Sport.pl

Krzysztof Sobieraj: Kto korumpował? Nie jestem kapusiem

Nie mogłem się pogodzić z tym, że niektórzy piłkarze za sprzedane mecze sobie domy pobudowali, ale na ławie oskarżonych zamiast nich siedzę ja. I to ja, k..., jestem na świeczniku jako pierwszy skazany piłkarz - mówi w rozmowie z "Gazetą Sport" i Sport.pl Krzysztof Sobieraj, pierwszy piłkarz skazany za korupcję w procesie w sprawie Arki Gdynia.
Grzegorz Kubicki: Dlaczego odszedł pan z Arki? Klub, który masowo kupował mecze, nie chciał już gracza skazanego za korupcję?

Krzysztof Sobieraj: To ja od początku roku zabiegałem o rozwiązanie umowy. Chciałem odejść, bo byłem dyskryminowany. Arka nie płaciła mi od czterech miesięcy. Zresztą nie tylko mi - także Weinarowi, Chmiestowi czy Mazurkiewiczowi. Wszystkim piłkarzom, którzy leczyli kontuzję lub byli odsunięci od pierwszej drużyny. Byliśmy traktowani jak odpady. Byłem nawet gotowy zrezygnować z zaległych pieniędzy, byle tylko pozwolili mi odejść. Grałem w Gdyni pięć lat. Pierwsze cztery były super, ale przez ostatni rok, kiedy prezesem był Sampławski, w Arce było jak w samolocie - niby luksusowo, a rzygać się chciało.

A może był pan tak traktowany po wyroku za korupcję?

- To nie miało znaczenia.

Jak pan trafił do prokuratury we Wrocławiu?

- Jechaliśmy pociągiem na mecz z Podbeskidziem. Zadzwoniła komórka. Zastrzeżony numer. Odebrałem i słyszę: "Dzień dobry, z tej strony Robert Tomankiewicz, wydział do walki z korupcją. Na który adres wysłać panu wezwanie do prokuratury, bo mam dwa?". Podałem mu aktualny. Pojechałem do Wrocławia, pogadaliśmy ze 40 minut i przedstawiono mi zarzut obietnicy łapówki.

Co pan komu obiecał?

- Zarzucono mi, że w sierpniu 2004 r. podczas meczu z RKS Radomsko w osiemdziesiątej którejś minucie, przy stanie 2:2, krzyknąłem do sędziego: "Panie sędzio, niech pan nam pomoże, to dostanie pan 10 tys. zł!". I tylko za takie coś, czego zresztą nie zrobiłem, dostałem karę ośmiu miesięcy więzienia w zawieszeniu na cztery lata i 4,5 tys. zł grzywny. Inni mieli dużo więcej zarzutów i niewiele większe kary.

A mecz z Mławą? Podobno biegał pan za sędzią i krzyczał: "Panie sędzio, to kiedy ten umówiony karny!"?

- Bzdura. Oskarżali mnie o to piłkarze z Mławy, którzy potem pojechali we trójkę do sądu i temu zaprzeczyli. Bałem się, że nagadają głupot i mnie czymś obciążą, ale oni powiedzieli tylko, że karny, po którym wygraliśmy 1:0, był ewidentny. Często krzyczałem do sędziów, zwłaszcza kiedy byłem kapitanem, także w sprawie rzutów karnych. Ale były to okrzyki w stylu: "K..., dlaczego nie gwiżdżesz, przecież powinieneś pokazać na wapno!".

Czy podczas meczu z Radomskiem obiecał pan coś sędziemu?

- Nie, ale wiem, kto to zrobił.

Kto?

- Nie powiem, nie jestem donosicielem. Ale ta sytuacja będzie już niedługo wyjaśniona, bo ruszyło go sumienie. Szkoda tylko, że tak późno.

To dlaczego to pan został skazany, a nie ten drugi?

- Do prokuratury zgłosił się Mariusz Woroniecki, który w meczu z Radomskiem był naszym kapitanem. Zeznał, że to ja krzyczałem do sędziego Piotra Aleksandrowicza z Radomia. Jednak na rozprawie zmienił zdanie i powiedział, że nie jest pewny, kto krzyczał. Mimo to to za mnie zabrała się prokuratura, a ta druga osoba jest wolna.

W końcówce meczu z Radomskiem Robert Dymkowski strzelił bramkę na 3:2 i wygraliście. Daliście coś wtedy sędziemu?

- Po meczu sędzia wezwał Woronieckiego i powiedział mu, że jeden z piłkarzy krzyknął do niego, że jeżeli gwizdnie karnego, to dostanie dodatkową premię. Kiedy Woroniecki zapytał go, kto to zrobił, sędzia wymienił dwa numery - mój i jeszcze jeden. Woroniecki zapytał o to nas obu - zaprzeczyliśmy. Wtedy Woroniecki wrócił do sędziego i powiedział mu, że nic nie dajemy. Woroniecki opowiadał, że sędzia strasznie się wkurzył i zapowiedział, że jeżeli nic nie dostanie, to nas załatwi, bo światek sędziowski jest mały. Aleksandrowicz zadzwonił do kierownika drużyny i zapytał, gdzie jest dodatkowa kasa. Jeszcze raz miał straszyć układem, mówił, że obietnice są po to, by ich dotrzymywać. I wtedy Woroniecki i kierownik zanieśli mu pieniądze - jakieś 3 czy 5 tys. zł.

A nie rozmawiał pan ze swoim kolegą, nie prosił go, żeby się przyznał?

- Rozmawiałem. Ale nie naciskałem - robili to koledzy z drużyny. Powiedział, że się boi. Od półtora roku nie mam z nim kontaktu, ale dowiedziałem się, że sam pojedzie do Wrocławia. Zwłaszcza że może mieć na sumieniu więcej niż mecz z Radomskiem.

Może po wyroku pan go zastraszył?

- Absolutnie. W prokuraturze i sądzie miałem okazję powiedzieć, kto to jest, ale go nie wydałem. Podkreślałem tylko, że to nie ja.

Twierdzi pan, że jest niewinny, ale bierze na siebie winę kolegi?

- Gdybym się przyznał, że to ja składałem obietnicę sędziemu, teraz nie miałbym takich kłopotów. Ale nie mogłem tego zrobić, bo jestem niewinny.

To może teraz pan ujawni, kto to był?

- Powiem tylko, że tego zawodnika nie ma już w Arce, ale nadal gra w piłkę.

Jak wyglądała korupcja w Arce? Jakie funkcje spełniali prezes Jacek Milewski, wiceprezes Grzegorz Gąsiorowski, dyrektor Wojciech Wąsikiewicz czy kierownik Wiesław Kędzia? Kto się czym zajmował?

- Nie mam pojęcia. Wiem tylko to, co słyszałem podczas rozpraw w sądzie. Prezes Milewski to mądry facet. On potrafił....

Zaraz, zaraz. Jaki mądry? Przecież kierował grupą przestępczą ustawiającą mecze, oszukiwał ludzi!

- No dobrze. Powiedzmy, że był operatywny. Owszem, z tego, co pamiętam, przyznał się do ustawienia kilku meczów, ale potrafił sprawnie rządzić klubem; my, piłkarze, nie mogliśmy wtedy na nic narzekać.

Jaka była rola piłkarzy w korupcji?

- Nic o tym nie wiedzieliśmy. Graliśmy wtedy za 20 tys. premii za mecz, ale na kupowanie meczów nie oddaliśmy nawet złotówki.

Mówi pan, że piłkarze nie mieli nic wspólnego z korupcją, ale wcześniej przyznał pan, że to Woroniecki dał pieniądze sędziemu?

- To była jedyna, wyjątkowa sytuacja. Do dziś nie wiem, skąd oni wzięli tę kasę.

Czyli twierdzi pan, że piłkarze byli ślepi i nie mieli pojęcia o korupcji?

- Nie byłem głupi. Widziałem, że kiedy gramy u siebie, to pomagają nam sędziowie. Za to na wyjeździe pomagali gospodarzom.

I nie było panu głupio, że tak kantujecie rywali? Że drużyny, które przyjeżdżają do Gdyni, za każdym razem są przekręcane? Tak po ludzku nie było panu wstyd?

- Tylko raz żałowałem chłopaków z ŁKS Łódź, bo sędzia nawet nie próbował się ukrywać ze stronniczością. Strasznie nam wtedy sprzyjał, a i tak skończyło się 0:0.

Przeprosił pan za to rywali?

- Ja? A za co? Przecież nic złego nie zrobiłem. Zresztą rywale też nie mieli pretensji do nas, tylko do sędziego.

A reszta drużyn? Ich już panu nie szkoda?

- Wie pan... Nie. Bo kiedy jechaliśmy na wyjazd, to sędziowie kręcili nas dokładnie tak samo jak naszych rywali w Gdyni. Pamiętam mecze ze Świtem Nowy Dwór Mazowiecki, Koroną Kielce czy wiele innych. K..., jak nas tam kręcili.

I fajnie się pan czuł w układzie, w którym wynik jest ustawiony już przed meczem?

- Po kilku kolejkach zorientowałem się, że układ jest prosty. W domu jest łatwo, na wyjeździe pod górę. Kiedy grając u siebie wrzeszczało się na sędziego, ten podejmował korzystną dla nas decyzję. Kiedy na sędziego krzyczało się na wyjeździe, kończyło się to kartką. Ale nie próbowałem z tym walczyć, nie poruszaliśmy tego tematu w drużynie. Zresztą byłem wtedy małolatem, najmłodszym piłkarzem w Arce.

A teraz jest panu wstyd, że uczestniczył w oszukanych widowiskach?

- Jest mi wstyd, że trafiłem na ławę oskarżonych. Te kamery, zdjęcia... Dostałem po dupie tak, że czasami mi to uszami wychodziło. Pojawiały mi się w głowie najgorsze myśli. Nie mogłem się pogodzić z tym, że niektórzy piłkarze za sprzedane mecze sobie domy pobudowali, ale na ławie oskarżonych zamiast nich siedzę ja. I to ja, k..., jestem na świeczniku jako pierwszy skazany piłkarz. A sąd skazał mnie przecież tylko na podstawie tego, że Woroniecki coś tam powiedział. I jeszcze nie był tego pewien. Woroniecki był zresztą piłkarzem, który rywalizował ze mną o miejsce w składzie. Za chwilę dojdzie do sytuacji, że jeżeli jeden piłkarz nie lubi drugiego, bo ten zabiera mu miejsce w składzie, to pójdzie do prokuratury i złoży na niego doniesienie, że kupuje mecze. I tylko na tej podstawie piłkarz zostanie skazany. Ze mną tak właśnie było.

Wystarczyło podać nazwisko piłkarza, który pana zdaniem namawiał wtedy sędziego do pomocy...

- Od początku mówiłem, że tego nie zrobię. I słowa dotrzymałem.

A wcześniej, przed Arką, spotkał się pan z korupcją?

- Kiedy grałem w Tłokach Gorzyce, spotkaliśmy się całą drużyną w knajpie przed meczem. Nagle jeden z kolegów wstał i rzucił na stół pieniądze. Powiedział, że dostał je od rywali i wie, że kasę dostało jeszcze dwóch z nas. Kazał im się przyznać i też oddać pieniądze. Zrobiło się zamieszanie, nikt nie chciał się przyznać. Ale podejrzewaliśmy, kto to może być, więc zaczęła się awantura. Podzieliśmy się na dwie grupy. Ja byłem w tej, która starała się wybić z głowy sprzedawczykom puszczenie meczu. Trener Marek Motyka, który sprowadził mnie wtedy do Gorzyc, potwierdzi tę historię. Zresztą jakiś czas temu spotkaliśmy się na meczu, chyba na Cracovii, i trener mówi: "Krzysiek, wiesz co... Jeszcze niedawno prałeś sprzedawczyków po pysku, a teraz sam...". Zrobiło mi się głupio, ale przysięgłem mu, że żadnych pieniędzy nigdy nikomu nie dałem, że nie brałem udziału w korupcji.

A ci dwaj piłkarze Tłoków, którzy nie oddali wtedy pieniędzy, zostali już zatrzymani, postawiono im zarzuty?

- Gdzie tam. Nadal grają.

Czy pana zdaniem zarząd PZPN wiedział o korupcji?

- Nie wiem.

Zdradzi pan, co działo w Arce, kiedy klub został skazany za korupcję?

- Miałem wtedy w Gdyni potężny kontrakt. Arka została zdegradowana do II ligi, ale wszyscy piłkarze dostali podwyżki - żebyśmy tylko zostali. W marcu 2008 r., kiedy zwolnili trenera Stawowego, poszedłem jednak do klubu i zrezygnowałem z 2,5-letniego kontraktu. Powiedziałem, że nie zasługuję na takie pieniądze, że słabe wyniki to także wina piłkarzy, a nie tylko trenera. Zresztą po aferze korupcyjnej to ja prosiłem Stawowego, żeby został, choć miał oferty z Wisły, Legii i Korony. Spotkałem się z nim na bulwarze w Gdyni i prosiłem, aby nas nie opuszczał. Zrobiliśmy też spotkanie z chłopakami. Wszyscy zadeklarowali, że zostają - wyłamał się tylko Janek Dziedzic. Potem, w przerwie kluczowego meczu ze Zniczem Pruszków, który remisowaliśmy, Stawowy to na mnie się wydzierał: "To do ciebie mam największe pretensje! Mogłem, k..., odejść, ale ty mnie namówiłeś". W tamtym okresie kontrakt gwarantował mi wielkie pieniądze, ale z nich zrezygnowałem. W sumie z 700 tys. zł. Poprosiłem, żeby do końca trwającego sezonu obniżono mi umowę o 75 proc., a z pieniędzy za pozostałe dwa lata zrezygnowałem.

Ktoś może pomyśleć, że pan zwariował. Zrezygnować z takiego kontraktu, z 700 tys. zł?!

- Mogli mnie traktować jak wariata, ale czułem się odpowiedzialny za to, co się dzieje w klubie. Wszystko, co mam, mam dzięki Arce, ale nigdy nie traktowałem jej jako źródło dobrego dochodu. Arka to mój klub, oddałem mu serce. I wierzę, że jeszcze kiedyś w nim zagram.

Nie odszedł pan jednak z Arki rok temu. Czy to prawda, że po kwietniowym wyroku sądu klub pana zawiesił i złożył do PZPN pismo o rozwiązanie umowy z winy ukaranego za korupcję zawodnika?

- Nigdy nie byłem zawieszony. Prezes Sampławski rozpowiadał to tylko na pokaz. A jeśli chodzi o wniosek o rozwiązanie umowy z winy zawodnika... To też blef. Bo gdyby pan Sampławski rzeczywiście wysłał takie pismo do PZPN, to musiałby wysłać dwie sztuki. Jedną dla mnie, a drugą dla siebie, bo on też miał postawiony zarzut nakłaniania do składania fałszywych zeznań, był zatrzymany, a mimo to rządził klubem. Pan Sampławski, człowiek dwulicowy, zniszczył mnie przez ostatni rok. Czuję się tak, jakby mnie zdradził własny ojciec.

Przesadza pan.

- W trudnych dla drużyny czasach pan Sampławski, zanim został prezesem, budził mnie o północy, namawiał, żebym zmobilizował zespół. "Krzyknij na nich, zabierz ich na piwo. Zrób coś, byście zaczęli grać lepiej". Myślałem, że robi to w dobrej wierze, ale on zbierał tylko wiedzę, która przydała mu się potem w walce o stołek prezesa. Później, jak już się dostał do koryta, nie odbierał ode mnie telefonów. A zalegał mi z pieniędzmi za cztery miesiące. Szukałem go w klubie i hotelu, którym zarządza. Musiałem się umawiać jak na audiencję u papieża. Dziwiło mnie również, że kibice nie reagowali na to, co się dzieje w klubie. Wcześniej, jak było źle, o wszystko obwiniali Milewskiego, wyzywali go na trybunach. Teraz to piłkarze byli winni, a Sampławski czy wiceprezes Burlikowski byli święci. Burlikowski nie był wcale lepszy od Sampławskiego. Szybko zapomniał, jak zamienił dres na garnitur. Do koryta dopuszcza się w Arce takich ludzi jak Sampławski czy Burlikowski, a kibice, którzy mają sporo do powiedzenia, na to pozwalają. Pytam: dlaczego?!

No właśnie, dlaczego?

- Bo Sampławski pozwolił kibicom handlować pamiątkami pod stadionem, a w zamian kazał zapewnić spokój na trybunach. To jest kawał drania. Kiedy chciałem rozwiązać kontrakt, przestał się już ze mną spotykać, bo powiedziałem, że jak go złapię, to... Miałem ochotę dać mu kopa w dupę. Spotkałem go zresztą ostatnio na koncercie Bajmu. Miał szczęście. Dałem mu spokój, bo szedł z kobietą. Inaczej bym sobie z nim porozmawiał. Chodziłem do jego hotelu i krzyczałem, żeby wyłaził, wrzeszczałem: "Gdzie jest ten wielki prezes!?". I w końcu osiągnąłem cel - rozwiązałem umowę, dostałem zaległe pieniądze. Okazało się nawet, że klub przelał mi parę złotych za dużo, więc za dwa dni miałem telefon z płaczem, żebym zwrócił nadwyżkę. Bo księgowa się pomyliła. Odpowiedziałem, że oddam kasę, ale przypomniałem im sytuację, kiedy to ja czekałem na pieniądze I zapytałem, czy teraz przynajmniej rozumieją, jak się wtedy czułem.

Jak na to, że wybrani piłkarze nie dostają pieniędzy, reagowała drużyna, pana koledzy, trener? Nie wstawili się za wami?

- Nie i mam o to do nich żal. Piłkarze nigdy nie podjęli tego tematu. A trener Michniewicz? Proszę nie żartować.

Żartować z czego?

- Z polskiego Mourinho. A precyzyjnie mówiąc - ze zwykłego pana Czesia. Jeszcze zanim miałem kontuzję, Michniewicz mnie chwalił, mówił, że będę grał na środku obrony z Darkiem Żurawiem. Potem miałem kontuzję, zerwałem więzadła krzyżowe. Michniewicz załatwił mi jeszcze operację w Poznaniu i na tym jego rola się skończyła. Zapomniał o mnie, nigdy nawet nie zapytał, jak się czuję. Kiedy ja do niego zadzwoniłem, powiedział, żebym zadzwonił dopiero wtedy, jak już będę zdrowy, bo on nie ma czasu. Z końcem grudnia 2008 r. przyjechałem na opłatek do Gdyni i spotkałem pana Czesia. Złożył mi życzenia i mówił, że się cieszy, że wracam do zdrowia i drużyny, że poprawię mu atmosferę w zespole, że w końcu będzie miał w składzie osobę z jajami. Po kilku dniach dowiedziałem się, że zostałem wystawiony na listę transferową. Michniewicz już nigdy ze mną o tym nie pogadał, chyba mu było wstyd. Ale dla mnie jest człowiekiem bez jaj. Lepszym trenerem jest Jacek Dziubiński, który w Arce zajmuje się Młodą Ekstraklasą. Ma większą wiedzę i jest lepszym człowiekiem. Dziwiłem się, że Arka za namową Michniewicza sprowadzała jakichś dziwnych trenerów, skoro pod nosem ma takich ludzi jak Dziubiński czy Grzesiek Witt. Gdyby Michniewicz był lepszym trenerem, gdyby potrafił przygotować drużynę, Arka byłaby w górnej połówce tabeli.

Coś pan nie lubi tego Michniewicza.

- Pamięta pan, jak Michniewicz opowiadał, że polscy piłkarze dzielą się na takich, którzy piją, i takich, którzy nie piją, bo już nie mogą? To ja panu powiem, że w zeszłym sezonie nie było wyjazdu, po którym Michniewicz nie piłby w autokarze.

Mocne słowa.

- Koledzy pokazali mi filmy, które nagrywali na komórkach w autokarze, kiedy wracali z meczu. Widać na nich wyraźnie, że Michniewicz jest nietrzeźwy. Najgorzej było po Bełchatowie. Pan Czesio był wtedy tak "zmęczony", że ciężko mu było nawet wejść do autokaru! A minęły zaledwie dwie godziny od zakończenia meczu

Będzie pan jeszcze grał w piłkę? Ma pan jakieś oferty?

- Kończę rehabilitację i chcę grać. Mam dwie propozycje z I ligi i jedną z II ligi cypryjskiej.

Kluby, które pana chcą, nie boją się i nie wstydzą zatrudnić piłkarza z wyrokiem?

- Kluby, z którymi rozmawiam o zatrudnieniu, wierzą, że jestem niewinny. Zresztą sąd jako jedynemu ze skazanych nie zabronił mi uprawiania zawodu.

A jeżeli PZPN wyrzuci w końcu z piłki wszystkich ludzi zamieszanych w korupcję?

- Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Ktoś ustawił kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt meczów, przyznał się do tego, a ja miałem tylko jeden zarzut, zostałem skazany na podstawie dowodu wyssanego z palca. Nikt w sądzie, ani sędzia Aleksandrowicz, ani Woroniecki, nie powiedział wprost: "Tak, to Sobieraj obiecał arbitrowi łapówkę".

Mimo to sąd uznał pana za winnego.

- Ma do tego prawo. Ale są jeszcze instytucje odwoławcze.

Co pan sądzi o pomyśle abolicji, o tym, żeby nie karać już klubów za korupcję?

- Nigdy w życiu. Arka i jeszcze kilka klubów już za to zapłaciły, więc inni też powinni zostać ukarani.

A dużo jeszcze osób pojedzie do Wrocławia? Ilu zna pan piłkarzy, którzy brali udział w korupcji, a nie zostali jeszcze zatrzymani?

- Ooo... Myślę, że mnóstwo! Z tego, co się orientuję, tylko na podstawie dotychczas zgromadzonych materiałów, bez nowych faktów, zatrzymania może się spodziewać jeszcze ok. 100 piłkarzy.

A może pomoże pan prokuraturze i wskaże kilku z nich?

- Nie jestem kapusiem.

Boniek: Nie wiedziałem, że Platini kibicuje ŁKS »


Więcej o: