Sport.pl

Przed starciem Adamek - Gołota w październiku w Polsce: Godzilla kontra gigant

Walka Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem będzie jak zderzenie planet nadciągających z innych układów słonecznych
Nie piszę tu o różnicy w warunkach fizycznych ani o kategoriach wagowych, ale o charakterach, doświadczeniach w ringu i poza nim. Rzadko w boksie naprzeciw siebie stają takie przeciwieństwa jak w tym przypadku.

Kiedy w lipcu 1996 roku wsiadałem z Andrzejem Gołotą, Lou Duvą, Rogerem Bloodworthem do windy hotelu South Gate Tower, pięściarz spojrzał na mnie zapuchniętymi oczami, mrugnął jednym i rozchylił bluzę. Miał za pazuchą kij bejsbolowy. W tej samej chwili na Siódmej Alei porządek po rozróbach próbowała zaprowadzić nowojorska policja, Gołota głaskał po czaszce szwy od ciosów telefonem krewniaka Riddicka Bowe'a, poturbowany w Madison Square Garden przez kiboli Duva inhalowany był tlenem przez ratowników zaledwie godzinę wcześniej.

A Gołota uśmiecha się rozbitymi ustami i mówi: - Niezłe jaja, co?

Jedno małe zdarzenie w windzie, a ile o nim mówi.

Brązowy medalista olimpijski z Seulu, wicemistrz świat juniorów - uciekł z Polski przed aresztowaniem, znany był z rozrób w warszawskich dyskotekach. W USA przeszedł na zawodowstwo trochę z desperacji, bo nie miał co robić w domu, gdy żona pracowała całymi dniami w restauracji.

Trochę już zapomnieliśmy o jego stylu we wczesnych walkach, o niezrównoważonym zachowaniu w szczególnie trudnych chwilach, o ugryzieniu w szyję Samsona Pou'hy na kilka lat przed odgryzieniem ucha rywalowi przez Mike'a Tysona. O walnięciu "z byka" Dannella Nicholsona. Wreszcie o nieszczęsnych walkach z Bowe'em zakończonych dyskwalifikacją.

Kariera pokręcona jak sen pijanego. Nie wymyśliłby jej Tarantino w malignie: walki z najlepszymi na świecie, porażki przez nokaut w pierwszej rundzie, ucieczki z ringu, poddania przy niemal pewnych zwycięstwach, a jednocześnie wielkie, ciężkie - i zawsze przegrane, choć naprawdę niesprawiedliwie - pojedynki. I bójki nocą z przygodnymi obywatelami, przyjaźnie z mafiosami, wypadek luksusowego mercedesa, w których ginie przyjaciel.

Ruchliwy Adamek czy wielki Gołota? Kto ma większe szanse?
Gdy porównać ten zwariowany czas Gołoty z tym, co się działo z Adamkiem...

Nigdy nie był na igrzyskach, bo zrezygnował ze startu w Sydney, przechodząc planowo na zawodowstwo. Od tamtego czasu nie zmienił trenera, Gołota miał ich pięciu. Adamek nie przegrywa trudnych walk w sposób zaskakujący - jedyna porażka z Chadem Dawsonem miała jak najbardziej niespektakularny finał. Adamek przegrał na punkty, bo był słabszy.

Wielka różnica charakterów - być może właśnie ona jest źródłem przygód Gołoty w ringu i poza nim. W 1997 roku w salce w Ceasars Casino w Atlantic City Gołota ćwiczył do walki z Lennoksem Lewisem. Burczał na ponad 70-letniego trenera, który chodził wokół niego na palcach i bał się odezwać, sparingpartner, z którym rozmawiałem, nie mówił o Gołocie inaczej niż "bullish" lub "bully" (brutalny, brutal), choć po pierwsze, był z nim związany kontraktem, po drugie, niejednego brutala już widział. Długoletni przyjaciel Ziggi Rozalski ze strachu przed Gołotą już nawet nie wchodził do sali. Widok rozbieganych oczu pięściarza i spokój Lewisa kilka dni później, w chwili gdy sędzia ringowy mówił, że liczy na ich czystą walkę, wskazywał, że nie potrwa długo. Trwała 95 sekund.

Adamek zachowuje zadziwiający spokój bez względu na okoliczności. Na trzy dni przed rewanżową walką z Paulem Briggsem omal nie zgodził się na zabawę-sparing z reporterem "Gazety". Ale spokojnie zastanowił się i powiedział: - Nie mogę. Co będzie, jak na twojej głowie złamię sobie palec?

Boks jest jego zawodem, jest dobrze przygotowany, a boi się tylko Boga - to jego najczęściej ulubiona sentencja przed walką. Dla dziennikarza tak oszczędny w emocjach i słowach bohater to koszmar, ale perspektywy zwycięstwa są duże.

Nawet teraz, gdy w jednej z gazet Gołota dał dość obraźliwy dla Adamka wywiad, na stronie internetowej jego przeciwnika ukazał się tonujący emocje, pełen szacunku tekst, w którym Adamek przyznaje, że zawsze w oczach kibiców będzie "tym drugim".

Nie, nie jest aniołem. Niestety i wokół niego krążą podejrzane osobistości, nie wytłumaczył się nigdy z oskarżeń o doping wysuniętych przez jednego z ludzi z najbliższego otoczenia.

Adamek zaczyna i kończy fraszką Sztaudyngera: Niejeden by nie zaczynał, gdyby mógł przewidzieć finał.

Ale kogo miał na myśli?