Sport.pl

Robert Śmigielski: W roli klubowego lekarza spotkałem nawet ginekologa

- Licencję ma w naszej piłce sędzia, ochroniarz, nawet stadionowy spiker. Tylko lekarz i masażysta nie. Kluby, nawet z ekstraklasy, powyrzucały lekarzy, a na mecze jeżdżą czasami tylko z masażystami - mówi szef komisji medycznej PZPN, Robert Śmigielski, który był lekarzem kadry olimpijskiej w Pekinie
Schorowana polska piłka. Operacja potrzebna natychmiast »

W wywiadzie udzielonym Rafałowi Stecowi Śmigielski ubolewa nad sytuacją opieki medycznej w polskich zespołach.

- Zachodnie kluby zatrudniają lekarza sportowego - fachowca z pojęciem o wielu rzeczach, nawet właściwej diecie. U nas wciąż opiekę medyczną sprawuje zazwyczaj ortopeda. Tymczasem on jest niepotrzebny - niezbędny staje się dopiero w przypadku kontuzji. Na boisku nie robi się operacji - irytuje się Śmigielski. - W cywilizowanym świecie kluby podpisują stałe umowy z klinikami ortopedycznymi i jak trzeba poważnego zabiegu, odsyłają tam graczy. Legia i Wisła cennych graczy wysyłają za granicę, by się zabezpieczyć przed odpowiedzialnością - jak lekarz z Niemiec nie da rady, to znaczy, że nikt by nie dał. Ale to nie znaczy, że tam piłkarze mają lepiej. Od kolegi, który operował Jarzębowskiego z Legii, usłyszałem: "Czy ty wiesz, że on miesiącami grał z urwanymi więzadłami?" - opowiada szef komisji medycznej PZPN.

Śmigielski stawia pytania o pozycję jaką w klubie ma lekarz.

- Czy może powiedzieć, że iks jutro nie gra i iks rzeczywiście nie zagra, czy znajduje się pod presją prezesa i jest trochę marionetką. Czy opiniuje transfery, czy nawet jak wykryje mnóstwo naderwań u kupowanego piłkarza, to trener się uprze i go weźmie - zastanawia się główny lekarz kadry olimpijskiej w Pekinie

Śmigielski zwraca też uwagę na absurdy dotyczące szkolenia młodzieży.

- Federacje w silnych krajach, jak Hiszpania czy Anglia, nie zezwalają np., by chłopcy do 16. roku życia rywalizowali w rozgrywkach ligowych. Turnieje, owszem, ale poza tym zabawa w piłkę - żeby wyeliminować nieustającą presję wyniku. Przed 16. rokiem życia nie ma też zajęć z gry głową, bo okazało się, że wskutek drobnych, podprogowych urazów głowy chłopcy tracą boiskową inteligencję. Holendrzy zbadali, że po zajęciach z główkowania ich potencjał spada nawet o kilkadziesiąt procent - mówi.

Cały wywiad z Robertem Smigielskim - czytaj tutaj »