana, na Pawła Brożka...

- Bo polska liga jest niezauważana w Europie. Kluby mało osiągają w pucharach, więc gdzie mają się promować ligowcy? Jedyne miejsce to reprezentacja. Dzięki niej w Europie zobaczono mnie. Poziom ligi nie jest za wysoki, ale będzie lepszy - zbliża się Euro 2012, nakręci się koniunktura, powstają piękne stadiony.

Co musiałoby się wydarzyć, żeby został pan w Legii?

- Nie ma takiej rzeczy. Na pewno odejdę. Nie wiem tylko, czy teraz, czy w grudniu. Już dawno pogodziłem się z tą myślą. Ostatnia rozmowa o kontrakcie z Legią odbyła się w grudniu, od tamtej pory nie wracaliśmy do tematu. Legia też nie wiąże ze mną żadnej przyszłości. Prezes tak mówił. A trener, jeszcze przed sezonem, zapowiedział, że będę rezerwowym. To jasny znak, że mnie tu nie chcą.

W Lidze Europejskiej był pan podstawowym zawodnikiem w obu meczach z Broendby, ale w ekstraklasie zagrał pan łącznie 56 minut w trzech meczach. Zawsze jako rezerwowy. W ubiegłym tygodniu gazety napisały, że za określoną liczbę występów minimum 45 minut ma pan dodatkową premię. To decyduje, że pan nie gra?

- To prawda, mam taki bonus, ale nie mam pojęcia, ilu występów brakuje, by został on wypłacony. Przyczyna tego, że nie gram, nie leży na boisku. Decydują o tym sprawy pozaboiskowe, a rezerwowym jestem nie z powodu słabej formy, jak mawia trener Urban. Uprzedził mnie, że w tej rundzie najwyżej będę wchodził na boisko po przerwie. W sparingach, Lidze Europejskiej czy kadrze grałem od początku, i to dobrze. Ale na ligę jestem za słaby. Powiedzenie "Roger nie gra, bo jest w słabej formie" to wygodna wymówka, ale nieprawdziwa. W zeszłym roku formę miałem gorszą, a grałem dużo więcej.

Co musiałoby się stać, żeby wrócił pan do składu Legii?

- Nie wiem. Na pewno żadnemu z kolegów nie życzę kartek czy - broń Boże - kontuzji. Trenuję, staram się, a o wszystkim decyduje trener. Temu się podporządkowuję. Legia to nie tylko Roger, Iwański czy Urban, ale coś więcej. Przede wszystkim kibice, dla których gramy.

Ma pan o coś żal do Legii?

- O jedną kwestię: że nie potrafi rozstawać się ze swoimi zawodnikami. Że nie szanuje i nie docenia tych, którzy coś dla klubu zrobili. Edson i Vuković odchodzili stąd skłóceni i niezadowoleni. Ja też odejdę zasmucony okolicznościami rozstania. Choć dobrych wspomnień, tak jak moich dobrych meczów dla Legii, było więcej niż tych złych. Mistrzostwo, Puchar, Superpuchar Polski, polskie obywatelstwo, wyjazd na Euro - za to jestem Legii wdzięczny. Dzięki niej zostałem Europejczykiem i trafiłem do reprezentacji Polski.

Czuje się pan jak piąte koło u wozu?

- Nie. Chcę być jak koło zapasowe. Dobrze napompowane, przygotowane, by wejść i pomóc drużynie bezpiecznie dojechać do celu.

Wie pan, że w drugiej kolejce w Gdyni po raz setny wystąpił pan w ligowym meczu Legii?

- Wiem, ale w klubie chyba nie wiedzieli. W Brazylii jest taki zwyczaj, że przy okazji takiego jubileuszu zawodnik gra w koszulce z numerem 100 i potem zachowuje ją na pamiątkę. Bo to coś wyjątkowego. Szkoda, że tak nie jest w Polsce. Mój jubileusz przeszedł bez echa. Ale ważne, że choć ja o nim wiedziałem.

Pogodził się więc pan już z tym, że następny mecz od pierwszej do ostatniej minuty zagra w Warszawie w 2012 roku przy okazji inauguracji mistrzostw Europy? W Legii już raczej nie wystąpi pan przez 90 minut.

- Może i tak być, ale chciałbym zagrać jeszcze w klubie. Marzenie mam inne. Po nocach śni mi się brazylijski mundial w 2014 i gol dla Polski. Do spełnienia tego marzenia będę dążył z całych sił.

Nie gra pan w klubie - traci na tym reprezentacja.

- Leo Beenhakker to inteligentny człowiek, orientuje się, czemu nie gram w Legii. Widział mnie na zgrupowaniu przed meczem z Grecją, widział w meczu i wie, że może na mnie liczyć. To, że nie gram, nie znaczy, że nie mam odpowiedniej formy, by grać. Zrobię wszystko, by moja sytuacja w klubie nie zaszkodziła mojej sytuacji w kadrze, w którą jestem zaangażowany i dla której chcę być bardzo pożyteczny. Chcę pomóc Polsce w awansie na mundial.

Nawet komplet zwycięstw w jesiennych meczach eliminacji MŚ nie gwarantuje wam pierwszego miejsca.

- Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Przed meczem z Grecją sporo rozmawialiśmy w drużynie o tym, co było. Porażki w Bratysławie i Belfaście to koszmar. Więcej takie występy się nie powtórzą. Na boisko będziemy wychodzić maksymalnie skoncentrowani i teraz będzie bardzo ciężko z nami wygrać. Grecy się o tym przekonali pierwsi, następni - we wrześniu, potem w październiku.

Pomagał pan Ludovikowi Obraniakowi? Jest w podobnej sytuacji jak pan ponad rok temu.

- On miał polskich przodków, ja - nie. Moje obywatelstwo to była inicjatywa kilku osób, z Ludo jest inaczej. Ale starałem się go wspierać przed meczem z Grecją. Zamieniliśmy parę słów po angielsku. Najważniejsze, że wszyscy złapaliśmy wspólny język na boisku. Ludovik jest świetnie wyszkolony technicznie, lubię grać z takimi. W Bydgoszczy dał odpowiedź, czy przyda się drużynie.

Czuje się pan pełnoprawnym reprezentantem Polski?

- Wołają na mnie "Parejro" - to od przejęzyczenia pana prezydenta. Koledzy czasem jeszcze żartują i mówią "Roger, nigdy nie będziesz Polakiem", nawiązując do transparentu wywieszonego kiedyś w Białymstoku. Wyciągam wtedy czerwony paszport z orłem i mówię: "Zobacz, teraz jesteś moim bratem!". Atmosfera jest znakomita. Zaakceptowali mnie, rozmawiamy po polsku. I doskonale się rozumiemy.

Za pomoc w tłumaczeniu serdecznie dziękuję pani Agacie Wójcik

Roger w Legii (liga)

Wiosna 2006

13 meczów: 3 gole, 0 asyst, 1112 minut na boisku

Sezon 06/07

29 meczów: 6 goli, 5 asyst, 2370 minut na boisku

Sezon 07/08

28 meczów: 6 goli, 7 asyst, 2393 minuty na boisku

Sezon 08/09

28 meczów: 4 gole, 6 asyst, 2299 minut na boisku

Jesień 2009

3 mecze: 0 goli, 0 asyst, 56 minut na boisku

Inne rozgrywki

37 meczów, 3 gole