Sport.pl

Małachowski: Po pierwszym rzucie wierzyłem, że będę mistrzem świata

Dopiero ostatnim rzutem Robert Harting wydarł Piotrowi Małachowskiemu tytuł mistrza świata. Polak jest zadowolony z wyniku, ale ma świadomość, że złoto było bardzo blisko.
Leniarski twitteruje z Berlina  »

Małachowski zdobywa srebro - relacja Z Czuba  »

Wierzył pan, że może tutaj zdobyć medal?

Piotr Małachowski: - Po pierwszym rzucie wierzyłem, że będę mistrzem świata. Ale w końcu to nic śmiesznego, że mam srebro, zawsze będę drugi? Po pierwszym rzucie byłem w szoku. Myślałem, że było 66 metrów. Jak zobaczyłem wynik 68,77, hmmm, wpadłem w szok. Nie ułożył się do końca po mojej myśli, ale w sumie chyba dobrze się skończyło.

Ale jak to się robi? Jeszcze niedawno nie chciał pan przyjeżdżać do Berlina, rzucał 64 metry...

- Wchodzi się do koła, rzuca i patrzy, gdzie wylądował dysk. Po prostu wszedłem i zrobiłem to. Miałem wykonać rzuty luźno. Wyszło to, co nie wychodziło w eliminacjach. Ale teraz też zrobiłem błąd techniczny i w efekcie było o dwa metry bliżej.

Przecież palec był kontuzjowany. Jak z kontuzjowanym palcem zdobywa się wicemistrzostwo świata?

- Bo to jest palec boży. Palec nie boli, bo w Warszawie doktor Śmigielski dał jakieś zastrzyki, pokazał jak zakładać plastry na palec. Spisał się jako lekarz. Jeszcze w Spale trener Suski wahał się, czy jechać bo nie wyglądało to dobrze. Ale Krawczyk nas namówił. Mówił, żebyśmy pojechali i zobaczyli co dalej. Przedostatni trening tu w Berlinie pokazał, że jestem w formie.

Palec nie bolał, przez kontuzję nie rzucałem jednak na treningach tak często, i tu w Berlinie nie wykonywałem najlepszych prób. Ale było dobre koło, dobry wiatr, dobre dyski.

Gerd Kanter nie zaliczał pana do potencjalnych zagrożeń przed finałem...

- Ja tu nie przyjechałem przegrać zawodów. Trochę za szybko podzielił te medale. Na boisku rozgrzewkowym nie wyglądał dobrze. Przynieśli mu kubeł z lodem i trener Witold Suski z fizjoterapeutą Andrzejem Krawczykiem śmialismy się, że mu widocznie głowa dymi.

Pierwszym rzutem ustawił pan konkurs i mógł kontrolować rywali...

- Krawczyk zadzwonił do mnie wczoraj i powiedział, że rzucam jako drugi, przede mną jest Bogdan Piszczalnikow, za mną Kanter. Odpowiedziałem "To dobrze, znaczy, wygrywam konkurs". Prawie się sprawdziło. Sądziłem, że Robert Harting zwycięży, a na 100 procent będzie miał medal. Wiedziałem, że do ostatniej próby będzie groźny, ale liczyłem, że moich 69 metrów nie przeskoczy. Był naprawdę mocny. Jak już miałem przegrać to raczej z nim, niż z Kanterem,

Spodziewał się pan takiego dramatu?

- Spodziewałem, tylko nie wiedziałem, że będę w nim grac główna rolę? W Pekinie medal był fajniejszy. Tutaj miałem machnąć na maksa w pierwszej próbie, bez presji i wyszło.

Teraz może pan już wygrywać z Kanterem?

- Nie, on naprawdę jest mocny. Na 70 metrów też jeszcze mnie nie stać. Jeszcze pora na mnie nie przyszła.

Małachowski sięga po srebro - czytaj tutaj »


Bolt rzutu dyskiem - nie widział Polaka na podium »


Serwis Sport.pl o MŚ w Berlinie - wyniki, relacje na żywo, ciekawostki »


Więcej o: