Sport.pl

Sir Alex znów poszedł po rozum do głowy

Futbolowy biznes stanął na głowie nie dlatego, że Real Madryt wyłożył za Cristiano Ronaldo bezprecedensowe, wywołujące moralną odrazę kręgów nie tylko watykańskich 94 mln euro. Futbolowy biznes stanął na głowie, bo Manchester United wyszarpany szmal chomikuje. Najbogatszy obok Realu klub świata znienacka postanowił zarabiać na transferach.
Rafał Stec na blogu: Dlaczego Ibrahimovic nie został najdroższym »

Manchester ustanowił własny rekord, zostawił też w tyle całą Europę. Przynajmniej na razie, bo piłkarzy wciąż wolno kupować. Od przychodów z handlu żywym towarem odejmijmy rozchody, a wyrachujemy około 75 mln czystego zysku. Suma niebotyczna zwłaszcza w przypadku firmy, która ruchami na rynku transferowym poprawia księgowy bilans incydentalnie, raz na dekadę, a jeśli już poprawia, to minimalnie. W nowożytnej historii klubu (opieram się na niedoskonałych szacunkach serwisu Transfermarkt.de) na plus wyszedł tylko w latach 1995 i 2003, zazwyczaj ubożejąc o kilkadziesiąt milionów. Teraz nikt na świecie nie zarobił więcej od Manchesteru, choć organizująca piłkarski mikrokosmos naszych czasów fundamentalna zasada brzmi: najbogatsi kierują się na rynku transferowym przede wszystkim kryteriami sportowymi, obfite zyski wypracowując gdzie indziej (marketing, prawa telewizyjne, premie za trofea etc), z eksportu graczy finansuje swoją działalność cała reszta, od klasy średniej po biedotę.



Ponad miesiąc temu szefowie Manchesteru podjęli strategiczną decyzję, by nie wydawać sporych pieniędzy na piłkarzy po 26. roku życia, czyli nie płacić słono za tych, których po wypełnieniu misji na Old Trafford nie zdołają drogo sprzedać. Idea tak bardzo zdumiewa, że nie wszyscy dawali jej wiarę - choć informowały o niej wciąż uchodzące za wiarygodne "Independent" i "Guardian". W epoce dynamicznie wydłużających się karier ów metrykalny limit zdaje się przecież nadspodziewanie restrykcyjny, prawie nieracjonalny. 26-latków stać jeszcze na blisko dekadę gry na najwyższym poziomie.

A jednak mistrzowie Anglii konsekwentnie się oryginalnej koncepcji trzymają. Płacą nieźle, ale za gołowąsów, i to niekoniecznie okupujących szczyty rankingów na megagwiazdy jutra. Mame Biram Diouf skończył dopiero 21 lat, Gabriel Obertan - 20, Luis Valencia - 24, a ściągnięci w trakcie minionego sezonu Adem Ljajić oraz Zoran Tosić - odpowiednio 17 i 22. Wapniak w ich towarzystwie Michael Owen (w grudniu stuknie mu trzydziestka) został zatrudniony dlatego, że nie kosztował nic. Gdyby namiętny kolekcjoner mebli z epoki wiktoriańskiej postanowił własnoręcznie wystrugać sobie kredens - oczywiście z najszlachetniejszego drewna - nie wyglądałby bardziej osobliwie niż trener Alex Ferguson prognozujący, że gole strzelać będą dlań nastoletni snajperzy - Federico Macheda i Danny Welbeck, którzy pięć minut temu wychynęli z rezerw i poczuli, jak twarde kości mają dorośli piłkarze.

Skąd ta rewolucja? Unosi się nad stadionem Old Trafford duch globalnego kryzysu, który skłania biznesmenów do ostrożniejszego zarządzania ryzykiem i w ogóle wstrzemięźliwości w interesach? Wyspiarze - inni potentaci ligi też poczynają sobie skromniej - wstrzymują oddechy przed spowodowaną recesją brytyjskiej gospodarki reformą podatkową, która wiosną radykalnie powiększy koszty utrzymania drużyny i odbierze im przewagę nad konkurencją z Włoch bądź Niemiec? Do tamtejszych futbolowych bossów żyjących dotąd w hermetycznym światku bezwstydnego luksusu dotarło, że hen daleko, za bramami stadionu, istnieje inna rzeczywistość, wcale nie mniej realna od boiskowej, której kłopoty mogą dotknąć również kluby?



Gdybym miał próbować czytać w myślach Aleksa Fergusona, przypuszczałbym, że wpływają nań - poza obiektywnymi okolicznościami ekonomicznymi - przykre doświadczenia z minionego sezonu, a także uważna obserwacja dokonań wielkiego rywala Arsene'a Wengera.

Dużo przykrości sprawił Fergusonowi przede wszystkim Cristiano Ronaldo - następca Davida Beckhama, wspanialszy i wydajniejszy na boisku od swego poprzednika. W stajni szkockiego szkoleniowca ma panować idealny porządek, tymczasem zjawiskowy skrzydłowy znarowił się już kilkanaście miesięcy temu, żądając transferu do Realu, i wierzgał dopóty, dopóki nie usłyszał obietnicy, że bieżącego lata będzie mógł do Madrytu wreszcie pogalopować. Gwiazdy, zwłaszcza importowane, wytrzymują w jednym miejscu coraz krócej, prędko zaczynają się wiercić, szantażować, wymuszać. Lojalność to dziś aberracja, w najlepszym razie ekstrawagancja. Zdradzony Ferguson miał prawo wyciągnąć logiczny wniosek, że inwestowanie w dojrzałych graczy z każdym sezonem staje się bardziej ryzykowne (a nuż odejdą za marny grosz), że przyszłość należy do menedżerów zdolnych odpowiednio wcześnie postawić na odpowiednich młokosów. Ćwieka zabił mu zapewne również przypadek Carlosa Teveza, który obraził się za notoryczne ugniatanie ławki rezerwowych, przestał na wakacjach odbierać telefony od szefa i zbiegł do lokalnego rywala Manchesteru City.

Zostaje jeszcze zachęcający przykład przywoływanego Wengera, ekstatycznego piewcy młodzieńczego wigoru i samodzielnego lepienia gigantów futbolu z obiecujących dzieciaków. Ferguson lubi się rozwijać, w zdolności do nieustającego uczenia się tkwi jeden z sekretów jego długowiecznej wielkości. Jeśli w minionych latach z powodzeniem przejmował od kolegów po fachu z Chelsea i Liverpoolu (Mourinho i Beniteza) obsesyjne cyzelowanie organizacji gry defensywnej, to dlaczego miał nie zaczerpnąć z modelu arsenalskiego? Oczywiście bez powielania wengerowej ortodoksji, który z nowatorskiego wizjonera przeistacza się niekiedy w nieszkodliwego dziwaka w eksperymentowaniu widzącego wartość wyższą niż wygrywanie.



Większość wyspiarskich ekspertów nie dowierza, że okaleczonemu Manchesterowi się uda. Tak, okaleczonemu, bo utrata piłkarza, który w trzy sezony nastrzelał 66 goli, każdą drużynę wpędziłaby w stan krytyczny. Sceptycyzm wynika także, o paradoksie, z niesamowitego wczoraj i przedwczoraj obrońców tytułu. Ferguson przeżywa właśnie najznakomitszy okres w swojej ociekającej złotem karierze, ba, zdobyte trzy razy z rzędu mistrzostwo kraju i dwa kolejne występy w finale Puchar Europy to passa niespotykana w angielskim futbolu od ćwierć wieku. Z przyczyn naturalnych publika spodziewa się, że Manchester wreszcie się potknie, zwłaszcza że konkurencja wciąż się wzmacnia, głodnieje, naciska inspirowana nieśmiertelnym "bij mistrza".

Wzmaga się także tęsknota za wywróceniem nienaruszalnej elity Premier League, najstabilniejszej w czołowych rozgrywkach europejskich. Fani psioczą na finansową hegemonię Arsenalu, Chelsea, Liverpool oraz MU, widząc w niej główną przyczynę nietykalności kwartetu potentatów. Dziś nadzieję ma ponoć dawać nie cierpliwie budowana drużyna Aston Villi, lecz czerpiący z emirackiego skarbca bez dna dorobkiewicze z Manchesteru City, którzy podebrali przeciwnikom uznane gwiazdy - Teveza, Emmanuela Adebayora, Kolo Toure i Garetha Barry'ego. Gdyby im się powiodło, kibicowscy wrogowie szalonej komercjalizacji futbolu stanęliby przed dylematem - fetować upragnioną rewolucję na ligowych szczytach czy rozpaczać, że znów zatriumfowała mamona.

Manchester City będzie kupować dalej - czytaj tutaj »


Zaciskają pasa

Nienasyceni dotąd potentaci Premier League zaciskają pasa. Do minionego weekendu tylko Chelsea więcej wydała, niż zyskała na transferach - wskutek zakupu Jurija Żirkowa za 20 mln euro (londyńczycy ponoć pracują nad jeszcze jedną hitową transakcją). Manchester United, Liverpool (Xabiego Alonso i Alvaro Arbeloę wymienił na Alberto Aquilaniego i Glena Johnsona) oraz Arsenal (stracił Adebayora i Toure, wziął Vermaelena) zarobiły w sumie około 120 mln euro. Kupować piłkarzy wolno do końca sierpnia.