Sport.pl

Beenhakker: Nie muszę rozstawać się z Feyenoordem, bo nie jestem z nim związany

Poziom ekstraklasy się nie zmienił. To znaczy, nie podniósł się. Ale byli tacy, którzy się rozwijali: Lewandowski, Boguski, Nowak, Małecki, Glik, Rybus - mówi trener reprezentacji Polski
Robert Błoński, Michał Szadkowski: Czytaliśmy, że jest pan jednym z kandydatów na nowego trenera Celticu.

Leo Beenhakker: Jestem na ich liście. Wszyscy są na liście.

Jest pan zmęczony plotkami?

- Tak, bo kiedyś przed opublikowaniem informacji dzwoniło się do zainteresowanego i pytało o potwierdzenie. Dzisiaj sprawa najpierw trafia do gazet, robi się z niej skandal, a dopiero potem ktoś dzwoni i każe ci się tłumaczyć. Nigdy tego nie zrozumiem, ale jestem z innego pokolenia. 30 lat temu postępowano inaczej.

Holenderskie media twierdzą, że od 1 lipca zostanie pan dyrektorem technicznym Feyenoordu. W Polsce są ludzie, którzy zarzekają się, że najpóźniej za miesiąc przestanie pan prowadzić kadrę.

- Mówiłem już tyle razy, że z reprezentacji Polski mogę zrezygnować z trzech powodów. Z powodów zdrowotnych, jeśli moje dzieci będą potrzebować mojej stałej obecności w Holandii i jeśli poczuję, że nie mogę wykonywać swojej pracy, tak jak bym chciał. Że ktoś mi będzie przeszkadzał. Na razie nic takiego nie ma miejsca, ale też nigdy nie powiem, że w listopadzie 2009 r. będę nadal selekcjonerem Polaków. Choć oczywiście moim celem i ambicją jest awans na mundial.

Z końcem sezonu rozstanie się pan z Feyenoordem?

- Mój związek z tym klubem polega na tym, że odpowiadam im na pytania. O piłkarzy, przygotowania itd. Nie mam żadnej pozycji w tym klubie, za nic nie ponoszę odpowiedzialności. Nie muszę się z nimi rozstawać, bo nie jestem z nimi związany. Pomagam ich nowemu trenerowi Mario Beenowi, który jest moim przyjacielem i poprosił mnie o radę.

Ale współpraca z Holendrami chyba jednak panu przeszkadza w obowiązkach selekcjonera. Zamiast na mecz Wisły z Legią pojechał pan na spotkanie Groningen z Feyenoordem.

- Doskonale znam Pawła Brożka, Rafała Boguskiego czy Rogera. Dla mnie hit ekstraklasy ma taką samą wartość jak spotkanie Jagiellonii, gdzie mogę zobaczyć Kamila Grosickiego, albo Cracovii i Piotra Polczaka. Jako kibic wolałbym zobaczyć mecz Wisła - Legia. Ale nie jestem kibicem, tylko trenerem reprezentacji. Poza tym mnóstwo Polaków gra za granicą.

Wyobraża pan sobie mecz Chelsea - Manchester United bez Fabio Capello?

- Widocznie miał powód, aby tam pojechać.

Nie jadąc do Krakowa, dał pan doskonały argument swoim krytykom.

- To ich problem. W pracy selekcjonera nie chodzi o to, by założyć ładny garnitur, usiąść na loży vipowskiej i uświetnić swoją obecnością ligowy hit. Dzień przed meczem Wisły z Legią pojechałem do Bordeaux spotkać się z Grzegorzem Krychowiakiem. Nikt o tym nie wiedział.

Dzwoniliśmy do pana. Nie chciał pan powiedzieć, jaki mecz wybrał.

- Lubię działać w cieniu, sam organizuję wyjazdy, by oglądać polskich piłkarzy. Czasami nie wiedzą nawet o tym ludzie z mojej ekipy. Jeżdżę po Francji, Niemczech i innych krajach, by oglądać i spotykać się z moimi graczami. Nikt nie musi tego wiedzieć. Wsiadam w auto i jadę.

Dziennikarze wiedzą za to, że jeśli już pan pojedzie, to wychodzi z meczu po 60 minutach. Tak było w Auxerre, gdy oglądał pan Ireneusza Jelenia.

- Godzina wystarczyła mi, żeby stwierdzić, że Ireneusz Jeleń jest w odpowiedniej formie i powinienem go powołać. Dowiedziałem się tego, co chciałem. Przed transferem Zlatana Ibrahimovicia do Ajaxu Amsterdam z Malmö obserwowałem go przez pół godziny na treningu na jakimś fatalnym boisku. Nigdy nie widziałem go w czasie meczu.

Czy jakiś piłkarz z ekstraklasy też pana tak zachwycił w tym sezonie?

- Byli tacy, którzy się rozwijali. Chodzi mi o Roberta Lewandowskiego, Rafała Boguskiego, Dawida Nowaka, Patryka Małeckiego, Kamila Glika, Macieja Rybusa, czekam na Szymona Pawłowskiego z Zagłębia Lubin. Kilku chciałem powołać na zgrupowanie w RPA, ale zrezygnowałem, bo dziewiątego czerwca młodzieżówka Andrzeja Zamilskiego rozgrywa mecz eliminacyjny z Liechtensteinem. Tam są bardziej potrzebni.

Czy to dobry moment dla Roberta Lewandowskiego, by zmienić klub?

- Kiedy piłkarz ma 20 czy 21 lat, nie powinien myśleć o pieniądzach, ale o karierze. Musi zdecydować, co jest dla niej najlepsze. Musi być przekonany, że w nowym klubie będzie grał. Załóżmy, że Robert przejdzie do Borussii Dortmund. W Bundeslidze na pewno sobie poradzi, ale siedzenie na ławce piłkarsko go zabije. Nie stanie się lepszym graczem, jeśli wystąpi w czterech meczach w sezonie. Bardziej rozwinie się w Lechu. Zwłaszcza jeśli poznaniacy awansują do europejskich pucharów. Kuba Błaszczykowski poszedł do Borussii, bo wiedział, że nie mają piłkarza na jego pozycję. Wierzył, że da radę.

Ale miał większe doświadczenie, a Lewandowski zagrał w ekstraklasie ledwie jeden sezon.

- Robert mentalnie i piłkarsko jest przygotowany do wyjazdu. Ważne, by wybrał odpowiedni klub. W tym wieku trzeba grać w piłkę. Popatrzcie na Dawida Janczyka. Zmiana ławki CSKA Moskwa na Lokeren wychodzi mu na dobre. Rozwija się. Gracze często tłumaczą, że wiele dają im treningi z najlepszymi, ale tak jest przez dwa miesiące. Później, jeśli nie grają, stają się coraz gorsi.

Nie tylko oni. Roger został w polskiej lidze i miał fatalny sezon.

- Nie zgadzam się, miał mecze lepsze i gorsze. Ale on taki jest. Pamiętacie mecz z Walią i jego fantastycznego gola w lutym? W reprezentacji nigdy mnie nie zawiódł. Nie wiem, dlaczego w klubie jest inaczej.

Czy to prawda, że Feyenoord jest nim zainteresowany?

- Według polskich mediów Feyenoord zainteresowany jest połową reprezentacji Polski. Czytałem już o Dudce, Łobodzińskim, Smolarku, Dudku, Jeleniu. Wszyscy idą do Rotterdamu. Zdaję sobie sprawę, że zaczął się czas plotek. Ale to plotki. Rogera Feyenoord obserwuje od 2005 r. Skauci jeżdżą na jego mecze, podobnie jest zresztą z innymi piłkarzami z Polski.

Tomasz Zahorski dołował jeszcze bardziej niż Roger.

- Zahorski pokazał mi, że potrafi grać na poziomie międzynarodowym. To, że nie zawsze mu się udaje, to zupełnie inna historia. W tym sezonie był ofiarą tego, co działo się w jego klubie. Górnik właśnie spadł z ligi.

Podobał się panu ten sezon w ekstraklasie?

- Trzy, cztery drużyny do końca walczyły o mistrzostwo. Dla ligi to lepiej, niż kiedy jeden zespół wypracuje sobie dużą przewagę. Poziom się nie zmienił, nie podniósł.

Czy były mecze w tym sezonie, które długo pan pamiętał?

- Występy Lecha Poznań z początku ligi. Byli blisko poziomu międzynarodowego i pokazali to w Pucharze UEFA. Chodzi mi o filozofię gry, pomysł Franciszka Smudy. O to, że starali się odbierać piłkę zaraz po stracie, atakować rywala jeszcze na jego połowie. Nie wiem, dlaczego w ostatnich tygodniach tak się opuścili.

Mistrzostwo zdobyła Wisła. Jak pan ocenia jej szanse na awans do Ligi Mistrzów?

- To zależy od losowania. Mam nadzieję, że się uda, ale widzę, że w tym klubie wiele się nie zmieniło od ubiegłego roku. O LM zagrają ci sami piłkarze co przed rokiem.

Wie pan już, co zdarzyło się w Belfaście i Bratysławie, gdzie Polska straciła sześć punktów w eliminacjach mundialu?

- W piłce nożnej często decydują indywidualne błędy. Pamiętacie półfinał Ligi Mistrzów Arsenal - Manchester United? Kierran Gibbs popełnił błąd w rewanżu, a jego drużyna straciła gola na 0:1. Czy winicie za to Arsene'a Wengera? Nie wszystko jest w rękach trenera.

Oba mecze Polska przegrała po błędach Artura Boruca. Co się z nim stało?

- Dzień przed meczem z Irlandią Północną powiedziałem Łukaszowi Fabiańskiemu, że zagra. Następnego dnia Łukasz obudził się chory. Porozmawiałem z Borucem, który był bardzo zawiedziony, bo wiedział, że miał nie grać. Zdarzył mu się bardzo nieszczęśliwy mecz. I tyle.

Ale to był drugi taki mecz z rzędu.

- Obu spotkań nie można ze sobą łączyć. Artur chciał je wygrać. Co mogę zrobić?

Dzień po meczu w Belfaście odesłał pan go do domu. Odebrano to jako wotum nieufności dla bramkarza Celticu.

- Usiadłem z nim w niedzielę rano. Był rozbity. Zgodziliśmy się, że najlepiej dla niego i drużyny, jeśli wyjedzie. Chciałem go chronić przed mediami. Dlatego Artur wyjechał w poniedziałek, gdy byliśmy na treningu, tak by nikt go nie zobaczył. Bardzo się szanujemy i świetnie dogadujemy. Poza boiskiem jesteśmy kolegami. Tak jest z całą drużyną.

Dlaczego na zgrupowanie w RPA powołał pan Jakuba Wawrzyniaka, który miał pozytywny wynik testu antydopingowego i czeka go dyskwalifikacja?

- Tak długo jak wyroku nie wydano, jest niewinny. Wierzę mu i będę go bronił. A co jeśli okaże się, że Grecy go uniewinnią? Wawrzyniak nie zrobił niczego złego, brał środki odchudzające. Jedynym jego błędem było to, że nikomu nie zgłosił tego, co bierze.

Chciał pan też powołać Ludovica Obraniaka z Lille.

- Nie udało się, bo nie ma jeszcze polskiego paszportu. Przyjedzie na sierpniowy mecz z Grecją. To dobry piłkarz, ale nie wiem, jak poradzi sobie na poziomie międzynarodowym.

Jeśli w środę Słowacja wygra z San Marino, Polska będzie tracić do lidera pięć punktów. Wierzy pan w awans na mundial?

- Gdybym nie wierzył, nie siedziałbym tu z wami. Pierwsze miejsce w grupie jest nadal w naszych rękach. Do końca jeszcze cztery spotkania i zapewniam, że nikt z liderów nie wygra ich wszystkich. My to, co przegrać mieliśmy, to już przegraliśmy.

Kto odmówił Beenhakkerowi? - czytaj tutaj »