Sport.pl

Piotr Małachowski: Sport jest okrutny

- Sport jest okrutny. Gdybym miał syna, chyba bym nie chciał, by trenował. Mnie udało się odnieść sukces, ale ilu ciężej harującym się nie udało - mówi Piotr Małachowski.
MŚ w lekkiej atletyce - 51 w kadrze Polski »

Wicemistrz olimpijski z Pekinu waha się, czy wystartować w mistrzostwach świata. Powodem wahań jest uraz palca dłoni. Jest to palec wskazujący. Wskazuje, że w nowoczesnym sporcie o karierze i sukcesie może zdecydować drobiazg. Rozmawialiśmy w Spale, dyskobolowi towarzyszył mistrz olimpijski w pchnięciu kulą Tomasz Majewski.

Radosław Leniarski: Nic nie można zrobić, by palec nie bolał i można było rzucać?

Piotr Małachowski: Te plastry są po to, aby nie bolało, ale to nic nie daje. Blokada? Brałem i dalej boli. Więzadła są urwane. Na mistrzostwa świata chyba nie jadę, bo gdybym rzucił, mimo bólu, 63-65 metrów, byłbym ósmy, a to kompromitacja dla wicemistrza olimpijskiego. Daję sobie jeszcze kilka dni treningów i zdecyduję.

Od mityngu w Madrycie oddałem 58 rzutów. W tym samym czasie przed igrzyskami rzucałem 300 razy tygodniowo. Nie mam czucia. Trenuję rzuty kulką, ale to nie to samo. Siłę mam, niczego mi nie brakuje, ale jak wracam do dysku, leci jak kartofel.

Może dobrze, że kontuzja przydarzyła się teraz. Rok poolimpijski, nie ma takiego napięcia...

Małachowski: Pewnie, że lepiej niż rok temu, bo nigdy bym nie wiedział, co bym stracił. Byłbym innym człowiekiem.

Tomasz Majewski: Ludzie mówią, że fajnie być sportowcem. Gdzie tam fajnie? Trzeba zapier..., ale nie wiesz, czy wyjdzie. Ilu jest ludzi, którzy ciężej zapieprzają, a nigdy im nie wyszło i nie wyjdzie. Są tacy, którzy widzą, że się nie nadają, i cierpią dalej. Nam się udało, ale nie radzę. My na początku nie mieliśmy kolorowo. Mam brata, który ręce ma większe niż ja, ale do sportu to bym go nie ciągnął. Jeden w rodzinie wystarczy.

Czy rezygnacja ze startu w mistrzostwach świata ma konsekwencje finansowe?

Małachowski: Kiedyś co roku trzeba było startować, bo zaraz było po stypendium. Tomek w 2006 roku w Göteborgu musiał pchać kulą z kontuzją nogi. Ósmy był i cudem załapał się na stypendium.

Teraz jest w ministerstwie plan, żeby medaliści olimpijscy nie musieli między igrzyskami potwierdzać klasy sportowej. Można by spokojnie trenować, leczyć się. Ale zdaje się, że ten okres zmniejszono do dwóch lat. Jest przecież tylu medalistów olimpijskich w Polsce, że nasza gospodarka mogłaby nie podołać temu wysiłkowi.

Na pewno związek pomoże. Ale trzeba znaleźć specjalistę chirurga od ręki. Skomplikowana rzecz. Czy w Polsce są specjaliści? Szukam we Włoszech, w Niemczech. Robert Harting miał już kilka operacji, więc lepiej jego specjalistę ominąć. Najpierw znajdziemy fachowca, potem będziemy szukać pieniędzy. I to niemałych. Operacja Marka Plawgi kosztowała w Hanowerze 12 tysięcy euro. Ale komu mają pomóc, jeśli nie medaliście olimpijskiemu.

Przez 12 lat treningu to moja pierwsza kontuzja, z kaszlem do lekarza nie latam. Nie miałem żadnej operacji.

Czy można tak zmienić technikę, aby rzucać daleko, ale nie łapać kontuzji?

Majewski: U nas cały naukowy rozwój konkurencji odbył się w latach 70. Wtedy nastąpiła optymalizacja rzutów. Niemcy z NRD i Ruscy ponagrywali kamerami zawodników, poprzeliczali kąty, prędkości, każdą wielkość istotną w rzutach i stwierdzili, że nie da się w technice wymyślić nic nowego. I rzeczywiście, od tamtych czasów nikt nic nowego nie wymyślił.

Małachowski: W Rosji zawodnik próbował rzucać z dwóch obrotów. Nie przekroczył 63 metrów. Lars Riedel próbował rzucać w skórze rekina, tym pływackim stroju. Liczył na mniejsze opory powietrza, na korzystniejsze ukształtowanie mięśni. Nic to nie dało. Tyle, ile wytrenował, tyle rzucił. W skórze czy bez skóry.

Teraz tylko można porównać się do wzorca - np w Halle są ekipy, które nagrywają rzut, a potem mówią: oddałeś rzut pod takim kątem, przyrząd osiągnął taką prędkość, proszę, oto kinogram. Ale potem trzeba samemu sobie z tym poradzić.

Majewski: Tak szczerze, to co z tego, jeśli ktoś ten kinogram potem zanalizuje. To wszystko o kant dupy potłuc. I tak wiemy, jak rzucać, jak pchać dalej, nie potrzebujemy do tego naukowców. Jakby technika na rzutniach zmieniała się z roku na rok, gdyby u nas było tak jak w pływaniu, że stale coś nowego wyskakuje... Ale u nas wszystko już wymyślono. I rekordy mogą bić jedynie mutanty, jak Usain Bolt.

Małachowski: Ewentualnie można pobić rekord, gdy się ma idealne warunki. Nie, nie fizyczne, warunki atmosferyczne do rzutu. Jeśli ktoś czuje się fantastycznie, i do tego wieje wiatr, dysk poszybuje o trzy, cztery metry dalej, niż gdyby nie wiało. Przepisy nic nie mówią o dopuszczalnej sile wiatru w rzutach. Trafisz wichurę, bijesz rekord, o ile umiesz rzucać pod wiatr. Mistrz olimpijski Gerd Kanter to już przegina. Wynajduje takie miejsca na świecie, gdzie napieprza wichura i tam jedzie bić rekord świata. To mu się nie udaje, ale znowu próbuje. Ma ludzi, którzy mu to sprawdzają i kontraktują start.

Majewski: Są mityngi, na których z góry wiadomo, że będzie wiało - nad morzem w Retymnonie na Krecie, w Salinas, w Chulavista w USA, w Helsingborgu w Szwecji. Tam wichury takie walą, że można naprawdę daleko rzucać. Był mityng na Hawajach, na którym zawsze strasznie wieje wzdłuż dolinki, gdzie jest zbudowany stadion. W pierwszej edycji chłopaki porzucały takie życiówki, że potem przez parę lat nie mogli się od nich odbić. Widziałem zdjęcia, palmy poziomo były.

Małachowski: Ale trzeba umieć wiatr wykorzystać. Inaczej dysk ułożyć, aby stawiał jak najmniejszy opór, a potem opadał długim ślizgiem. To tak jak przy skokach Małysza, który łapie wiatr pod narty. Ale w każdej sytuacji musi mieć dobrą prędkość na progu, czyli u nas początkową prędkość w chwili, gdy kończy się kontakt dłoni z przyrządem.

Nauczyliście się wykorzystać wiatr, kiedy zaczęliście trenować między Sierpcem a Rypinem?

Majewski: W Ciechanowie, pięć lat zapieprzaliśmy w Ciechanowie. I umieliśmy robić wszystko we wszystkich warunkach. Potrafimy rzucać, gdy wieje i gdy pada deszcz. Wiemy, jak się rzuca i pcha na mrozie, bo i to robiliśmy.

Ja na przykład wolę jak pada deszcz. Dla mnie lepiej, dla reszty gorzej. Ja pcham inną techniką. Rywale przy obrotach się ślizgają. Ja osiągam w deszczu pół metra mniej, ale oni półtora metra. U Piotrka - w jego konkurencji wszyscy wykonują obroty - zależy, jakie jest koło. Zdarza się, że śliskie jak lustro i ludzie całkowicie sobie nie radzą. Rzucają kilka metrów bliżej. Zdarza się, że na konkurs przyjeżdża czołówka światowa i w deszczu rzuca po 62 metry.

Na czym polega to, że jedni się ślizgają, a inni - jak Piotr - nie?

Małachowski: Buty.

Każdy ma buty, jakie chce...

- Ale Adidas albo Nike robią buty na koła standardowe. Jak pada deszcz, to takie buty są do niczego. Trzeba mieć buty na deszcz, jak deszczowe opony w Formule 1. My robimy buty sami. Na przykład wykorzystujemy trampki albo jeszcze lepiej korkotrampki. Z korkotrampek trzeba ściąć korki i w ten sposób uzyskuje się idealną gumę na podeszwie. To są najlepsze gumy na świecie. Kiedyś w takich startowałem. Teraz preparuję je tak, że do ściętej podeszwy adidasa doklejam gumę na deszcz, którą "wyhaczam" od zaprzyjaźnionego szewca. Zawsze zabieram kilka par. Nie wszyscy tak robią, tylko ci sprytniejsi. Pozostali polegają na producentach.

Kto wygra mistrzostwa świata bez pana...

Małachowski: Czterech jest teraz na świecie najlepszych dyskoboli, przy czym Kanter nie przegrał bodaj od 22 startów. Ja zajmowałem w tym sezonie zwykle drugie miejsce. Beze mnie w Berlinie wygra Kanter, przed Virgilijusem Alekną i Robertem Hartingiem.

Więcej o lekkiej atletyce - na Sport.pl »